Michał Sowiński: Czym właściwie był Poznański Czerwiec? Powstaniem, buntem robotniczym, miejską rewoltą?
Piotr Grzelczak: Spór o to, jakiej nazwy powinniśmy używać, toczy się niemalże od samego początku – czyli od 70 lat. Nawet jeśli odłożymy na bok język propagandy, który miał Czerwiec pomniejszać i deprecjonować, wciąż zostaje pytanie o historyczną kwalifikację tych wydarzeń.
Ważnym momentem był rok 1981. Wtedy prof. Lech Trzeciakowski, recenzując w „Kwartalniku Historycznym” słynną książkę „Poznański Czerwiec 1956” wydaną pod redakcją Jarosława Maciejewskiego i Zofii Trojanowiczowej, nazwał Czerwiec „powstaniem robotników poznańskich”. Dla władzy i partyjnych historyków było to określenie nie do przyjęcia. Ale właśnie wtedy zaczęła się poważniejsza publiczna debata.
To element sporu o pamięć o Czerwcu?
W jakiejś mierze tak. Jedni historycy bronią określenia „powstanie”, inni wolą mówić o strajku, czasem o strajku powszechnym, proteście robotniczym albo o buncie społecznym. Z całą pewnością nie był to tylko strajk, choć od niego wszystko się zaczęło. Nie było to jednak również pełne powstanie, mimo że pewne jego elementy oczywiście można tu znaleźć.
Według mnie najlepsze określenie to rewolta, czyli znacznie więcej niż uliczny protest i nieco mniej niż powstanie. Niewiele bowiem wskazuje na to, że były to wydarzenia zorganizowane, skoordynowane i przeprowadzone pod wspólnym kierownictwem. Same się napędzały, działał tutaj efekt kuli śniegowej, niemniej w dużej mierze był to ruch spontaniczny.
Z czasem rzeczywiście Czerwiec rozwijał się w kierunku powstania: były ataki na gmachy publiczne, walki z wojskiem i ubecją. Ale został szybko stłumiony i nie rozprzestrzenił się poza Poznań oraz jego najbliższe okolice. Dlatego, niejako ucinając terminologiczną przepychankę, trzymałbym się najbezpieczniejszego i najpojemniejszego określenia: Poznański Czerwiec 1956.
Zatem – w ogromnym skrócie – co się właściwie wtedy wydarzyło?
Prof. Edmund Makowski nazwał Czerwiec 1956 pierwszym buntem społeczeństwa w PRL. I to jest jego fenomen. To nie jest już powojenny opór zbrojny, to nie są „wyklęci” z lasu. To nie jest też jednorazowy strajk, zamknięty w jednym zakładzie pracy. Tylko właśnie bunt społeczeństwa, nabierający cech ulicznej rewolty.
Najpierw strajk powszechny, a potem sytuacja, w której duże miasto de facto wypowiada posłuszeństwo władzy. Społeczeństwo Poznania i okolic kontestuje system, w którym przyszło mu żyć po wojnie. Dlatego Czerwiec bywa nazywany pierwszym z Polskich Miesięcy, początkiem długiej drogi do Solidarności, jej kamieniem węgielnym. Sama Solidarność później wpisała go w ten ciąg. Daty na Poznańskich Krzyżach nie są przypadkowe.
Zatem kluczowa była skala?
Poznański Czerwiec przerósł wszystkie wcześniejsze wystąpienia społeczne w PRL i pod tym względem aż do Grudnia ’70 pozostał wydarzeniem bez precedensu. Późniejsza Solidarność miała oczywiście znacznie szerszy charakter, ale była już rewolucją samoograniczającą się, bez walk ulicznych, jak w Poznaniu i na Wybrzeżu.
Czerwiec był szczególny także dlatego, że demonstranci zdobyli znaczną ilość broni i skierowali ją przeciwko władzy. W Grudniu ’70 spalono komitet, ale protestujący, nie licząc pojedynczych przypadków, nie mieli broni. W Poznaniu ta granica została przekroczona.
Dlaczego do takiego wybuchu doszło właśnie w Poznaniu?
To pytanie bardzo często wraca. Odpowiedź jest złożona, ale można ją podzielić na dwa poziomy: ogólny i lokalny.
