Kobiety wyszły na ulicę. Nieopowiedziana historia Poznańskiego Czerwca 1956

Tamte wydarzenia miały także kobiece twarze: robotnic, tramwajarek i pielęgniarek. Ich doświadczenie zmienia sposób, w jaki opowiadamy historię protestu z 1956 roku.
Czyta się kilka minut
Konduktorki Stanisława Sobańska i Helena Przybyłek maszerujące w pochodzie, 28 VI 1956 r. // IPN
Konduktorki Stanisława Sobańska i Helena Przybyłek maszerujące w pochodzie, 28 VI 1956 r. // IPN

W powszechnej pamięci Poznański Czerwiec 1956 pozostaje przede wszystkim wielkim buntem robotników, choć jego uczestniczkami były także kobiety zatrudnione w miejskich przedsiębiorstwach i fabrykach. Nie tylko obserwowały one rozwój wydarzeń, lecz brały również w nich aktywny udział, nierzadko płacąc za to zdrowiem, a czasem trwałym okaleczeniem. Przez długi czas ich obecność pozostawała jednak na marginesie opowieści o Czerwcu ’56, skupionych zwłaszcza na przyczynach robotniczego protestu i jego politycznych konsekwencjach.

Kobiety na ulicach Poznania

Kobiety można dostrzec na fotografiach wykonywanych 28 czerwca 1956 r. przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa. Zdjęcia pokazują nie tylko skalę działań służb, lecz także kobiece zaangażowanie w bieg wydarzeń rozgrywających się na ulicach Poznania. Do protestujących dołączały one z różnych powodów: pod wpływem spontanicznego impulsu, ciekawości albo solidarności z robotnikami i ich postulatami. Wiele z nich wróciło do domów, gdy pokojowa demonstracja przerodziła się w otwartą konfrontację z władzą. Inne, mimo zagrożenia, pozostały na ulicach i odegrały w proteście ważną rolę. Wśród rannych znalazło się co najmniej dwadzieścia sześć kobiet, w tym dwie przedstawicielki służb mundurowych. Dla części z nich udział w Czerwcu ’56 stał się doświadczeniem, które naznaczyło całe ich późniejsze życie.

W okresie stalinizmu dynamiczna industrializacja kraju wymusiła tworzenie nowych kadr pracowniczych. Komunistyczne władze aktywnie zachęcały kobiety do podejmowania pracy w przemyśle, również w zawodach dotąd uznawanych za typowo męskie. Organizowano dla nich kursy i szkolenia przygotowujące do pracy w charakterze tokarzy, frezerów, ślusarzy czy spawaczy. Szczególne znaczenie miało zatrudnianie kobiet w kluczowych dla gospodarki zakładach, takich jak Zakłady Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina w Poznaniu (ZISPO), gdzie już na początku lat pięćdziesiątych pracowała największa w regionie liczba robotnic. Dla wielu z nich była to nie tylko szansa na samodzielne utrzymanie siebie i rodziny, lecz także możliwość uzyskania względnie stabilnych dochodów. Państwo wspierało ten model rozbudowaną infrastrukturą opiekuńczą – przy zakładach działały żłobki i przedszkola, które miały umożliwiać łączenie pracy zawodowej z macierzyństwem.

Zofia Błotna i robotnice ZISPO

Jedną z kobiet pracujących w ZISPO była Zofia Błotna. Została zatrudniona w zakładach w 1951 r. w charakterze lakiernika. W oficjalnej narracji tamtych lat powinna być wzorem: robotnica budująca socjalistyczną ojczyznę. Tyle że Błotna nie zamierzała grać roli, jaką jej wyznaczono. Na długo przed Czerwcem ’56 otwarcie krytykowała rządzących i namawiała współpracowników, a zwłaszcza zatrudnione w zakładach kobiety do podjęcia strajku. Sama będąc samotną matką z kilkuletnim dzieckiem na utrzymaniu, doskonale rozumiała ich położenie. Narzekała na niskie zarobki, wysokie ceny w sklepach i ciężkie warunki pracy. Krytykowała ruch współzawodnictwa pracy, który jej zdaniem nie mógł wpłynąć na poprawę życia robotników. Już 26 czerwca udało się jej nakłonić robotników ze swojego wydziału do przerwania na kilka godzin pracy. Dwa dni później, gdy Poznań wyszedł na ulice, funkcjonariusze bezpieczeństwa zaliczyli ją do grona „prowodyrów zbrojnego wystąpienia”.

Rozpoczęty w zakładach ZISPO protest Poznaniaków był nie tylko symbolicznym końcem epoki stalinizmu, lecz także pokazał skalę społecznych zmian, jakie przyniosła prowadzona przez państwo polityka zatrudniania kobiet w tak zwanych nowych zawodach. Józef Wielgosz, który był zarówno bezpośrednim uczestnikiem wydarzeń, jak i wieloletnim pracownikiem ZISPO, wspominał, że to właśnie robotnice tego zakładu szły w pierwszych szeregach pochodu. Ich obecność nie była przypadkowa. Wynikała z codziennego doświadczania ciężkiej pracy, niskich płac i narastającego poczucia niesprawiedliwości.

