Są powody do optymizmu. Ukonstytuował się rząd i prezydent, przygotowano ramową konstytucję na okres przejściowy. Formalnie dociera się proces podporządkowania sił zbrojnych i regionalnych ośrodków politycznych władzom w Damaszku. Powoli wracają uchodźcy. Nowe władze zostały de facto uznane międzynarodowo: są, także dla Zachodu, bezalternatywnym reprezentantem Syrii i partnerem w rozmowach.
Choć wątpliwości jest bezmiar. Syrią rządzi Ahmed al-Szaraa, weteran Al-Kaidy i do niedawna lider ugrupowania HTS, głównej siły, która obaliła Asada. Demokratyczność, a co najmniej inkluzywność nowych władz są wątpliwe. Draft konstytucji pisano pod dyktando rządzących i władze ustawodawcza oraz sądownicza w okresie przejściowym pięciu lat podlegają prezydentowi. Prawa dla mniejszości etnicznych i religijnych nie brzmią wiarygodnie (bez ich reprezentacji politycznej i przy słabych sądach).
Jednak jest względna stabilność, prezydent uchodzi za technokratę. No i nie ma dla niego, powtórzmy, alternatywy.
Syria po Asadzie nadal niespokojna
Normalizacja i stabilność: w takim kraju jak Syria (autorytarnym, wieloetnicznym i wielokonfesyjnym, po 14 latach wojny) słowa te brzmią jak eufemizm i obietnica.
Wciąż trwają regularne walki. Na północy walczą ze sobą proturecka Syryjska Armia Narodowa i kurdyjskie Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF), formalnie obie podporządkowane Damaszkowi. Na początku marca doszło do powstania na terenach zamieszkanych przez proasadowskich alawitów, a potem ich pacyfikacji (liczba ofiar mundurowych z obu stron bliska jest stratom, jakie opozycja i armia Asada poniosły w czasie ofensywy, która go obaliła; ofiar cywilnych jest dużo więcej).
Damaszek sprawuje również nominalną kontrolę nad siłami arabskimi i druzyjskimi w południowej Syrii i nad niegdysiejszymi dżihadystami ujgurskimi i centralnoazjatyckimi. Trudno szacować za to, jak duże są siły Państwa Islamskiego, zwalczanego przez nowe władze (od 7 lat w pilnowanych przez Kurdów obozach przebywa 10 tys. weteranów IS).
Strategiczne punkty na południu są okupowane przez Izrael, który regularnie dokonuje głębszych rajdów, a przede wszystkim bombardowań (ponad 600 od grudnia). Na północy działają siły tureckie zwalczające kurdyjskie SDF. W Syrii cały czas operują siły USA, a w zredukowanych bazach siedzą Rosjanie. Do zbrojnych incydentów dochodzi na granicy z Libanem i Irakiem.
Powojenna normalizacja – reintegracja, rozliczenia i nowe rozdania, budowa instytucji – nigdy nie jest niekontrowersyjna i bezkosztowa. To proces, za który płacą najsłabsi (w ostatnich 20 latach w Iraku byli to chrześcijanie; ich liczba spadła dziesięciokrotnie), i który nie musi się udać. Syria bez wątpienia będzie aktualizować tu regionalne standardy.
Wojna w Syrii była lustrem Bliskiego Wschodu
Tymczasem problem Syrii waży szczególnie, bo to najbardziej „miarodajny” konflikt Bliskiego Wschodu. Tu od kilkunastu lat realnie ścierają się interesy głównych aktorów. Upadek Asada to największa od dekad klęska Iranu, na którą złożyły się wielomiesięczne bombardowania izraelskie i wsparta przez Turcję ofensywa opozycyjnych sił HTS. Dziś pętla wokół Iranu zaciska się (głównie w Jemenie, ale też w Iraku – przede wszystkim przez groźby Trumpa). Choć Teheran nie powiedział ostatniego słowa: przypisuje się mu wsparcie dla marcowego powstania alewickiego i wzmacnianie Kurdów.
Upadek Asada zdeklasował teżRosję jako siłę polityczną i militarną w regionie. Ma ona jednak cień szansy, by symbolicznie wrócić – na fali układów z Trumpem i „handlowania” Iranem. Z kolei dla Izraela obecna sytuacja jest nie tylko miarą sukcesu, jakim jest wypchnięcie Iranu i Hezbollahu z Syrii. Jest to też izraelski modus operandi w regionie: kreowanie i zarządzanie chaosem, swoboda jednostronnych działań militarnych, przesuwanie granic i wygrywanie obaw mniejszości (Izrael aspiruje do patronatu nad Druzami, ale też Kurdami).
Ameryka się waha, Turcja zyskuje na znaczeniu
Niejasna jest za to postawa administracji Trumpa. Dla USA nowa Syria jest elementem osaczania Iranu. Kurdowie, którzy wraz z Amerykanami zwalczali Państwo Islamskie, są ich relatywnie lojalnym i efektywnym klientem (Stany obawiają się odrodzenia ISIS). Jednak widać ciągoty, by USA odpuściły sobie region i w pełni delegowały inicjatywę na rzecz Izraela.
Na tym tle wyróżnia się Turcja. Dzisiejsza Syria jest koronnym dowodem cierpliwości i sprawczości Ankary, potwierdzeniem jej obszernego arsenału środków politycznych i wojskowych. Jeśli ktokolwiek z aktorów zewnętrznych ma dziś realne przełożenie na Syrię, to właśnie Turcja.
Przełożenie to nie oznacza jednak wszechmocy – na to Turcji brak środków, a jej sukces możliwy był kosztem Iranu i Rosji (co znacznie popsuło relacje i prowokuje do wyrównania rachunków). Wiąże się też z ryzykiem próby sił z Izraelem (Ankara optuje za integralnością terytorialną Syrii i sygnalizuje wolę ochrony jej przestrzeni powietrznej – przeciw Izraelowi).
Kraje arabskie i Europa mogą się głównie przyglądać
W roli widzów obsadzeni są natomiast aktorzy bezpośrednio zainteresowani stabilnością i normalizacją Syrii, i to na prawie każdych warunkach: państwa arabskie i Unia Europejska. Ich wpływ na sytuację w Syrii, na władze i siły polityczne, jest minimalny (państwa arabskie) lub znikomy (UE).
Hojne zaś deklaracje wsparcia finansowego (np. w połowie marca w Brukseli obiecano 7,5 mld euro) są dość gołosłowne. Choćby dlatego, że wciąż obowiązują sankcje USA, transakcje finansowe są trudne do realizacji, a każda operacja naraża na ryzyko amerykańskich sankcji wtórnych. Przykładowo pod zarzutem „współpracy z terrorystami”, jakimi nominalnie są wywodzące się z HTS władze.
To kolejny już syryjski paradoks.
Autor koordynuje projekt Środkowy Wschód w Ośrodku Studiów Wschodnich w Warszawie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