Na początku trzeba powiedzieć jasno: po roku 1956 partyjni historycy próbowali przedstawiać Czerwiec nie jako bunt antysystemowy, lecz jako protest społeczno-ekonomiczny. Tyle że w PRL ekonomii nie dało się oddzielić od polityki. Codzienne problemy robotników – płace, normy, ceny, zaopatrzenie – wynikały z konkretnego modelu państwa i gospodarki. W tym sensie Czerwiec był także buntem przeciwko systemowi, który ten model narzucał.
Jednak bardzo ważne były również przyczyny lokalne. Poznań był przez Warszawę, partyjną centralę, traktowany jako miasto bogate, zasobne, takie, które sobie poradzi. Zapominano, że po wojnie był mocno zniszczony – w Śródmieściu nawet w 50 proc. To nie był Kraków, który szczęśliwie ocalał.
Na zdjęciach Starego Rynku po wojnie widać morze gruzów. Mimo to Warszawa traktowała Poznań jako miasto niewymagające szczególnego wsparcia. Widać to w zestawieniach ekonomicznych z okresu stalinowskiego. W latach 1950-1955 Kraków i województwo krakowskie otrzymały z budżetu państwa ogromne środki – wiadomo, budowa Nowej Huty i inne inwestycje.
To samo dotyczyło Stalinogrodu, czyli Katowic. Poznań i województwo poznańskie dostały nieporównanie mniej. W przeliczeniu na mieszkańca różnice były ogromne: statystyczny Warszawiak w 1956 r. otrzymywał z budżetu około 1300 zł, mieszkaniec Poznania – około 300 zł. To musiało być odczuwalne.
Co jeszcze?
Prawdopodobnie do kryzysu nie doszłoby tak szybko w mieście o przemieszanej strukturze demograficznej, takim jak Szczecin czy Wrocław. Tam powojenna wspólnota dopiero się tworzyła. W Poznaniu natomiast w dużej mierze zachowała się ciągłość pokoleniowa i społeczna. Czasem pojawia się pytanie, czy Czerwiec wywołały dzieci powstańców wielkopolskich. Trochę tak. Poznaniacy żyjący w siermiężnym stalinizmie byli nieprzyzwyczajeni do standardów ekonomicznych i politycznych, których doświadczali po wojnie.
Co znamienne, w latach 50. w partyjnych raportach pojawiały się niekiedy szokujące dziś zapisy, że zdaniem robotników nawet za Hitlera w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego – wówczas działających jako niemieckie zakłady zbrojeniowe (Deutsche Waffen- und Munitionsfabriken) – warunki pracy bywały lepsze niż za Stalina. Robotnik „Cegielskiego” największego przedsiębiorstwa w Poznaniu (w l. 1949-1956 noszącego imię Stalina), był przyzwyczajony, że pewne standardy pracy są zachowane. Tymczasem w stalinizmie, w „państwie robotniczym”, były one permanentnie łamane.
Dotyczyło to nie tylko zarobków czy też cen, ale również norm, zaopatrzenia w odzież ochronną, w półprodukty i podzespoły etc. Ceny podstawowych sprawunków spożywczych – chleba, jajek, mięsa – od końca lat 40. do połowy lat 50. wzrosły w Poznaniu kilkukrotnie.
W konsekwencji przeciętny robotnik nie mógł normalnie zarobić i utrzymać rodziny. Szwankowało wiele rzeczy – choćby kooperacja między zakładami. Stal z Chorzowa potrafiła przyjeżdżać dopiero pod koniec miesiąca. Wtedy trzeba było pracować ponad siły, żeby wyrobić normę. Jeśli się udało, wypłata była trochę wyższa. Jeśli nie – zostawała podstawowa pensja. A za te pieniądze i tak niewiele można było kupić. Gospodarka działała właściwie w trybie wojennym: trwał konflikt w Korei, dominował przemysł ciężki, brakowało dóbr konsumpcyjnych. To wszystko musiało budzić w ludziach rozgoryczenie – zwłaszcza że mieli z czym porównywać swoją obecną sytuację życiową.
Poznań zawsze słynął też z dobrej samoorganizacji.
