Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. PiS na unijnym zakręcie

Partia, która stoczyła z Brukselą tyle batalii, nigdy nie była eurosceptyczna, lecz próbowała godzić różne, czasem sprzeczne podejścia do integracji. Ta względna równowaga została ostatnio zaburzona.
Czyta się kilka minut
Jarosław Kaczyński na spotkaniu przed wyborami do europarlamentu, Warszawa, 26 maja 2019 r. // Fot. Czarek Sokołowski / AP / East News
Jarosław Kaczyński na spotkaniu przed wyborami do europarlamentu, Warszawa, 26 maja 2019 r. // Fot. Czarek Sokołowski / AP / East News

„Idziemy tam, żeby powiedzieć nie, ale nie mówimy nie, bo jesteśmy na tak” – to zdanie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego na konwencji jego partii w warszawskiej hali Expo szybko stało się wiralem. Będąc na miejscu widziałem, że sami politycy PiS zareagowali na te słowa szerokim uśmiechem. Ich problem polega jednak na tym, że wypowiedź lidera nie była jedynie językowym lapsusem. Wręcz przeciwnie: ta retoryczna sprzeczność oddaje sedno stosunku PiS do UE.

Euroentuzjaści i eurosceptycy

Przez lata PiS był krytykowany jako partia antyunijna czy antyeuropejska. Ugrupowaniu Kaczyńskiego zarzucano głęboką nieufność do Unii Europejskiej, rozbijanie jej od środka, budowanie relacji z tymi, którzy chcieli ją rozwiązać, niezdolność do tworzenia sojuszy, odrzucanie europejskich wartości, demonizowanie unijnych instytucji, a także lekceważenie zasad brukselskiej kultury politycznej. Konflikty, jakie za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy toczyły z Brukselą polskie władze, miały być ostatecznym dowodem na antyunijną postawę i niezdolność podporządkowania wobec obowiązujących reguł, zarówno tych formalnych, jak i nieformalnych.

Zarzuty o eurosceptycyzm wynikały z prostych założeń. Dla euroentuzjastów podstawowy podział dotyczący UE to dychotomia. Po jednej stronie są politycy „proeuropejscy”, a po drugiej „antyeuropejscy”. Ci pierwsi pozytywnie oceniają obecny poziom integracji, a także są otwarci na jej dalsze pogłębianie uznając, że sama idea integracji jest wartością samą w sobie. UE uważają przede wszystkim za wielką szansę rozwojową, a relacje między państwami oceniają w kategorii głównie współpracy, wykazując duże zaufanie do nich. Uznają zarazem tożsamość europejską za równoległą do polskiej, uważają więc, że kategoria interesów narodowych powinna być zrównoważona dbaniem o interesy ogólnoeuropejskie. Nurt ten jest zdania, że dotychczasowy bilans Polski jest bardzo pozytywny, i nie widzi rażących niesprawiedliwości w dystrybucji władzy i zasobów. Co więcej: niezależnie od problemów Unii stoi na stanowisku, że należy się komunikować w sposób pozytywny, aby przekonywać nieprzekonanych.

Antyunijni eurosceptycy z kolei przez lata akcentowali przede wszystkim koszty członkostwa, a UE opisywali językiem nie tyle wyzwania, co zagrożenia dla polskich interesów. Nie kreślili pożądanej wizji wspólnoty, do której chcieli zmierzać, ponieważ chcieli z niej wyjść. Należy przy tym podkreślić, że eurosceptycyzm czy wręcz eurowrogość nie zawsze stawiały kropkę nad „i” albo wprost deklarowały wolę polexitu. Najczęściej, mając na uwadze wysokie poparcie dla członkostwa w UE, strategia ta polegała na ciągłej, intensywnej kontestacji, z niejasno zarysowaną wizją wyjścia z Unii w przyszłości bądź ponownego organizowania referendum w tej sprawie.

Kampania wyborcza PiS do Parlamentu Europejskiego. Na zdjęciu Maciej Wąsik (z lewej) i Karol Karski, Dąbrowa Białostocka, 16 maja 2024 r. // Fot. Artur Reszko / PAP

Ograniczone zaufanie 

Ten prosty podział miał swój powab klarowności i nawet dziś organizuje polityczną wyobraźnię wielu wyborców, szczególnie o liberalnych poglądach. Naturalnie w tym uproszczonym podziale PiS ze swoją retoryką i praktyką był zaliczany do obozu przeciwników Europy.

Takie postawienie sprawy jest wygodne dla przeciwników partii Kaczyńskiego, ale przez lata było naciągane. Już na pierwszy rzut oka umieszczenie PiS w tym samym obozie, w którym są jawni zwolennicy rozpadu Unii czy przynajmniej jej opuszczenia, musi budzić intelektualny sprzeciw. Po pierwsze, PiS od zawsze popierał obecność Polski w UE i nigdy nie deklarował otwarcie chęci zmiany tej sytuacji.

