Miejsce dramatu: prowincja As-Suwajda, południe Syrii, region zdominowany przez społeczność druzyjską. Szacunkowy bilans zamieszek i walk, które toczą się od 11 lipca do początku sierpnia, to ponad 1,5 tys. cywilnych ofiar śmiertelnych (z czego setki miało być wymordowanych celowo), 192 tys. uchodźców wewnętrznych (szacunkowo połowa wszystkich mieszkańców prowincji); ponad tysiąc zabitych żołnierzy i bojowników (mniej więcej po połowie miejscowi Druzowie i siły rządowe oraz milicje).
W ramach trwającego konfliktu interweniował Izrael – wykonał blisko 200 nalotów na syryjskie oddziały rządowe, pałac prezydencki i ministerstwo obrony w Damaszku. W momencie pisania tekstu prowincja pozostawała poza kontrolą władz centralnych.
Kim są Druzowie
Konflikt na południu Syrii jest tyleż szczególny, co typowy dla dzisiejszej Syrii. Szczególny, bo dotyczy społeczności Druzów. To licząca 1-2 mln społeczność zamieszkująca głównie Syrię, ale też Liban i Izrael. Druzowie są Arabami i wyznają monoteistyczną religię wywodzącą się z islamu ismailickiego, przy czym nie czują się i nie są traktowani jako muzułmanie.
Są jedną z najbardziej zamkniętych społeczności w regionie – by być Druzem, trzeba się urodzić z dwojga druzyjskich rodziców; wgląd w ich życie jest bardzo ograniczony. Tysiąc lat historii Druzów to ciągłe walki (m.in. byli awangardą walki z francuską kolonizacją) i lawirowanie w politycznej dżungli regionu. Jednym z przykładów odrębności i szczególnych kalkulacji może być silne utożsamienie się izraelskich Druzów z państwem i objęcie ich obowiązkiem/przywilejem służby w armii izraelskiej.
Preludium konfliktu
W syryjskiej wojnie domowej Druzowie stali z boku – zagrożeni przez sunnickich radykałów, z życzliwą neutralnością wobec Asada, konsekwentnie budujący swoją nieformalną autonomię. Do nowych realiów – obalenia Asada i przejęcia władzy przez sunnickich radykałów – podeszli nieufnie. Część ugrupowań druzyjskich nominalnie podporządkowało się Damaszkowi, część otwarcie zdystansowało od nowych władz, szukając parasola izraelskiego, przy czym sam Izrael otwarcie żądał i egzekwował „demilitaryzację” południowej Syrii.
Preludium do otwartego konfliktu były zamieszki wymierzone w Druzów w lutym i kwietniu br., obecne zaczęły się od bójki na bazarze. Dalej walki z miejscowymi Beduinami (wspartymi przez współplemieńców z całej Syrii), z siłami porządkowymi przysłanymi z Damaszku oraz naloty izraelskie. Wszystko w ciężkiej atmosferze pogromów, łapania zakładników, egzekucji i ucieczek uchodźczych.
Powtarzające się negocjacje przynoszą połowiczne efekty. Wśród Druzów ton dziś nadaje ugrupowanie proizraelskie i nastawione konfrontacyjnie wobec Damaszku.
Wojnę tylko zaczyna się łatwo
Konflikt na południu Syrii jest tyleż szczególny, co typowy dla sytuacji w Syrii. W marcu doszło do kilkudniowych walk i masakr w zamieszkanej przez mniejszość alawicką nadmorskiej części kraju (łącznie ok. 2 tys. zabitych) – konflikt cały czas się tli. Poważnym problemem pozostaje nieuznana kurdyjska autonomia (de facto parapaństwo ze wszystkimi strukturami) w północno-zachodniej Syrii: pomimo podpisanych w marcu porozumień nie doszło do realnego podporządkowania regionu Damaszkowi, z różnym nasileniem dochodzi do walk między kurdyjskimi SDF a siłami rządowymi (również w ostatnich dniach).
Napięcie i nieufność utrzymują się na terenach zamieszkanych przez inne mniejszości (ismailitów, chrześcijan), ale też wszędzie tam, gdzie rosną w siłę radykałowie sunniccy – czy to związani z Państwem Islamskim, czy malkontenci z obozu zwycięzców, uważający obecne (relatywnie umiarkowane) władze za zdrajców sprawy islamskiej.
Problemy odbudowy państwa
Wszędzie problemem jest stworzenie przez nowe władze efektywnych i akceptowalnych lokalnie struktur administracyjnych. Wszędzie problemem jest kontrola rządu nad własnymi siłami, które są konglomeratem różnych formacji, o różnym stopniu radykalizacji, kryminalizacji i pochodzeniu (problemem są oddziały złożone z zagranicznych dżihadystów). To one, często samowolnie włączając się w konflikty, są oskarżane o eskalowanie napięć i okrucieństwa wobec ludności cywilnej.
Systemowym problemem pozostaje brak czytelnego i akceptowalnego modelu nowego państwa, w tym stopnia centralizacji, roli islamu, reprezentatywności. Oczywiście wyzwaniem są zniszczenia infrastruktury (szkół, szpitali, sądów) i brak fachowców (z bardzo kontrowersyjną sprawą angażowania ludzi starego systemu) i niezmiennie brak pieniędzy (jedną z przyczyn rozprężenia w oddziałach rządowych mają być opóźnienia w wydawaniu żołdu i korupcja).
