Dwudziesty trzeci października 2024 roku. Posiedzenie sejmowej komisji kultury i środków przekazu. Pod koniec pięciogodzinnych obrad podsumowujące wystąpienie ma minister Hanna Wróblewska. „Kultura nie powinna być deprawowana politycznie, kultura jest tym, co powinno nas łączyć” – kończy. Za chwilę głos próbuje jeszcze zabrać poseł PiS Marek Suski. Gdy szef komisji Piotr Adamowicz z KO na to nie pozwala, Marek Suski wypala: „Ty debilu!”.
Scenka ta dobrze obrazuje poziom emocji i napięcia wokół instytucji nadzorowanych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wbrew wydźwiękowi cytowanych słów Wróblewskiej, działania obecnego kierownictwa resortu trudno uznać za tonujące.
Bulwersujące okoliczności odejścia Karoliny Rozwód z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej nie są, jak wiele na to wskazuje, tylko wypadkiem przy pracy, ale przejawem szerszego zjawiska. Ze środowiska menadżerów kultury oraz od osób składających wnioski o dofinansowania dowiadujemy się, że w MKiDN panuje chaos, a decyzje są opóźniane albo na ostatnich etapach zmieniane.
Agnieszka Holland: komu mam wierzyć?
Pod koniec urzędowania Bartłomieja Sienkiewicza, który z resortu przeniósł się do europarlamentu, jego poprzednik Piotr Gliński kolportował listę „stu konkretów” ministra kultury, jak złośliwie nazywał popełnione błędy. Znalazły się tam różne instytucje, w których wymieniono dyrektorów przed upływem kadencji, pod pretekstem, że „nie realizują programu”. W istocie, jak przekonywał Gliński, zastosowano wybieg, żeby wyrzucić nie swoich dyrektorów i przejąć kontrolę.
Strona rządowa ma swoją narrację. Podczas wspomnianego posiedzenia komisji minister Wróblewska broniła się, że to obecna ekipa przywróciła powoływanie dyrektorów instytucji kultury w otwartych konkursach, co jest „zmianą kopernikańską”. Z kolei dyrektor Departamentu Dziedzictwa Kulturowego Piotr Rypson przekonywał, że każdy tydzień potwierdza katastrofalny obraz instytucji kultury, pozostawiony przez poprzednie kierownictwo, i posunął się wręcz do skojarzenia tego stanu z sytuacją, w której podnosi się długo leżący kamień i dostrzega znajdujące się pod nim robactwo. Jego zdaniem cały problem z funkcjonowaniem resortu pod kierownictwem prof. Glińskiego miał polegać na tym, że sam dokonał zbyt wielu zmian i przez to nowi dyrektorzy byli zbyt słabo przygotowani do pełnienia swych funkcji. Mieli też za dużo pieniędzy do wydania, co owocowało inflacją nieprzemyślanych pomysłów.
Jednak dokładniejsza analiza działalności resortu kultury już za obecnej władzy pozwala postawić tezę, że w wielu sferach wcale nie jest lepiej niż było, jest tylko inaczej. – W ministerstwie wszystko stoi, ma się wrażenie, że nikt nie panuje nad całością. Przez rok nie przygotowano żadnej inicjatywy, czy to ustawodawczej, czy organizacyjnej, od początku do końca – mówi warszawski menadżer kultury.
Potwierdzeniem tych obserwacji może być historia odwołania dyrektor PISF Karoliny Rozwód, którą opisał ze szczegółami jako pierwszy portal OKO.press. Z tekstu wynikało, że Rozwód padła ofiarą intrygi swojej zastępczyni Kamili Dorbach, działającej w porozumieniu z wiceministrem Andrzejem Wyrobcem (PO) oraz dyrektorem Departamentu Prawa Autorskiego i Filmu Maciejem Dydo. Ponieważ Rozwód chciała odwołania zastępczyni, ta ostatnia miała doprowadzić do napiętej sytuacji, w wyniku której wyłoniona kilka miesięcy wcześniej w transparentnym konkursie Rozwód została przez samą minister Wróblewską zmuszona do rezygnacji. Grożono jej też (w razie oporu) zawiadomieniem do prokuratury, w związku z podjętą przez dyrektorkę PISF decyzją o finansowaniu jednego z filmów – mimo że Rozwód była na końcu łańcucha decyzyjnego w tej sprawie, a finansowanie zostało obiecane przez poprzednika, Radosława Śmigulskiego.