Po drugie, partia ta w czasie swoich rządów zgadzała się na wiele decyzji, także tych, które realnie pogłębiały integrację europejską. Dlatego w obecnej kampanii politycy Konfederacji lubią wypominać PiS-owi, że wyraził zgodę zarówno na mechanizm warunkowości (w unijnym rozumieniu poszanowania państwa prawa), zaciągnięcie unijnego długu na rzecz Krajowych Planów Odbudowy, jak i cel osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. Mało kto pamięta, że Mateusz Morawiecki w swoim wystąpieniu w Parlamencie Europejskim zaproponował nowe unijne podatki, które miałyby zwiększyć unijny budżet. Politycy PO wolą wypominać PiS-owi, że to prezydent Lech Kaczyński oraz rząd PiS negocjowali traktat lizboński, który pogłębiał integrację, ale także osłabiał siłę polskiego głosu w Radzie UE wobec pozycji, jaką Polska miała w tzw. „nicejskim” systemie głosowania.

Po trzecie, PiS w Parlamencie Europejskim jest członkiem frakcji ECR, krytycznej wobec głównego nurtu, ale dalekiej także od bardziej radykalnej prawicy zgromadzonej we frakcji Tożsamość i Demokracja. Warto wspomnieć, że przed laty toczyła się w PiS poważna rozmowa, czy nie lepiej byłoby, aby partia zmieniła frakcję, ale nie na bardziej radykalną prawicę, tylko na… chadeków z Europejskiej Partii Ludowej. Obecność w niej PO była jednym z głównych powodów, dla którego plan nie został zrealizowany.

Powyższe argumenty jasno wskazują, że między euroentuzjazmem a eurosceptycyzmem jest na tyle duża przestrzeń, że należy wyróżnić osobny nurt – eurorealistyczny. O ile eurosceptycy mówili Unii wyraźne „nie”, to eurorealiści mówili „Unia tak, ale…”. Popierali obecność Polski w UE, ale byli bardzo krytyczni wobec wielu aspektów integracji europejskiej. Uważali, że tożsamość narodowa jest albo wyraźnie dominująca nad europejską, albo w ogóle ta druga nie występuje. Dlatego interes UE sprowadzano do najmniejszego wspólnego mianownika interesu państw członkowskich.

Integracja według nich powinna się odbywać nie dla niej samej, ponieważ uszczupla to suwerenność państw, ale pogłębiać się wtedy, kiedy istnieje dla tego celu jakieś wyższe uzasadnienie. Zgody na większą integrację udzielano punktowo i tylko wówczas, gdy wyraźnie miało to służyć polskim interesom. PiS traktował UE jako rozwojową szansę, ale wskazywał także liczne wyzwania, którym należy stawić czoło.

Jedno z najważniejszych eurorealiści widzieli w dominacji Niemiec, którą należało równoważyć, a nie wzmacniać, licząc na pomniejsze korzyści. W Unii dostrzegali nie tylko współpracę, ale przede wszystkim rywalizację. Ograniczone zaufanie wykazywali nie tylko wobec innych państw, ale także unijnych instytucji, które posiadały własne interesy i były podatne na wpływy najsilniejszych. Dlatego krytykowano unijny dyskurs, który tę rywalizację maskuje, przy okazji puszczając oko do środowisk najbardziej sceptycznych.

Coraz mniej realizmu

Eurorealizm rozumiany jako mieszanka akceptacji i krytyki był więc tym nurtem, do którego PiS pasował najbardziej i z którym się identyfikował. W poszczególnych okresach akcentowano różne elementy tej mieszanki, w zależności od taktycznych potrzeb i wymagań elektoratu.

Badania CBOS pokazywały przez lata, że zwolennicy PiS różnili się, jeśli chodzi o stosunek do UE. Wyborcami partii byli bowiem w mniej więcej podobnych proporcjach zwolennicy status quo, zwolennicy poluzowania integracji, w tym również polexitu, ale też ci, którzy nie widzieli problemu z głębszą integracją. Tak różne oczekiwania trzeba było obsłużyć różnymi komunikatami, które dla wielu oznaczały nie spójny przekaz, ale kakofonię. Symboliczna była uchwała partii w sprawie przynależności Polski do Unii Europejskiej oraz suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej, z września 2021 r.

Jednym z fundamentalnych problemów PiS w czasie 8-letnich rządów był spór z UE na tle praworządności. Od 2017 r. rząd Zjednoczonej Prawicy nie potrafił zamknąć tego konfliktu, mimo że kilkakrotnie wycofał się z najradykalniejszych zmian w wymiarze sprawiedliwości. Zarazem przez wiele lat PiS żył w przeświadczeniu, że na horyzoncie jest pozytywne rozwiązanie sporu z Unią. Jeszcze kilka miesięcy przed wyborami zdawało się ono na tyle bliskie, że premier Morawiecki rozpoczął kampanię promującą unijne środki, które miały dzięki niemu trafić do Polski. Okazało się, że ta kampania nie tylko nie wspierała PiS, ale obróciła się przeciwko niemu, kiedy okazało się, że UE jednak środków nie wypłaci. Było to dla partii bardzo rozczarowujące, więc jej politycy pozbyli się wątpliwości, że Komisja Europejska kieruje się polityką, a nie praworządnością. Szybka decyzja zarówno o odblokowaniu środków z KPO, jak też zakończeniu procedury z art. 7 Traktatu o UE – po zmianie rządów – stała się dla PiS ostatecznym dowodem na słuszność prowadzonej narracji.