Przed wojną Poznaniacy mieli jedną z najgęstszych sieci tego, co dziś nazwalibyśmy społeczeństwem obywatelskim. Było to dziedzictwo pracy organicznej: stowarzyszenia, związki, czytelnie ludowe, chóry, organizacje dzielnicowe, robotnicze, przykościelne. Jeden robotnik często należał do kilku takich wspólnot. Po wojnie to przestało być możliwe. Z wielu rzeczy oczywistych dla Poznaniaka trzeba było zrezygnować.
Poznański Czerwiec pozostaje wydarzeniem niedocenionym w polskiej historiografii XX w. Dlaczego?
Najprościej mówiąc: dlatego, że nie wydarzył się w Warszawie. To brzmi mocno publicystycznie, ale coś w tym jest. W Polsce wiele zależy od tego, gdzie dzieje się historia i kto później potrafi ją opowiedzieć.
Ale Grudzień ’70 też nie wydarzył się w Warszawie, a jednak jest szerzej rozpoznawalny.
Tak, choć Grudzień ’70 to więcej niż jedno miasto: Gdynia, Gdańsk, Wybrzeże, ale też Szczecin czy Elbląg. Miał większy zasięg geograficzny. Poza tym z Grudnia bezpośrednio wyrasta Solidarność. Do Poznańskiego Czerwca odwoływała się ona trochę jak do dziadka, nie jak do rodzica. Grudzień był jej bezpośrednim zapleczem komemoracyjnym.
Dodatkowo w przypadku Czerwca mamy 25 lat niemal absolutnego przemilczenia – aż do Solidarności. Cenzura, SB, prokuratura, sądy: cały aparat państwa realizował apel Gomułki z 1957 r., by nad Czerwcem zaciągnąć „żałobną kurtynę milczenia”.
Poznań sam musiał zadbać o pamięć o Czerwcu?
Do dziś istnieje przekonanie: skoro wydarzyło się to w Poznaniu, to jest to nasze dziedzictwo, my jesteśmy jego depozytariuszami i my powinniśmy tłumaczyć Polsce, dlaczego był tak ważny. Podobnie jest z powstaniem wielkopolskim. Być może my w Wielkopolsce słabo umiemy w historyczny PR. Mój profesor Witold Molik powiedział mi kiedyś: „Panie Piotrze, jak pan tego nie zrobi, to nikt za nas tego nie zrobi”. Dlatego zająłem się naukowo właśnie tym tematem.
Dodatkowo Wielkopolanie mają pewną nieco irytującą cechę: skoro nasze powstanie było zwycięskie, to czujemy się ciut lepsi od innych – więc celebrujemy nasze zwycięstwo we własnym gronie. Jeśli jednak nie wyjdzie się z tym dziedzictwem na zewnątrz i nie zaprosi do tej pamięci reszty kraju, trudno oczekiwać, że inni uznają je za ogólnopolskie.
Jak Poznański Czerwiec odbierany był na świecie?
Przede wszystkim jako pęknięcie w systemie zbudowanym nad Wisłą przy pomocy Moskwy. Czerwiec był wszak dla „ludowej władzy” skrajnie niebezpieczny: podważał jej i tak słabą legitymację. W państwie rzekomo robotniczym to właśnie robotnicy wystąpili przeciwko „robotniczej” partii.
Jak pisała o tym prasa zachodnia?
W pierwszych dniach po Czerwcu Poznań był na ustach całego świata. Kolega badający prasę brytyjską zauważył, że to był chyba jedyny moment w XX w., kiedy Poznań znalazł się na pierwszych stronach wszystkich największych brytyjskich dzienników.
Podobnie było gdzie indziej: od Zachodniego Berlina, Frankfurtu i Paryża, przez Londyn i Nowy Jork, po Sydney, Melbourne czy Buenos Aires. Cały wolny świat pisał o Czerwcu. Poznań był pierwszym tak poważnym antykomunistycznym wyłomem w Polsce i dawał nadzieję, że społeczeństwo polskie, a szerzej wschodnioeuropejskie, nie zostało całkowicie stłamszone.
Później uwagę światowej opinii publicznej odciągnęły kryzys sueski, czyli międzynarodowy konflikt wokół Kanału Sueskiego po jego nacjonalizacji przez Egipt, oraz powstanie węgierskie w Budapeszcie, krwawo stłumione przez wojska sowieckie. Ale w pierwszych dniach lipca 1956, a także w czasie procesów poznańskich na przełomie września i października tegoż roku, Czerwiec miał absolutnie światowy rezonans.