Rozwód początkowo uległa presji, ale po kilku dniach zdecydowała się cofnąć rezygnację, zarzucając Wróblewskiej stosowanie „gróźb bezprawnych”. Wtedy to (zbieżność czasowa miała być przypadkowa) zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Rozwód przestępstwa zostało przez PISF (czyli jej dotychczasową zastępczynię) skierowane do prokuratury.
Historia ta zszokowała środowisko, czego wyrazem były dramatyczne słowa Agnieszki Holland podczas współKongresu Kultury na początku listopada. „Jeżeli nawet ludzie, których szanuję, których objęcie władzy w resortach mi bliskich przyjęłam z ulgą i radością, jeśli nawet oni zachowują się w taki sposób, to komu mam wierzyć?” – komentowała Holland.
Wnioski jeszcze przed kontrolą
Instrumentalne posługiwanie się zarzutami o domniemanych malwersacjach zdarzało się kierownictwu resortu kultury także w przypadkach innych instytucji. Tak było w sprawie byłej dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza Barbary Schabowskiej. Abstrahując od jej oceny, trzeba zauważyć, że np. cofnięcie dotacji dla tej instytucji tłumaczono wynikami kontroli, która… miała się dopiero odbyć.
Przypadek Instytutu Adama Mickiewicza jest o tyle charakterystyczny, że pokazuje kruczek prawny, który obecnej ekipie pozwolił na zmianę personalną. Najpierw podjęto decyzję o połączeniu IAM z Biurem „Niepodległa”, a gdy dokonano tam potem wymiany dyrektora, wszczęto procedurę ponownego rozdzielania IAM i „Niepodległej”. Ta ostatnia ma zostać włączona do Muzeum Historii Polski, ale proces ten się opóźnia z powodu niedowładu organizacyjnego w MKiDN. Nową dyrektor IAM została zastępczyni minister Wróblewskiej, gdy ta była dyrektorką Zachęty, Olga Wysocka.
Co do samego Muzeum Historii Polski, sporo o sposobie działania obecnego kierownictwa resortu kultury mówi głośna historia odwołania, po 18 latach urzędowania, dyrektora Roberta Kostry. Protestowało przeciw temu wiele autorytetów, niezależnie od politycznej opcji. Minister Wróblewska w swoim wystąpieniu podczas wspomnianego posiedzenia tłumaczyła decyzję nieprawidłowościami finansowymi. Nie były to jednak zarzuty dużego kalibru, a sam Kostro od razu przekonująco się do nich ustosunkował.
O innej przyczynie odwołania Kostry opowiedział poseł KO Krzysztof Mieszkowski. Wypomniał Kostrze, że dopuścił do tego, by huczne otwarcie nowego gmachu MHP było wykorzystane przez PiS w kampanii parlamentarnej w 2023 roku. Dzięki temu rządzący zrobili sobie tam wyborczy happening, podczas którego Mateusz Morawiecki kłamliwie atakował PO, że robiła wszystko, by muzeum nie powstało.
Polityka konkursowa
Choć nowe kierownictwo resortu szczyci się organizowaniem konkursów przy decyzjach personalnych, w przypadku MHP nowy dyrektor Marcin Napiórkowski, choć sam ceniony w środowisku, powołany został bez konkursu. Ale nawet tam, gdzie się odbył, decyzja bywa czasem odmienna od konkursowego rozstrzygnięcia.