Tramwajarki z biało-czerwoną flagą

Wspomnienia Wielgosza dobrze pokazują, jak obciążająca była praca kobiet „na produkcji”. Opisywał robotnice szlifujące poszycia wagonów przeznaczonych na eksport, co wymagało ogromnej precyzji i pracy w trudnych warunkach. Jak podkreślał, kobiety często wykazywały większą wytrwałość niż mężczyźni, którzy rezygnowali po kilku miesiącach. Szczególnie zapamiętał obraz kobiet maszerujących ulicami Poznania. Robotnice szły w drewnianych chodakach, stukających o bruk, i w zabrudzonych roboczych fartuchach. Na ich twarzach można było zobaczyć zmęczenie, ale też determinację. Widok kobiet idących przez centrum miasta w roboczych kombinezonach silnie oddziaływał na mieszkańców Poznania, wzbudzając współczucie i solidarność z protestującymi.

Wśród uczestników demonstracji znalazły się także Maria Kapturska, Stanisława Sobańska i Helena Przybyłek. Zapamiętano je później jako „tramwajarki”. W rzeczywistości tylko dwie z nich: Sobańska i Przybyłek, pracowały wówczas jako konduktorki Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Kapturska była tam wcześniej zatrudniona, dzięki czemu wszystkie trzy dobrze się znały.

28 czerwca Sobańska i Przybyłek miały na sobie służbowe mundury z furażerkami i torbami przewieszonymi przez ramię. Kobiety nie uczestniczyły w walkach ulicznych ani atakach na posterunki. Szły na czele pochodu z biało-czerwoną flagą, śpiewając hymn państwowy. Dotarły również pod siedzibę Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, znienawidzonego, a zarazem wzbudzającego strach gmachu. Według świadków to właśnie w kierunku kobiet niosących flagę padły pierwsze strzały. Doprowadziło to do gwałtownego wzrostu napięcia i stało się jednym z momentów przełomowych protestu.

Pomoc rannym pod ostrzałem

Udział w Poznańskim Czerwcu miał dla nich tragiczne konsekwencje. Helena Przybyłek miała w 1956 r. zaledwie dwadzieścia lat, Maria Kapturska była rok starsza, a najmłodsza Stanisława Sobańska dopiero osiągnęła pełnoletność. Przybyłek została ciężko ranna po postrzale oddanym przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa. Przeszła wiele operacji. Ostatecznie amputowano jej jedną nogę, a druga pozostała trwale niesprawna.

Losy Marii Kapturskiej i Stanisławy Sobańskiej pokazują z kolei skalę represji wobec uczestników robotniczego protestu. Obie zatrzymane i brutalnie przesłuchiwane przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, którzy stosowali wobec nich przemoc fizyczną. Kapturska po pobiciu ciężko zachorowała jeszcze w więzieniu. Stanisława Sobańska, po dwutygodniowym przetrzymywaniu w siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa, doznała tak rozległych obrażeń, że wymagały one przeprowadzenia czterech poważnych operacji. Jej organizm był skrajnie wyniszczony – w pewnym momencie ważyła zaledwie trzydzieści pięć kilogramów. Obrażenia okazały się tak poważne, że obu kobietom przyznano pierwszą grupę inwalidzką. Dopiero po latach doczekały się uznania. W 2006 r. Sobańska, a także pośmiertnie Przybyłek i Kapturska zostały odznaczone przez prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Trudną do przecenienia rolę podczas Poznańskiego Czerwca odegrały także pielęgniarki ze Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei. Placówka położona w pobliżu siedziby Urzędu Bezpieczeństwa szybko zaczęła funkcjonować jak improwizowany szpital polowy, do którego trafiali ranni z ulicznych starć. Wśród personelu szczególnie wyróżniła się młoda pielęgniarka Aleksandra Banasiak. Choć tego dnia nie pełniła dyżuru, założyła biały fartuch i ruszyła w stronę odgłosów strzałów oraz nawoływań o pomoc.

Razem z Aleksandrą Kozłowską, pracującą jako pomoc laboratoryjna, opatrywały rannych bezpośrednio na ulicach, często pod ostrzałem. W trakcie niesienia pomocy Banasiak została lekko ranna w rękę, jednak nie przerwała pracy i dalej zajmowała się poszkodowanymi. Kobiety pomagały nie tylko protestującym, lecz także rannym funkcjonariuszom aparatu bezpieczeństwa, pokazując, że wobec ludzkiego cierpienia polityczne podziały schodziły na dalszy plan.

Walka z propagandą

Życie Aleksandry Banasiak było silnie związane z Czerwcem ’56, również po stłumieniu protestu. Podczas tzw. procesów poznańskich na przełomie września i października 1956 r. kobieta złożyła zeznania podważające oficjalną wersję wydarzeń przedstawianą przez władze. Twierdziła, że to funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa jako pierwsi użyli broni wobec demonstrantów. Jej słowa miały ogromne znaczenie dla późniejszego rekonstruowania przebiegu protestu.

Już w III RP Banasiak aktywnie angażowała się w upamiętnianie Poznańskiego Czerwca. W 1992 r. została prezesem Stowarzyszenia „Poznański Czerwiec ’56” i działała na rzecz utrwalania wiedzy o jego uczestnikach i ofiarach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kobiety wyszły na ulicę