Co konkretnie przedostało się wtedy na Zachód?
Na początku wiedziano niewiele. W mieście trwały Międzynarodowe Targi Poznańskie, więc byli tam zagraniczni dziennikarze. Gdy wracali na Zachód, zaczęły się pojawiać dokładniejsze relacje.
Część próbowała wywieźć zdjęcia, choć niektóre filmy konfiskowano albo prześwietlano. Część korespondencji udawało się nadać z Polski, także telefonicznie, gdy przywrócono łączność z Poznaniem. Bariera informacyjna szybko jednak rosła, a sposób interpretowania tych wydarzeń zależał od kraju i linii ideowej danego tytułu.
Jaką rolę odegrała polska emigracja?
Środowiska emigracyjne robiły wiele, żeby temat nie umarł po kilku dniach i funkcjonował na Zachodzie także w lipcu 1956 r. Jerzy Giedroyc dzięki swoim kontaktom doprowadził do tego, że 5 lipca w „Le Monde” ukazał się apel zachodnioeuropejskich intelektualistów. W Wielkiej Brytanii o obecność Poznania w debacie publicznej zabiegali polscy Londyńczycy, w Waszyngtonie podobną pracę wykonywał Stefan Korboński.
To ważny wymiar tej historii: polska emigracja niepodległościowa, choć podzielona, w tej sprawie działała wspólnie. Starała się pokazać, że w Polsce wydarzyło się coś naprawdę istotnego.
Czy pojawiły się wtedy nadzieje geopolityczne? Że po śmierci Stalina i w czasie odwilży może dojść do większego przesunięcia w bloku wschodnim?
Na początku przede wszystkim informowano o samych wydarzeniach. Ale po kilku dniach pisma anglosaskie, zwłaszcza powiązane z obozami władzy, zaczęły tonować nastroje. Podobnie robiło Radio Wolna Europa. Jan Nowak-Jeziorański pisał później, że chodziło o to, by nie przegrzać sytuacji i nie wzbudzać w Polakach nadziei na coś więcej. Obawiano się, że zbyt mocne rozbudzenie oczekiwań może doprowadzić do dokręcenia śruby, a nawet powrotu ostrzejszej wersji stalinizmu. Anglosasom zależało raczej na stopniowej liberalizacji i ułożeniu relacji z Chruszczowem, który wysyłał sygnały odprężenia. Dlatego uznano, że polskie nadzieje należy tonować.
A jak Poznański Czerwiec odebrano w Moskwie? Mamy dokumenty pokazujące reakcje władz sowieckich?
To marzenie historyka Poznańskiego Czerwca: pojechać na kwerendę do Moskwy. Dziś to niemożliwe. Mamy do dyspozycji artykuły i opracowania pochodzące z lat 90. i późniejszych, pisane jednak przez historyków rosyjskich, przynoszą one zatem wiedzę pośrednią. Pierwsze czerwcowe dokumenty pojawiły się w czasach Jelcyna wraz z wyjazdami polskich badaczy do Moskwy. To było krótkie okienko pogodowe, które trwało jeszcze we wczesnych latach 2000., ale potem zaczęło się zamykać.
Wiemy, że w rosyjskich archiwach są dokumenty ilustrujące reakcje sowieckich służb, dyplomacji, czy też Biura Politycznego. Te ostatnie znamy dziś raczej za sprawą odbitego światła epoki: z oficjalnej prasy i języka propagandy. Czerwiec przedstawiano tam jako imperialistyczny spisek, prowokację zachodnich agentów, kontrrewolucję.
Ten język świadczył o strachu?
Z pewnością. Pisze o tym choćby jugosłowiański ambasador w Moskwie Veljko Mičunovič w swym dzienniku z 1956 r., wspomina to też biograf Chruszczowa – William Taubman. Dla władz sowieckich Poznański Czerwiec był kontrrewolucją i oczywistym zagrożeniem. Uważali, że wywołali ją zachodni agenci. Pełniejsza wiedza jest w archiwach, ale na dostęp do niej musimy jeszcze poczekać.
Przejdźmy do Solidarności. Mówiłeś, że Czerwiec był czymś w rodzaju „dziadka” tego ruchu.