Tak było w przypadku Instytutu Teatralnego, gdzie przeprowadzono coś na kształt procedury konkursowej, w której najlepiej wypadł Paweł Sztarbowski. Jednak na dyrektora została powołana Justyna Czarnota-Misztal, preferowana w resorcie jako lepiej widziana w środowisku.
Zarazem to samo środowisko teatralne zostało zaskoczone zamiarem odwołania wieloletnich dyrektorów Teatru Narodowego w Warszawie Jana Englerta i Krzysztofa Torończyka. Resort zapowiedział bowiem, że niebawem przeprowadzi konkursy w kilku czołowych instytucjach, w tym w Narodowym. Ludzie związani z tą sceną odpowiedzieli listem protestacyjnym, tym bardziej że – według plotek – na zwycięzcę szykowany jest Michał Kotański, od niedawna dyrektor Teatru Telewizji, co oznaczałoby zmianę oblicza Teatru Narodowego na bardziej „progresywny”. Że taki eksperyment może się skończyć skandalem, pokazuje powołanie Moniki Strzępki na dyrektora zarządzanego przez magistrat stolicy Teatru Dramatycznego.
Personalny „reset” ma dotyczyć też pism kulturalnych. W tym kontekście pojawiło się zamieszanie przy konkursie na nowego redaktora naczelnego miesięcznika „Teatr”, który miałby zastąpić kierującego nim od 2006 r. Jacka Kopcińskiego. Ostatnio członkowie rady miesięcznika, znani zresztą z sympatii do bardzo różnych opcji politycznych, napisali list podważający rzetelność konkursu, bo w komisji nie ma przedstawiciela krytyki teatralnej.
Gdzie są pieniądze z KPO
Emocje wywołuje też możliwość utraty przez Polskę części z prawie 130 mln zł, jakie dla instytucji kultury mają trafić z Krajowego Planu Odbudowy. Na początku czerwca minister Hanna Wróblewska i nadzorująca ten program wiceminister Marta Cienkowska z Polski 2050 uroczyście ogłaszały, że będzie można składać wnioski o granty i stypendia w ramach „Programu wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju”.
Obecna ekipa obsługę wniosków z KPO powierzyła Narodowemu Instytutowi Muzyki i Tańca. NIMiT sobie z tym zadaniem nie radzi, a podmioty zainteresowane pozyskaniem środków narzekają na wyjątkowo skomplikowaną procedurę, konieczność podpisywania weksli zobowiązujących do zwrotu niewydanych pieniędzy, i generalnie atmosferę zniechęcającą do składania wniosków. Tymczasem pieniądze trzeba wykorzystać do końca roku, inaczej przepadną.
Skądinąd wcześniej NIMiT był uznawany za instytucję, która dobrze sobie radzi z konkursami dotacyjnymi. Dziś jest gorzej, odkąd za zasady konkursów odpowiada zewnętrzna kancelaria prawna – ta sama, która zajmowała się fuzją Orlenu z Lotosem.
Co ciekawe, NIMiT-em wciąż kieruje osoba powołana za czasów PiS, Paula Lis-Sołoducha; minister Wróblewska dopiero wszczęła wobec niej procedurę odwołania.
Skomplikowane procedury
Wiceminister Marta Cienkowska w rozmowie z „Tygodnikiem” przyznaje, że NIMiT popełnił błędy, choć, jak podkreśla, „środków z KPO nikt nigdy jeszcze nie wdrażał, co w połączeniu z dużym zainteresowaniem i innymi od krajowych programów procedurami rozliczeń, przysporzyło trudności”. Zwraca uwagę, że w ramach KPO dla kultury realizowana jest też inwestycja infrastrukturalna, prowadzona bezpośrednio przez ministerstwo, i tam wszystko idzie zgodnie z planem. Pion grantowo-stypendialny miał zaś być decyzją rządu PiS prowadzony przez cztery instytucje, w tym także takie, które nigdy nie były operatorem europejskich grantów.