Potężnym wyzwaniem pozostaje wreszcie aktywność sił zewnętrznych, przede wszystkim Izraela (regularne naloty na cele w całym kraju od grudnia, okupacja terenów przygranicznych, otwarte wsparcie dla separatyzmu druzyjskiego oraz Kurdów), ale też Iranu i Rosji (w różnych formach wsparcie dla alawitów, sił starego reżimu, Kurdów i sił destabilizujących kraj), Turcji czy USA (siły obu państw stacjonują w Syrii, oba wspierają rząd, ale Turcja aktywnie zwalcza Kurdów, a USA ich chroni).
Problemów i wyzwań, przed którymi stoi Syria, jest ogrom. Nie może być inaczej po 14 latach wyniszczającej wojny domowej, która realnie zdezintegrowała kraj sam z siebie zróżnicowany etnicznie i religijnie oraz położony w niestabilnym regionie. W Syrii dzieje się źle, ale nie wszystko jest stracone – jak dotąd władze, zaprzeczając swojej przeszłości (bądź co bądź radykalnego ugrupowania zbrojnego, które jest zwycięzcą w brutalnej wojnie domowej), stale poszukują politycznych i długofalowych rozwiązań istniejących problemów. Alternatywy dla Syrii nie ma.
Legitymacja międzynarodowa
Przewrotnym komentarzem do obiektywnie złej sytuacji w Syrii i ograniczeń jej władz jest niezwykły kredyt zaufania, jakim obdarza ją świat zewnętrzny. Tylko w ostatnich miesiącach przywódca Syrii – Ahmed Asz-Szara, do niedawna ścigany za terroryzm – spotykał się z przywódcami m.in. Turcji, monarchami znad Zatoki Perskiej, wreszcie samym Donaldem Trumpem. Trwają przymiarki do jego wizyt i w Waszyngtonie, i w Moskwie.
Ministrowie syryjscy regularnie odwiedzają kraje regionu, dyskutują z ministrami USA, UE, Rosji i innych państw. W negocjowaniu konfliktów wewnątrzsyryjskich i egzekwowaniu porozumień (w tym ostatnim z Druzami) uczestniczą specjalni wysłannicy USA, ale też np. Francji. Dla obecnych władz – i porządku opartego na nich – nie ma obecnie alternatywy; ewentualny brak zaangażowania wydaje się być bardziej kosztowny niż wsparcie dla nich.
Władze syryjskie de facto zyskały legitymację międzynarodową, a USA zawiesiły najbardziej dokuczliwe sankcje. Państwo syryjskie jest w ogromnym stopniu finansowane przez monarchie Zatoki Perskiej, przy technicznej pomocy Turcji i szeregu projektów gospodarczych, które – w interesie biznesu tureckiego – mają ożywić gospodarkę syryjską. Jednym ze spektakularnych ostatnich przykładów była renowacja gazociągu z Turcji, zakontraktowanie przy wsparciu finansowym Kataru gazu z Azerbejdżanu i przyspieszone prace nad budową elektrowni w syryjskim Aleppo. Innym – powrót do Syrii Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego z gotowością wsparcia finansowego.
Kto chce stabilizacji...
Kredyt zaufania wobec Syrii ma silny komponent bezpieczeństwa. Potencjalne załamanie obecnych władz grozi fragmentaryzacją („libanizacją”) państwa i nową odsłoną konfliktów: przede wszystkim otwartym konfliktem Turcji z Kurdami, wielkim ryzykiem wzrostu znaczenia sił radykalnych (Państwa Islamskiego lub jemu podobnych), wreszcie eskalacją konfliktów etnicznych i religijnych z dramatycznym wymiarem humanitarnym.
Tego scenariusza próbują uniknąć przede wszystkim Turcy (obecne władze są bezalternatywnym partnerem i dają nadzieję na strategiczne wpływy w całym kraju) oraz USA. Bezprecedensowe zaangażowanie polityczne administracji Trumpa w Syrii ma pozwolić na – już postępującą – redukcję sił amerykańskich w regionie i delegowanie zadań zwalczania terroryzmu itp. na władze syryjskie. Z kolei państwa Zatoki potrzebują stabilizacji.
...a kto nie
Za zainteresowanych destabilizacją Syrii należy traktować dwóch wielkich przegranych – Iran i Rosję, którzy zatruliby konkurentom owoce ich grudniowego zwycięstwa. Zainteresowany umiarkowaną destabilizacją i fragmentaryzacją Syrii jest również ekspansywny Izrael – silna i odporna Syria, związana z potencjalnie najważniejszym dziś (po osłabieniu Iranu) konkurentem regionalnym, tj. Turcją, tradycyjnie wspierająca wrogów Izraela i mająca konflikt terytorialny o Wzgórza Golan, nie leży w interesie Jerozolimy.
Parapaństwa Kurdów czy Druzów oraz preteksty do karnych operacji militarnych byłyby zaś doskonałymi instrumentami politycznymi w szachowaniu rywali i narzucaniu agendy politycznej.
W Syrii nie jest i nie będzie spokojnie. Nabrzmiałych – nie tylko przez wyniszczającą wojnę – problemów jest bezmiar. Sąsiednie Liban i Irak balansują na granicy głębokich kryzysów, więc sytuacja w regionie jest dynamiczna i niebezpieczna – ale blednie przy Gazie i kryzysie irańskim (ściśle: polityce prowadzonej przez Izrael).
Można i trzeba mieć nadzieję, że Syryjczykom w końcu się uda, a cena, którą zapłacą, nie będzie najwyższa. Można i trzeba mieć nadzieję, bo bezradna i bezsilna Europa może się tylko przyglądać temu, są dzieje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















