MICHAŁ SOWIŃSK: Państwowy Instytut Wydawniczy obchodzi w tym roku 80-lecie. Jak instytucja z taką historią powinna świętować jubileusz?
ŁUKASZ MICHALSKI: Nie chcieliśmy robić jednej wielkiej fety, po której wszyscy rozejdą się do domu. Od początku zależało nam raczej na tym, żeby jubileusz był rozwinięciem tego, co PIW robi na co dzień: wydawania ważnych książek, budowania kontaktu z czytelnikami, pracy z bibliotekami i instytucjami kultury.
Dlatego świętujemy już od jakiegoś czasu. W zeszłym roku ruszył jeden z największych projektów historycznych w dziejach PIW-u, czyli „Poczet Władców Polskich”. Pomysł polega na tym, że każdy z władców otrzymuje osobną monografię, a większość tych książek powstaje od nowa. Wszystko zbiegło się też z rocznicą tysiąclecia koronacji Bolesława Chrobrego, czyli, w pewnym sensie, z symbolicznym momentem wejścia państwa polskiego w obręb klasycznej cywilizacji zachodniej.
Rozwijamy również kluby książki, czyli spotkania z czytelnikami, którzy chcą regularnie rozmawiać o literaturze, historii i naszych publikacjach. W tym roku doszły historyczne kluby książki, a więc nowa gałąź tego projektu.
Będą też PIWonalia, nasz festiwal poetycki. To jedyne wydarzenie, które ma bardziej skondensowaną, jednodniową formę, ale w roku jubileuszowym będzie trochę bardziej rozbudowane.
Co można dziś nowego opowiedzieć o polskich władcach?
Nie chodzi o dopisywanie sensacyjnych tez, tylko o pokazanie aktualnego stanu wiedzy. Historiografia, jak każda nauka, cały czas się rozwija: pojawiają się nowe ustalenia, nowe narzędzia, nowe sposoby czytania źródeł. Dlatego także w humanistyce trzeba co jakiś czas wracać do tematów, które pozornie zostały już opisane.
W przypadku polskich władców sytuacja jest zresztą szczególna, bo przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że wiele biografii nie było pisanych od bardzo dawna, a niektóre tomy „Pocztu Władców Polskich” będą właściwie nowatorskie. Tam, gdzie nie przyniosą całkowicie nowych ujęć, pokażą przynajmniej dzisiejszy stan wiedzy, często bardzo różny od dawnych wyobrażeń. Dobrym przykładem jest I Rzeczpospolita, przez lata opisywana przez pryzmat uproszczonych, pesymistycznych i PRL-owskich interpretacji. Późniejsze badania pokazały ją zupełnie inaczej.
Na co jeszcze w tym roku położycie szczególne akcenty?
Jako instytucja kultury bardzo dużo książek przekazujemy bibliotekom, ośrodkom kultury, stowarzyszeniom polonijnym, zakładom karnym, szpitalom i różnym innym instytucjom. Bardzo często są to miejsca w małych miejscowościach.
W tym roku chcemy zrobić dodruki 80 tytułów, które w ostatnich dziesięciu latach najlepiej się sprzedawały, i przekazać je pięciuset wybranym instytucjom. To duże, kosztowne i logistycznie skomplikowane przedsięwzięcie, ale otrzymaliśmy już wstępną aprobatę ministerstwa, więc projekt będzie realizowany.
Oprócz tego planujemy rozbudowane projekty festiwalowe poświęcone wybranym autorom, m.in. Italo Calvino czy Borgesowi. Nie będą to klasyczne jednorazowe festiwale, raczej sieć wydarzeń tworzonych razem z partnerami. Mamy też kilka bardziej zwariowanych pomysłów, być może koncerty jazzowe w PIW-ie, ale to są raczej dodatki. Najważniejsze jest rozwijanie tych szlaków działania, które są dla nas podstawowe.
Minęło dziewięć lat, odkąd PIW został państwową instytucją kultury, a więc de facto został uratowany przed likwidacją. Czy po okresie odbudowy przyszedł już czas spokoju?
To bardzo trafne pytanie, bo w Polsce nie do końca rozumiemy wartość trwania instytucji. Jest to poniekąd oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie prawie trzysta lat naszej historii. Polski byt państwowy to były raczej pojedyncze, nerwowe podskoki: druga Rzeczpospolita, potem obecna Polska, która trwa dopiero trochę ponad trzy dekady. Mam nadzieję, że potrwa kolejne dwieście lat, ale na razie to wciąż niewiele.
Nie jesteśmy więc nauczeni tego, że ogromną wartością jest samo istnienie instytucji, których zadaniem jest utrzymywanie pewnego poziomu i pewnej jakości kulturowej. Dzięki temu stają się one przestrzenią odniesienia. PIW niewątpliwie był taką przestrzenią odniesienia dla polskiej inteligencji. I pochlebiam sobie, że w jakimś stopniu znowu się nią staje.
Jak wyglądał proces odbudowy?