Kiedy wybuchł karnawał Solidarności, rozpoczął się także – jak mówią historycy – karnawał pamięci: upominanie się o przeszłość, którą w PRL-u ukrywano, zamiatano pod dywan albo wprost zakazywano o niej mówić. Solidarność mapowała te białe plamy poprzez publiczne obchody i widowiskowe komemoracje.
W tym nurcie znalazł się Poznański Czerwiec, choć nie od razu. Po porozumieniach sierpniowych w Gdańsku bardzo szybko zaczęto budować pomnik Grudnia ’70. W Poznaniu, 10 października 1980 r., podczas posiedzenia miejscowego MKZ NSZZ „Solidarność” ktoś zaproponował, by Poznań dołożył się do tej zbiórki. Wtedy głos zabrał dr Roman Schefke – rodowity Gdynianin pracujący w Poznaniu na Akademii Rolniczej.
Powiedział: dobrze, pomóżmy Gdańskowi, ale mamy też własne robotnicze wystąpienie sprzed lat i własną pamięć. Powinniśmy przede wszystkim zadbać o Poznański Czerwiec. To ciekawe: impuls, by w Poznaniu upomnieć się o Czerwiec, przyszedł od człowieka z Gdyni. W pewnym sensie Poznań i Gdynia spotkały się tu we wspólnej sprawie pamięci.
Władza rzucała oczywiście kłody pod nogi, a poznańscy działacze Solidarności też nie zawsze potrafili się dogadać. Ale tempo było niezwykłe. Pomysł powstał w październiku 1980 r., w listopadzie utworzono społeczny komitet budowy, rozpisano konkurs, a w marcu zatwierdzono ostateczny projekt – zresztą nie ten zwycięski, bo wokół tego była awantura.
O co?
Władzy zależało na projekcie płaskim, horyzontalnym, w formie ogromnego kamienia nagrobnego. Stronie społecznej chodziło o pomnik strzelisty, widoczny – trochę jak w Gdańsku. Stąd krzyże. Wtedy też Czerwiec stał się sprawą ogólnopolską. Tak jak zbierano pieniądze na pomnik w Gdańsku, tak samo zbierano na upamiętnienie w Poznaniu. 28 czerwca 1981 r. na Placu Mickiewicza było 100-150 tys. osób, nie tylko Poznaniaków. Były flagi i transparenty z całego kraju, czołówka opozycji – niemalże jak podczas pielgrzymki papieskiej. To był moment, w którym ogólnopolska Solidarność wpisała Czerwiec w swą drogę do Sierpnia: jako jeden z Polskich Miesięcy, ów kamień węgielny.
Nie dało się tego już cofnąć. Nawet po wprowadzeniu stanu wojennego – bo pomnik już stał. Udało się skończyć z anatemą, społeczną niepamięcią, peerelowskim wymazywaniem Czerwca. Pomnik był jednak dla władzy wyrzutem sumienia. Później próbowała go jeszcze zawłaszczyć, organizując własne obchody, ale mleko już się rozlało.
Czym Poznański Czerwiec może być dziś, po 70 latach?
Jesteśmy w newralgicznym momencie. Odchodzą ostatni uczestnicy tamtych wydarzeń. Nawet ci, którzy mieli wtedy 18-19 lat, mają dziś około dziewięćdziesiątki. To oni jeszcze w latach 90. i po 2000 r. ciągnęli tę pamięć. Byli jej strażnikami, czuli obowiązek wobec poległych kolegów i ich rodzin. Teraz kończy się przestrzeń żywej pamięci.
Widziałem to już przy powstaniu wielkopolskim. Między 80. a 90. rocznicą, mniej więcej w latach 1998-2008, jego pamięć w sferze publicznej była właściwie dość niemrawa. Boję się, że z Czerwcem idziemy w podobnym kierunku. Jest muzeum, są naukowcy, ale władzy najczęściej przypomina się o nim przy rocznicach.
A mógłby być kołem zamachowym pamięci o PRL, tak jak powstanie warszawskie w kwestii pamięci o II wojnie światowej?
