„Zamarłem. I nagle wszystko stało się dla mnie jasne. To przecież był strajk. To szedł Cegielski, a z jego nurtem załogi innych wildeckich fabryk i urzędów przyłączyły się do manifestacji. A więc przebrała się wreszcie miarka”. Tak Konrad Doberschuetz wspominał wiosną 1981 r. wydarzenia, które zaważyły na jego życiu. Czynił to na potrzeby głośnej książki „Poznański Czerwiec 1956”, którą dwójka uniwersyteckich polonistów: Jarosław Maciejewski i Zofia Trojanowiczowa, korzystając z solidarnościowego okna pogodowego, przygotowywała na 25. rocznicę „czarnego czwartku”.
Pech chciał, a może zadziałały tu czynniki „niezależne od redakcji”, że pełna wersja jego relacji „Tak zaczął się »krwawy czwartek«” ukazała się dopiero w III RP, w 2008 r., osiem lat po śmierci pana Konrada. Wszystko to sprawiło, że jego historia przez długi czas pozostawała na marginesie opowieści o Poznańskim Czerwcu. Sam Doberschuetz wspomniał o niej skromnie pod koniec przywołanej relacji: „Zginęli ludzie, w tym także młody chłopiec, trzynastoletni Romek Strzałkowski, który właściwie został zamordowany. I o nim niedługo napisałem wiersz…”. Za tą lakoniczną uwagą kryje się historia znacznie poważniejsza niż wzmianka o napisaniu wiersza. Za ów utwór, a także kilkanaście innych, poznański literat nie otrzymał bowiem słów uznania, lecz wyrok: trzy lata więzienia.
Po raz pierwszy na „sprawę Konrada Doberschuetza” natknąłem się w roku 2011, jednakże nie w Poznaniu, a w Archiwum Ośrodka Karta w Warszawie. Szukałem materiałów do rozprawy doktorskiej poświęconej pamięci Poznańskiego Czerwca 1956, gdy dość nieoczekiwanie wpadł w moje ręce wyrok Sądu Najwyższego z 4 marca 1960 r., który był pochodną rewizji od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu z 10 września 1959 r. złożonej w imieniu Konrada Doberschuetza przez mecenasa Stanisława Hejmowskiego. Zwłaszcza to drugie nazwisko – lidera obrony w tzw. procesach poznańskich z 1956 r. – zrobiło wówczas na mnie wrażenie. Na temat jego klienta nie wiedziałem nic. Tymczasem Konrad Doberschuetz swoją bogatą biografią mógłby obdzielić kilka życiorysów.
Zakazana poezja
Przyszły dziennikarz i poeta przyszedł na świat 31 października 1920 r. w Poznaniu, w rodzinie dziennikarza Pawła Doberschuetza i Zofii z Adamskich. Krótko przed wybuchem II wojny światowej pracował w Drukarni i Księgarni św. Wojciecha oraz przygotowywał się do eksternistycznej matury. Nie zdążył jej jednak wtedy zdać. Wojna szybko wprowadziła go w działalność konspiracyjną: najpierw w Poznaniu, gdzie kolportował nielegalną prasę, później w Jędrzejowie, dokąd został wysiedlony w 1940 r., wreszcie w Krakowie, gdzie został zaprzysiężony w AK. Naturalną konsekwencją tego ostatniego wyboru było wstąpienie do oddziału i walka z niemieckim okupantem w szeregach 106. Dywizji Piechoty AK (3. Batalion Szturmowy, 2. Kompania Szturmowa), za co otrzymał później z Londynu Krzyż Walecznych oraz Brązowy Krzyż Zasługi z Mieczami („za męstwo i wybitną odwagę w akcjach bojowych”).
Po zakończeniu wojny wrócił do Poznania, gdzie imał się różnych zajęć, równocześnie angażując się w działalność podziemną w szeregach WSGO „Warta”. Wtedy po raz pierwszy znalazł się pod baczniejszą obserwacją UBP oraz NKWD. Jednocześnie udało mu się na pewien czas osiągnąć coś w rodzaju stabilizacji: odkrył w sobie dziennikarskie talenty ojca i zaczął pisywać do poznańskiej prasy. Zrazu był to „Express Poznański” i „Echo Cegielskiego”, a od maja roku 1949… partyjna „Gazeta Poznańska”. Z tej ostatniej redakcji usunięto go po zaledwie kilku miesiącach: został wykreślony z listy członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i objęty zakazem wykonywania zawodu. Andrzej Wohl pisał wówczas o nim: „Zdecydowany wróg ustroju ludowego, b[yły] cz[łonek] AK wydalony z »Gazety Poznańskiej« za swe wrogie przekonania”.
Przez kilka kolejnych lat Doberschuetz pracował jako referent handlowy w Centrali Wydawniczej Druków Baza, z której odszedł na własną prośbę w kwietniu 1958 r., by dzięki popaździernikowej rehabilitacji wrócić do pracy w zawodzie, tym razem w Spółdzielni Pracy Dziennikarzy Omnipress. Przez cały ten czas, a zwłaszcza w obliczu wielkiego politycznego przesilenia, które przyniósł Czerwiec ’56, Konrad Doberschuetz pisał do szuflady. Wśród jego utworów z tego okresu dominowały wiersze, fraszki, humoreski i opowiadania bezlitośnie obnażające absurdy politycznego teatrum lat 50., a także dotykające tych tematów, które z uwagi na swój antysystemowy ładunek były w przestrzeni publicznej PRL surowo zakazane: Katyń, kult Stalina, interwencja sowiecka na Węgrzech, i wreszcie Poznański Czerwiec 1956. Po jakimś czasie pisujący na własny użytek literat dokonał wyboru swoich najmocniejszych wierszy, z których powstało kilka egzemplarzy samizdatowej broszury „Zakazana poezja”.