Na początku było pandemonium. PIW był wtedy w stanie kompletnej ruiny, w każdym możliwym sensie. Także czysto fizycznym. Nasza biblioteka i archiwum były zagrzybione do poziomu zagrożenia życia, tam nie można było wejść. Trzeba było robić remont, bo łamały się podłogi, musieliśmy wymieniać stropy.
Równocześnie pracowaliśmy i budowaliśmy zespół. Kiedy przychodziłem, w PIW-ie nie było ani jednego pracownika merytorycznego na etacie. Słowem – próbowaliśmy realizować naszą koncepcję wydawnictwa. Pochlebiam sobie, że to w dużej mierze się udało.
Czyli widać światełko w tunelu?
To jak praca z diamentem – najpierw trzeba go wydobyć. To ciężka praca: schodzi się do kopalni, ryje, wyciąga na powierzchnię. Ale to dopiero początek. Potem przychodzi cięcie i szlifowanie. Dopiero wtedy powstaje brylant.
Z PIW-em jest podobnie. Etap wydobywania mamy już za sobą, doszliśmy do etapu cięcia, ale szlifowanie wciąż trwa. Widać to choćby w odbudowie najważniejszych serii, a było ich bardzo dużo. Można powiedzieć, że te najbardziej rozpoznawalne już wróciły, ale wciąż brakuje części ważnych serii intelektualnych, które kiedyś istniały. Równocześnie współczesność stawia przed nami nowe wymagania – dlatego tworzymy także nowe serie.
A co dziś uważa Pan za najważniejsze zadanie PIW-u jako instytucji kultury?
Bardzo ważna jest dla mnie kwestia ciągłości tradycji intelektualnej. W „Tygodniku Powszechnym” trudno o lepsze miejsce, żeby o tym mówić, bo właśnie tutaj po wojnie znalazła się duża część przedwojennej elity intelektualnej, która mogła jeszcze publikować.
Często zapominamy jednak, że polska kultura doświadczała braków nie tylko w komunizmie, ale wcześniej także w okresie zaborów. W efekcie istnieje dziś cała masa fundamentalnych tekstów humanistycznych, które stały się klasyką światowej myśli, a nigdy nie zostały przetłumaczone na polski. Często są to książki XIX-wieczne, wczesno-XX-wieczne albo z dwudziestolecia międzywojennego. W II RP zrobiono pod tym względem bardzo dużo, ale oczywiście nie wszystko.
Moim marzeniem jest stworzenie serii stu, może stu pięćdziesięciu kluczowych książek humanistycznych, które albo nigdy nie ukazały się po polsku, albo nigdy nie doczekały się nowoczesnych, krytycznych tłumaczeń. To byłoby niezwykle ważne, bo pod tym względem wciąż mamy do nadrobienia pewne zaległości wobec najbardziej rozwiniętych kultur europejskich. I zamiast nad tym ubolewać, po prostu trzeba zakasać rękawy i robić swoje.
Jak duże są nasze braki w światowym kanonie?
Wciąż bardzo duże, i nie chodzi tylko o humanistykę, ale też o literaturę. Czasem wydaje nam się, że możemy obyć się bez tekstu pierwotnego, bo późniejsi badacze już się do niego odnosili, więc znamy go z drugiej ręki. To jednak często błędne rozpoznanie tego, czym jest dziedzictwo kulturowe.
Inaczej wygląda to w przypadku zawodowców, którzy wiedzą, że dana książka istnieje i przeczytają ją w obcym języku. Inaczej w przypadku szerokiej publiczności inteligenckiej: ludzi, którzy nie zajmują się filozofią, socjologią, historią czy literaturą zawodowo, ale interesują się nimi, bo uważają je za ważne. Oni nie mają obowiązku iść ścieżką oczywistą dla naukowca. I właśnie tu zaczyna się rola takich instytucji jak PIW.
Na tym polega rola takich instytucji jak PIW?
Naszym obowiązkiem jest ułatwiać dostęp do tekstów ważnych dla dziedzictwa kulturowego, które z różnych powodów nie funkcjonują w szerokim obiegu.
To łączy się z pracą popularyzatorów, krytyków, prasy i dziennikarzy. Książkę trzeba nie tylko wydać, ale też wprowadzić w obieg: opowiedzieć o niej i pokazać, dlaczego może być ważna także dla kogoś, kto nie jest zawodowym badaczem.
Do tego dochodzi jeszcze przywracanie książek zapomnianych. Mam pod ręką „Obłęd” Jerzego Krzysztonia, o którym będę prowadził spotkanie w Krakowie. Jak przekonywać współczesnych czytelników do takich powrotów?
To jest kolejna odpowiedź na pytanie, po co istniejemy. Nikt oczywiście nie spodziewa się, że ludzie rzucą się do księgarń kupować „Obłęd” Krzysztonia, choć oczywiście byłoby to wspaniałe, bo to jest książka właściwie jedyna w swoim rodzaju. Trudno ją jednak nazwać lekturą lekką. Jest bardzo ciężka percepcyjnie, a po jej przeczytaniu niełatwo się podnieść.