Zarówno wśród decydentów, jak i wśród elektoratu spór o praworządność, ale ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich miesięcy, przewartościował postawę wobec UE. Pojawiło się nie tylko rozczarowanie, ale także poczucie, że została przekroczona czerwona linia w postaci ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski i jawnego wsparcia ówczesnej opozycji. Obecna kampania pełna kontestacji jest wyrazem nie tyle rywalizacji z Konfederacją o eurosceptyczny elektorat, ile przede wszystkim skanalizowaniem negatywnych emocji, jakie buzują w pisowskich głowach.

Należy dodać, że emocje są dodatkowo wzmacniane realnym doświadczeniem samotności i bezsilności. Rządowi Zjednoczonej Prawicy faktycznie nie udało się zbudować sojuszy, które potrafiłyby wymóc na unijnych instytucjach korektę. Wręcz przeciwnie: im dłużej trwał spór, tym trudniej rządowi było opuścić „oślą” ławkę. Poza Węgrami Victora Orbána żadne państwo nie chciało publicznie wesprzeć Polski. Atmosfera wokół rządu Morawieckiego była na tyle toksyczna, że nikt nie chciał bronić Warszawy, nawet jeśli dla wszystkich było jasne, że aktywność KE była kontrowersyjna. Konieczność konfrontacji nie tylko z unijnymi instytucjami, ale całym europejskim mainstreamem była dla PiS doświadczeniem „przemocy strukturalnej”, mówiąc językiem niedawno zmarłej prof. Jadwigi Staniszkis.

Nie, nie, nie

Negatywne emocje mają swój najbardziej spektakularny przejaw w programie, jaki PiS dziś proponuje. Sprzeciw wobec Zielonego Ładu, nowych unijnych traktatów, waluty euro, paktu migracyjnego, europejskiej armii, harmonizacji podatków czy poprawności politycznej to główne postulaty PiS w kampanii do Parlamentu Europejskiego. Nie ma tam ani jednego konstruktywnego pomysłu, a cały przekaz sprowadza się do kontestacji.

Co ważne: sprzeciw ma charakter jedynie retoryczny i nie idzie za nim strategia wymuszenia na UE pożądanych zmian. Zdaje się, że nie jest to przypadek. PiS przestał wierzyć, że jakakolwiek strategia inna niż czekanie na zmiany polityczne w innych państwach Unii oraz w Parlamencie Europejskim ma sens. Obecna retoryka ma więc głównie cel wewnętrzny – mobilizację elektoratu i wzmocnienie własnej tożsamości.

Skala krytyki Unii jest tak duża, że PiS zaczął ześlizgiwać się z pozycji eurorealistycznych na eurosceptyczne, o które zawsze był oskarżany, ale często bezpodstawnie. Podstawową zmianą, jaka się tam dokonuje, jest brak jakichkolwiek pozytywnych odniesień do UE. Negatywny sentyment sięga poziomu prezentowanego w partiach „exitowych”. PiS na razie postulatu opuszczenia UE nie stawia, choćby z tego względu, że byłoby to nieakceptowalne przez Polaków, ale emocjonalnie już opuścił Unię i poszedł na wewnętrzną emigrację. W partii nie ma nadziei, że obecną wspólnotę europejską można zmienić za pomocą odpowiedniej strategii, determinacji i asertywności. Nie okazały się one kluczem do sukcesu w Brukseli.

Politycy PiS zrozumieli, że europejski mainstream nie akceptuje partii taką, jaka ona jest. W efekcie zaczęli Unię Polakom obrzydzać. Jest to retoryczny odwet za okres upokorzeń, jakich partia Kaczyńskiego doświadczyła w ostatnich latach. Daje on psychologiczną satysfakcję zarówno politykom, jak i elektoratowi, który upokorzenia odbiera bardzo osobiście.

Obecną retorykę wobec UE należy więc oceniać nie tylko przez pryzmat taktyki obecnej kampanii, ale ostatnich lat doświadczeń. Z dużym prawdopodobieństwem krytyczna wobec Unii narracja zostanie przy PiS na dłużej. I wcale nie musi być dla PiS korzystna. Dla pewnego segmentu elektoratu silna kontestacja będzie wpisywała się w ich emocje i oczekiwania, lecz dla bardziej przychylnej wobec UE części wyborców taka retoryka może być nieakceptowalna, bo skutkująca poważnymi konsekwencjami dla przyszłości kraju. Realna jest więc groźba rozjazdu, którego partia nie będzie potrafiła spiąć jedną opowieścią. Obecna strategia grozi pęknięciem prawicy na tę, która mimo wielu zastrzeżeń chce się z Brukselą siłować, oraz tę, która już macha na UE ręką. Nie musi to od razu oznaczać polexitu, ale temat ten wyraźnie przestał być tabu. 

Autor jest prezesem Klubu Jagiellońskiego. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Prawdziwa natura PiS