Czerwiec mógłby być uniwersalną opowieścią: o niezgodzie na zło, stalinizm, upokorzenie; o społecznej i cywilnej odwadze. Mówimy przecież o ludziach wychodzących naprzeciw czołgom i uzbrojonej armii. Nie chodzi o wymyślanie Czerwca na nowo. On się wydarzył i jest piękną kartą polskiej historii. Chodzi o to, żeby nie pozostał tylko poznańską kartą, odgrzewaną przy rocznicach, ale stał się szerszą opowieścią.
To już nie jest zadanie wyłącznie dla historyków?
Nie. Za tym musi pójść kultura masowa, pewna moda na tę opowieść, szersza narracja o oporze. Historycy i akademicy sami tego nie zrobią. Poznań nie jest stolicą, środowisko jest tu mniejsze, do tego liczba ofiar nie była tak wielka, jak w przypadku innych krwawych wydarzeń w polskiej historii. Ale skala społeczna była ogromna. Moim zdaniem Czerwiec ’56 i Grudzień ’70 powinny zajmować kluczowe miejsce w opowieści o PRL. Sierpień ’80 miał już inny charakter – dzieci Sierpnia, nauczone przelaną krwią, poszły inną drogą.
Czerwiec mógłby być dziś także opowieścią nie tylko o antykomunistycznym buncie, ale też o pracy, samoorganizacji i prawach pracowniczych. Chyba właśnie z tego później wyrosła Solidarność?
Tak. Robotnicy w 1956 r. mieli poczucie, że oficjalne związki zawodowe nikogo nie reprezentują, więc chcieli organizować się oddolnie i upominać o swoje prawa. Rok po Czerwcu sami tworzyli komitety obchodów, zbierali pieniądze dla wdów i sierot po poległych kolegach, kupowali kwiaty, chcieli wspólnie iść na groby. Robotnicy z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego planowali nawet założyć przedwojenne mundury kolejarskie jako gest kontestacji i manifestację własnych korzeni zawodowych.
Władze to skutecznie powstrzymały, a ludzi upominających się o pamięć Czerwca represjonowano. Symboliczny jest przykład Stanisława Matyi, lidera robotników „Cegielskiego”, zwolnionego z pracy w marcu 1958 r. Robotnicza partia wręcz chełpiła się w swojej wewnętrznej korespondencji, że skutecznie pozbyła się z zakładu robotniczego lidera i jego kolegów. To mówi bardzo wiele o tamtym systemie.
W 1981 r., przy okazji odsłonięcia pomnika, Czerwiec po raz pierwszy od 25 lat wrócił na łamy właściwie wszystkich pism, także „Tygodnika Powszechnego”. Wtedy naprawdę stał się sprawą solidarnościową i ogólnopolską. Warto do tego wracać.
Dr Piotr Grzelczak – historyk, kierownik Ratusza – Muzeum Poznania, oddziału Muzeum Narodowego w Poznaniu. Specjalizuje się w historii Poznania i Wielkopolski w XX w. ze szczególnym uwzględnieniem powstania wielkopolskiego, Poznańskiego Czerwca 1956, pamięci historycznej, polityki pamięci, historii nauki i środowisk twórczych. Autor oraz redaktor kilkunastu książek, w tym fundamentalnej monografii „Poznański Czerwiec 1956. Walka o pamięć w latach 1956–1989”, Poznań 2016 (Nagroda im. Józefa Łukaszewicza „Posnaniana 2016”; finalista IX edycji konkursu im. Oskara Haleckiego Książka Historyczna Roku 2016). Kurator wystaw, konsultant historyczny reportaży i filmów dokumentalnych, członek Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk oraz Kolegium Redakcyjnego „Kroniki Miasta Poznania”. Laureat Nagrody Miasta Poznania w Konkursie na wyróżniającą się pracę doktorską oraz Nagrody w Konkursie im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na Najlepszy Debiut Historyczny Roku.
Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 25/2026
Redakcja: Michał Sowiński
Opieka wydawnicza: Anna Pietrzykowska
Proj. graf.: Marek Zalejski
Skład: Andrzej Leśniak
Fotoedycja: Katarzyna Bułtowicz, Grażyna Makara
Zdjęcie na okładce: Uczestnicy robotniczego pochodu do centrum Poznania, 28 czerwca 1956 r. // fot. zbiory IPN / montaż „TP”
Współpraca: Metropolia Poznań
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.