Ale my podobne rzeczy robimy także w literaturze powszechnej. Przywracamy nieoczywiste nazwiska i tytuły. Chodzi o to, żeby czytelnik, który bierze do ręki nieznaną sobie książkę PIW-u, miał jednak pewną gwarancję: że to jest rzecz ciekawa i dobrze zrobiona.
„Obłęd” otwiera nową serię „Polskie Prozy”.
Nieprzypadkowo nawiązuje tytułem do „Polskich dróg”. Chcemy penetrować różne polskie ścieżki prozatorskie: często zapomniane, często nieoczywiste, niekoniecznie znane młodszym czytelnikom. A młodsze pokolenie też ma prawo sięgnąć do skarbnicy, z której korzystali jego ojcowie czy dziadkowie. Może się wtedy okazać, ku zdumieniu czytelnika, że to, co dziś uchodzi za niesłychanie nowoczesne i awangardowe, wcale nie jest takie nowe. O wielu rzeczach pisano wcześniej, czasem w sposób znacznie bardziej oryginalny. Niektóre książki z lat 60. czy 70. bywają dużo ciekawsze pod względem struktury literackiej niż eklektyzm, z którym często spotykamy się dzisiaj. Mam zresztą wrażenie, że współczesna proza jest zdecydowanie mniej interesująca stylistycznie i strukturalnie niż proza lat 70. I tego też warto się dowiedzieć, wracając do takich książek.
Jak w praktyce pogodzić misję instytucji kultury z rynkową dyscypliną?
W przypadku PIW-u podatnik finansuje mniej więcej 60 procent naszego utrzymania, resztę musimy zarobić sami. Ten mechanizm zostawiliśmy sobie zresztą celowo jako pewien bacik. Musimy wydawać, musimy dbać o promocję, musimy dbać o dystrybucję i o to, żeby książki naprawdę funkcjonowały wśród czytelników.
A jednocześnie nie idziecie w najbardziej komercyjne obszary rynku.
Taką decyzję podjęliśmy dawno temu z naszą redaktor naczelną, Agnieszką Wróblewską: raczej nie będziemy iść w rzeczy komercyjnie najciekawsze. Nie robimy literatury gatunkowej, choć dziś robią ją nawet bardzo poważne wydawnictwa. Nie robimy też najpopularniejszych rzeczy pozagatunkowych.
Prosty przykład: w historiografii staramy się brać mało książek dotyczących XX wieku. Mamy ich kilka, niewiele. Dlaczego? Bo XX wiek jest najbardziej popularny i przynosi wydawnictwom największe pieniądze. Wydawałoby nam się nieetyczne, żeby jako instytucja kultury wchodzić w te przestrzenie, które rynek dobrze obsługuje sam. To oczywiście sprawia, że czasem dużo trudniej nam zarobić niż innym. Ale jakoś dajemy radę.
Czyli macie wierne grono czytelników.
Wszystkie opowieści o śmierci polskiej inteligencji są mocno przesadzone. To wraca regularnie, jak refren, ale nasze doświadczenie pokazuje, że czytelnicy takich książek wciąż istnieją. Polska inteligencja istnieje i wciąż chce kupować książki, czasem naprawdę bardzo dziwne, nieoczywiste. Oczywiście, to nie są nakłady takie jak w PRL-u. Ale trzeba pamiętać, że wtedy nic innego nie było. Książka pozwalała zobaczyć kawałek świata. Dzisiaj liczba bodźców, rozrywek i możliwości jest nieporównywalna. Nie da się tego zestawiać jeden do jednego. Kiedy więc ktoś płacze, że nakłady są dwutysięczne, a nie czterdziestotysięczne, to cóż, takie są czasy, świat się zmienił. Jednak nadal istnieje grupa ludzi, dla których kultura wysoka jest czymś niezwykle ważnym. W tej sprawie jestem niepoprawnym optymistą.
Na koniec: czego życzyć PIW-owi na kolejne lata?
Przede wszystkim spokoju. Myślę, że jest on potrzebny nie tylko instytucjom kultury, ale wszystkim innym również. Potrzebna jest możliwość docenienia tego, że pewne rzeczy nadbudowują się powoli, jak słoje w drzewie. Żeby powstał piękny dąb, który nas zachwyca, trzeba czasem poczekać wiele lat. Tak po prostu urządzony jest świat.
Kultura jest przestrzenią, w której trzeba zgromadzić pewien zasób. Trzeba pozwolić instytucjom rozwijać się w czasie. Nie domagam się ani większych pieniędzy, ani szczególnego uznania. Chciałbym po prostu, żebyśmy mogli we względnym spokoju robić tę robotę, którą wszyscy w PIW-ie kochamy. To byłoby chyba najwspanialsze, co mogłoby nam się przydarzyć.
Łukasz Michalski – dyrektor Państwowego Instytutu Wydawniczego, wydawca i animator życia literackiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