– Weryfikując przygotowanie instytucji oraz doświadczenie w wydatkowaniu środków publicznych, zdecydowaliśmy się umieścić przyznawanie dofinansowań w jednej instytucji, czyli w NIMiT. Była ona najlepiej przygotowana, a jednocześnie miała największe doświadczenie w dystrybucji programów o dużych budżetach. Do końca października słyszeliśmy zapewnienia ze strony dyrektor NIMiT o pełnej koordynacji, ale mieliśmy też sygnały o nieprawidłowościach, m.in. w komunikacji z wnioskodawcami. Sam proces obsługi grantów okazał się również nieprzemyślany. Stawiamy go na nogi – mówi Cienkowska. I zwraca uwagę, że NIMiT jest instytucją autonomiczną, więc resort ma ograniczone możliwości nacisków. – Wszczęliśmy procedurę odwoławczą dyrektor NIMiT, ale jako wiceminister mogę oddziaływać prośbą, pismem, sugestią – przekonuje.
Cienkowska dodaje też, że resort miał do wyboru albo działać na podstawie istniejących regulaminów, ryzykując, że nie wszystkie środki uda się wykorzystać, albo w ogóle z nich zrezygnować. Wybrano pierwszą opcję.
– Zgadzam się, że w KPO są skomplikowane procedury. Będziemy je upraszczać w drugim naborze oraz konsultować regulamin – zapowiada wiceminister. Przekonuje też, że jest jeszcze szansa, iż w tym roku prawie żadne pieniądze z KPO nie zostaną stracone, jeśli „tylko” uda się do 31 grudnia podpisać wszystkie umowy i wypłacić środki. – NIMiT wprowadził zmiany przy zawieraniu umów, pracuje też nad komunikacją z beneficjentami. Proces przyspieszył, czego dowodem są realizowane przelewy. Wiem, że 30 beneficjentów zrezygnowało z podpisania umów, ale w skali 2 tys. złożonych projektów ta liczba mieści się w marginesie dla tego typu programów – przekonuje Cienkowska.
Sprawa NIMiT i KPO pokazuje też kolejny problem obecnego kierownictwa resortu. Minister z czasów PiS Piotr Gliński w niedawnym wywiadzie dla Wirtualnej Polski wyśmiewał się z Wróblewskiej, że ta odżegnuje się od „ręcznego sterowania”. Przyznał, że sam tego nie unikał. „Ja wiem, że łatwo teraz będzie stworzyć nagłówek, iż Gliński przyznaje się do ręcznego sterowania ministerstwem kultury, inwestycjami. Ale to po prostu elementarz zarządzania. Ono polega także na tym, że wyznacza się cele, ludzi, środki, ale później dzień po dniu trzeba monitorować, czy wszystko idzie do przodu. Ja tak robiłem i choćby dlatego istnieje muzeum w Sulejówku” – mówił były wicepremier.
Prawdą jest jednak to, że Hanna Wróblewska, która jako dobra dyrektorka Zachęty miała w środowisku duży kredyt zaufania, stopniowo go traci. – Resort kultury nie zdał egzaminu z zarządzania przez fachowca – twierdzi jeden z menadżerów kultury.
Po korytarzach ministerstwa krąży anegdota, która nabiera dodatkowego wymiaru w obliczu zamieszania wokół PISF. Według niej znana osoba reprezentująca środowisko filmowe spotkała się na początku roku z premierem Donaldem Tuskiem i zażądała odwołania ówczesnego dyrektora PISF Radosława Śmigulskiego. Tusk miał się wściec i podjąć decyzję, że na czele resortu kultury postawi kogoś ze środowiska, by nikt z twórców nie przychodził więcej do niego z takimi sprawami. W ten sposób przypieczętowany został też los Bartłomieja Sienkiewicza, który w tym czasie wahał się, czy startować do PE, czy jednak może zostać w resorcie, gdzie nie dał się poznać jako osoba wyciągająca dłoń do artystów.