Październik 1956 r. obudził w odsuniętym od zawodu dziennikarzu nadzieję: nie tylko na polityczną zmianę, ale też na powrót do pisania i publikowania. Wysyłając odważne wiersze do redakcji poznańskich pism, Doberschuetz igrał jednak z ogniem. Zwłaszcza że od 1957 r. system umacniany przez Gomułkę coraz wyraźniej przestawał tolerować październikowych entuzjastów.
25 czerwca 1958 r. poeta i dziennikarz znów trafił na celownik służb. Tym razem jednak poznańska SB zdecydowała „o założeniu sprawy agenturalnej na osobę”, co dla Doberschuetza oznaczało początek poważnych kłopotów. W uzasadnieniu postanowienia podkreślono, że „wymieniony pisze i rozpowszechnia wiersze o wrogiej treści dot. różnych dziedzin naszego życia politycznego i gospodarczego. Wiersze te rozpowszechnia w różnych środowiskach poprzez recytowanie ich z pamięci względnie wypożyczanie ich znajomym do przeczytania”. To wystarczyło, aby zmienić jego życie na zawsze.
Wyrok i uniewinnienie
Permanentnie inwigilowany i otoczony przez tajnych współpracowników SB, stał się obiektem operacyjnej gry, która 18 lutego 1959 r. zakończyła się zatrzymaniem, rewizją w miejscu zamieszkania i w pracy, wielomiesięcznym aresztowaniem, wreszcie sformułowaniem aktu oskarżenia, który w tym samym roku wpłynął do Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Czytamy w nim, że Doberschuetz „sporządził w celu upowszechnienia i systematycznie czynem ciągłym rozpowszechniał wiersze i inne utwory zawierające fałszywe wiadomości mogące wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego i obniżyć powagę jego naczelnych organów”. Dodajmy, że materiałem dowodowym w opisywanej sprawie były… maszynopisy wierszy, które znaleziono w wildeckim domu dziennikarza.
Sąd mający zająć się sprawą Konrada Doberschuetza zebrał się 10 września 1959 r., a skład sędziowski pod przewodnictwem Dionizego Piotrowskiego musiał wejść w rolę krytyków literackich. Sędziowie skorzystali z tej okazji skwapliwie, ujawniając przy tym kompetencje przede wszystkim cenzorskie. Oceniając poruszającą kołysankę „Śpij spokojnie, mój mały chłopczyku”, poświęconą pamięci Romka Strzałkowskiego, podkreślono, że jego autor nie tylko fałszywie przedstawił „sytuację w czasie wydarzeń poznańskich – jak wiadomo obiektywnie służących siłom wrogim socjalizmowi”, ale dokonał również zabronionej gloryfikacji tych, którzy „atakowali gmachy i instytucje państwowe”. Sąd uznał ponadto, że z utworów takich jak ten, a także pozostałych zawartych w tomie „Zakazana poezja” (m.in. „Walka jest bezkompromisowa”, „Wilk i demokracja”, „Reakcjonista”, „Histeria pokoju”, „Bracie”, „Gorzkie żale tow. Przedpaździernikowca”), wynika bezsporny wniosek, że „oskarżony był i jest jak najbardziej nieprzyjaźnie ustosunkowany do władzy ludowej, do komunizmu i Związku Radzieckiego”.
Wszystko to miało znaczący wpływ na wyrok końcowy. Na podstawie art. 23, par. 1 małego kodeksu karnego literacka działalność Konrada Doberschuetza została bowiem uznana za zbrodnię (sic!), a on sam usłyszał wyrok trzech lat pozbawienia wolności. Co znamienne, w ostatnich zdaniach uzasadnienia sąd nie omieszkał podkreślić, że wpływ na tak łagodną sankcję miał fakt, iż ustrój ludowego państwa „dawno okrzepł i umocnił się, skutkiem czego pisemne szerzenie propagandy antypaństwowej i antyradzieckiej nie wymaga tak ostrego karania, jak w okresie krótko powojennym”.
W tej sytuacji ostatnią deską ratunku dla Doberschuetza było złożenie rewizji do Sądu Najwyższego, z czego skorzystał jego obrońca – Stanisław Hejmowski. Definitywne rozstrzygnięcie zapadło 4 marca 1960 r. Tego dnia Sąd Najwyższy podtrzymał orzeczenie o winie poety, zmienił jednak kwalifikację prawną czynu: podstawą wyroku stał się art. 29 małego kodeksu karnego. To z kolei pozwoliło zmniejszyć wymiar kary do jednego roku więzienia.
Po wyjściu na wolność Doberschuetz, mąż i ojciec trójki dzieci, do końca lat 60. pracował w Miejskim Zjednoczeniu Gospodarki Komunalnej w Poznaniu. W kolejnej dekadzie udało mu się wrócić do pisania dzięki posadzie w gazetce zakładowej „Życie Pometu”. A dopiero poznańska Solidarność przypomniała o jego twórczości, przygotowując w 1981 r., do użytku wewnątrzorganizacyjnego, tomik jego wierszy. Sam Doberschuetz do końca PRL zabiegał o zatarcie kary. Uniewinnienia i rehabilitacji doczekał w wolnej Polsce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







