W śródziemnomorskich Latakii i Tartusie pojawili się nowi buntownicy. Doszło do wojny, pogromów, zginęło półtora tysiąca ludzi, głównie alawitów, którzy przez pół wieku byli zapleczem i beneficjantami obalonej w grudniu półwiecznej satrapii.
Syria po upadku reżimu Assada
Sto spokojnych dni po obaleniu tyranii Baszara Assada sprawiły, że świat zapomniał, że poprzedziło je czternaście lat barbarzyństwa, które rozdarło Syrię na kawałki, pochłonęło pół miliona ofiar. Niezwykła, damasceńska cisza ożywiła nadzieję, że cuda się zdarzają. W końcu to Lewant! Marcowe dni przywróciły jednak prawdziwy obraz rzeczy i przypomniały, że stare nie ustępuje tak łatwo nowemu.
Pogromu alawitów dokonali sunnici, którzy nie zapomnieli o krzywdach, jakie cierpieli ze strony assadowskiej armii i tajnej policji, w których służyli niemal wyłącznie alawici. Dla alawitów upadek Baszara oznaczał utratę przywilejów i bezpieczeństwa. Ich generałowie, jak to zwykle bywa, uciekli za granicę, a za ich zbrodnie przyszło płacić kapralom. Wczorajsi ciemiężyciele łatwo wcielili się w nowe role ofiar. Teraz to oni rozpamiętują własne, dzisiejsze krzywdy. Zwalniani z wojska, policji, urzędów tracą zarobek i poczucie bezpieczeństwa, boją się zemsty.
W Iraku żołnierze z rozpędzonej przez Amerykanów armii Saddama Husajna przystali do dżihadystów z Al-Kaidy. W Syrii alawici z assadowskiego wojska skrzyknęli się w partyzantkę i w górzystych, porośniętych lasami nadmorskich Latakii i Tartusie podnieśli powstanie przeciwko dżihadystom, którzy przywędrowali z Iraku, a w grudniu odebrali im władzę. Zdaniem znawców od wojskowości, dzięki bojowemu doświadczeniu, pieniądzom i koneksjom z czasów, gdy rządzili w Syrii, alawici mogą w Latakii zbudować partyzantkę jeszcze silniejszą niż ta, jaką w Iraku dżihadyści stworzyli przy pomocy żołnierzy Saddama.
Władza Ahmada asz-Szara
„To było nieuchronne” – mówi dziś Ahmad asz-Szara, pogromca tyranii Assadów, wczorajszy emir dżihadystów, który jako nowy prezydent Syrii wyrzekł się partyzanckiego przydomka Abu Mohammeda „Golańczyka” i wrócił do rodowego imienia. Niedawny weteran irackiej świętej wojny przepoczwarza się w poważnego męża stanu, głoszącego potrzebę umiaru, wybaczenia i zgody. Zapowiada, że karę poniosą winni zarówno pogromów (a więc jego niedawni towarzysze broni, z których wielu nie rozumie jego dzisiejszej wstrzemięźliwości), jak i buntu. „To ci, którzy tu wszystko przegrali” – powiada.
Syryjscy winowajcy to według niego niedawni generałowie z assadowskiego wojska, Ghaith Sulejman Dallah, który stanął na czele Wojskowej Rady Wyzwolenia Syrii i podległej jej pięciotysięcznej, partyzantki, a także Suheil „Tygrys” Al-Hassan, jeden z najważniejszych assadowskich dowódców. I przede wszystkim Mahir Assad, młodszy brat prezydenta, którego nawet ojciec uważał za okrutnika i raptusa i pominął przy sukcesji. Mahir zdobył podczas wojny najgorszą sławę bezlitosnego oprawcy, a wytwarzając i przemycając całymi tonami captagon, „opium dla biedaków”, zbudował narkotykowe imperium i zdobył przezwisko „Pablo Escobara z Arabii”. Mahir i Dallah byli stronnikami Iranu, „Tygrys” uchodził za najważniejszego w Syrii protegowanego Rosji.
Rosyjskie interesy w Syrii
Poza Assadami to właśnie Iran i Rosja straciły w Syrii najwięcej. Dla Iranu Syria była najważniejszym elementem strategicznej konstrukcji, która miała mu zapewnić przewagę na Bliskim Wschodzie nad Turcją i Arabią Saudyjską. Jesienią budowla ta legła w gruzach. Izrael rozbił palestyński Hamas i zrównał z ziemią Strefę Gazy, a także rozstrzelał libański Hezbollah, uchodzący jeszcze niedawno za najsilniejszą armią partyzancką na świecie.
Gwóźdź do trumny wbili syryjscy partyzanci „Golańczyka”, którzy wspierani przez Turcję zdobyli Damaszek. Nie dość, że Irańczycy stracili wszystko, to wojna zawisła dziś nad ich głowami. Grozi im Ameryka, a Izrael czeka tylko na okazję, by unicestwić jedyną na świecie republikę kleru. Wspierając bunt alawitów, ajatollahowie liczą, że uda im się w Syrii wzniecić nową wojnę, która posłuży im za płonącą przegrodę i uchroni przed atakiem Izraela.
Rosja właśnie w Syrii zaczęła znów wybijać się na światowe mocarstwo, a za pomoc kazała sobie płacić bazami wojennymi na śródziemnomorskim wybrzeżu – lotniczą w Latakii i morską w Tartusie. Po upadku Assadów wszystkie jej zdobycze zostały zagrożone. Rosja chciałaby je zachować. Jej wojenne bazy leżą na ziemiach alawitów, a pierwsze strzały w powstaniu padły w miasteczku Dżableh, tuż obok rosyjskiej w Tartusie.
Na wygnaniu w Moskwie Baszar Assad wie jak bardzo zawiódł dobrodziejkę Rosję i modli się, żeby któregoś dnia nie przysłano mu z Kremla zaproszenia na herbatkę. Ale w Moskwie schronił się też ponoć Mahir, który nie wyrzekł się tronu ani narkotykowego bogactwa. Wzmocniona powstaniem alawitów Moskwa mogłaby złożyć Damaszkowi propozycję nie do odrzucenia: „pokój za wojenne bazy”. W czasach, gdy wielka polityka i dyplomacja stają się jarmarkiem, nie uznano by nawet tego za coś niebywałego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