Czy Wróblewska odejdzie
Teraz także wobec jego następczyni jest coraz więcej zastrzeżeń i nie można wykluczyć, że i ona niebawem będzie musiała odejść. W środowisku można usłyszeć, że być może na jej miejsce szykuje się wiceminister Andrzej Wyrobiec, znacznie lepiej umocowany w strukturach PO, choć ostatnio nieco obciążony aferą wokół PISF. Jego nazwisko było już wymieniane przy okazji dymisji Bartłomieja Sienkiewicza. Dziś to do niego zwracają się z większymi problemami przedstawiciele środowiska uważający, że Wróblewska jest niedecyzyjna.
Są też menedżerowie kultury, którzy nie podzielają krytycznych opinii o obecnym kierownictwie resortu. Zwracają uwagę, że przygotowana została ustawa o zdrowotnym i emerytalnym zaopatrzeniu artystów (choć wciąż jest w fazie projektu), jest szykowana ustawa o książce, która ma m.in. wprowadzić zerowy VAT na książki. – Trzeba zrozumieć, że ministerstwo to ogromna, bezwładna instytucja publiczna, w której czasem nie wie prawica, co czyni lewica. Zarządzać tym jest trudno, zwłaszcza jeśli wiceministrowie są z różnych ugrupowań – przekonuje menadżerka kultury.
W samym ministerstwie za symboliczną dla jego dalszego funkcjonowania uznawana jest niedawna śmierć wieloletniego dyrektora finansowego resortu Wojciecha Kwiatkowskiego, który był „pamięcią instytucjonalną” ministerstwa i bez którego nie może ono sprawnie funkcjonować.
Producent filmowy Maciej Strzembosz napisał ostatnio na Facebooku pamflet na działalność obecnego kierownictwa ministerstwa, który zatytułował „MKiDN, czyli Ministerstwo Katastrof i Dobrowolnych Nieszczęść”. Tytuł, choć przesadzony, oddaje atmosferę wokół resortu.
Artyści są głodni
Z ponad 62 tys. osób pracujących w obszarze kultury jedynie 11 proc. jest zatrudnionych na umowę o pracę, 37 proc. pracuje na umowę o dzieło, 18,7 proc. jest na samozatrudnieniu, 13,9 proc. na umowach zlecenia, a 15,3 proc. wykonuje obowiązki bez żadnej umowy.
Średni miesięczny przychód z pracy artystycznej wyniósł w 2023 r. 4053 zł.
58 proc. osób pracujących w sektorze kultury zarabia mniej, niż wynosi płaca minimalna, a mediana przychodów z pracy artystycznej wyniosła w 2023 r. 2730,50 zł. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w instytucjach kultury to z kolei 5444,41 zł – było niższe niż średnie zarobki brutto w całej gospodarce narodowej.
Problem wynagrodzeń twórców kultury i ich zabezpieczenia społecznego stał się jednym z kluczowych tematów ostatniego współKongresu Kultury na początku listopada. Jednym z rozwiązań ma być ustawa o zabezpieczeniu społecznym artystek i artystów. Wciąż pozostaje jednak problem braku zabezpieczeń emerytalnych osób wykonujących zawody artystyczne przez ostatnie trzydzieści lat, które w wyniku zmian po 1989 r. wypadły z systemu. W wyniku zmian ustrojowych zlikwidowano specjalny system ubezpieczeń społecznych, uwzględniający specyfikę wykonywanego przez artystów zawodu. Weszli oni do powszechnego systemu, ale dla wielu nieregularność uzyskiwania dochodów oraz rodzaj umów, na podstawie których je otrzymywali – umowy o dzieło – sprawiły, że teraz, po przejściu na emeryturę, zaczynają otrzymywać głodowe świadczenia.
Piotr Kosiewski
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















