Polski produkt. Co to właściwie znaczy?

Niby to proste: przecież na opakowaniach są kody kreskowe identyfikujące kraj pochodzenia produktu. W praktyce określenie, co tak naprawdę jest polską firmą czy towarem, to bardziej skomplikowana sprawa.

14.05.2024

Czyta się kilka minut

Polska lokomotywa Newag na warszawskiej trasie średnicowej. 12 maja 2022 r. // Fot. Tomasz Jastrzębowski / Reporter
Polska lokomotywa Newag na warszawskiej trasie średnicowej. 12 maja 2022 r. // Fot. Tomasz Jastrzębowski / Reporter

Zewsząd słyszymy, że Polacy chcą kupować polskie produkty. Kłopot w tym, że firmy przechodzą z rąk do rąk, niektóre z nich wykupuje kapitał zagraniczny, ale opakowanie ulubionego produktu po takim przejęciu pozostaje takie samo. Skąd więc mamy wiedzieć, który produkt jest polski? 

Drugi problem to fakt, że nasz zakupowy patriotyzm często kończy się na deklaracjach. Potwierdzają to światowe badania udostępnione przez ARC Rynek i Opinia (sprzed 2,5 roku), które pokazują, jaki odsetek klientów w poszczególnych krajach sprawdza pochodzenie kupowanej żywności. W Polsce takich nabywców jest 40 proc. i jest to jeden z najgorszych wyników. Rzadziej pochodzenie towaru analizują Amerykanie oraz Hiszpanie, a zwłaszcza Bułgarzy, ale przed nami jest cała wielka grupa państw ze wszystkich kontynentów, od Korei i Japonii, przez Indie i Nigerię, na Włoszech i Szwajcarii kończąc. Tam świadomość, skąd pochodzi spożywany produkt, jest ważna aż dla 68 proc. klientów.

Czy w ogóle powinniśmy walczyć o to, aby w kolejnych podobnych rankingach Polska plasowała się wyżej? Tak. Ponieważ każda wydawana przez nas złotówka trafia do konkretnej firmy, za którą stoi konkretny kapitał. Nie każda z nich w takim samym stopniu przyczynia się więc do rozwoju usług publicznych i infrastruktury, z których wszyscy potem korzystamy. Wybierając produkt, de facto podejmujemy decyzję, ile groszy z każdej wydanej złotówki zostanie w polskim budżecie, a jaka jego część wycieknie za granicę. Warto o tym mówić przede wszystkim dlatego, że w wielu innych krajach świadomość tej zależności jest o wiele większa niż u nas.

Jak to robią inni

W Stanach Zjednoczonych patriotyzm gospodarczy to oczywistość wyjęta spoza partyjnego sporu. Administracja Donalda Trumpa podjęła liczne działania, które miały wzmocnić pozycję amerykańskich firm w globalnej wymianie handlowej, a po zmianie prezydenta protekcjonistyczna polityka tylko się zaostrzyła. Joe Biden zainicjował takie programy jak „Buy American”, kampanię promującą kupowanie amerykańskich produktów i usług o wartości 400 mld USD, a także „Make it in America”, czyli program zachęcający do produkcji w USA. Na stronie Białego Domu można przeczytać: „Prezydent uważa, że kiedy wydajemy dolary amerykańskich podatników, powinno to wspierać amerykańskich pracowników i przedsiębiorstwa”. 

Jednak przykładów na to, jak skutecznie dbać o krajową gospodarkę nie musimy szukać za oceanem. Wystarczy spojrzeć w stronę ogarniętej wojną Ukrainy. „Naszym zadaniem jest dopilnowanie, aby ukraińskie pieniądze pozostały na Ukrainie i pracowały na Ukrainie. To są podatki. To pensje naszych żołnierzy. To są możliwości naszego państwa, w tym zdolności obronne. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby jak najwięcej ukraińskich przedsiębiorstw mogło utrzymać swoją pracę” – mówił 26 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, ogłaszając prace nad nową platformą, która ma funkcjonować w modelu cashback. Ukraińcy będą otrzymywać zwrot części wydanych środków na specjalną kartę, jeśli zdecydują się na zakupy krajowych towarów.

To tylko element dużo szerszej koncepcji. Działania administracji Zełenskiego zawierają cały wachlarz protekcjonistycznych praktyk, takich jak: rekompensaty za zakup ukraińskiego sprzętu rolniczego, ukrainizacja zamówień publicznych, a także nakaz zakupu rodzimych autobusów do obsługi komunikacji publicznej. Ukraińcy, podobnie jak Amerykanie, rozbudowują swoje protekcjonistyczne programy i stymulują całą administrację publiczną do wspierania krajowych firm. Podobne mechanizmy znajdziemy w innych krajach.

Serial „Skandal! Kulisy afery Wirecard” pokazuje niemieckie dążenia do zbudowania własnej doliny krzemowej i zastąpienia przestarzałych czempionów tamtejszej gospodarki nowymi firmami pokroju Google’a. Na drodze do realizacji tego celu stał m.in. kapitał chiński, który zaczął przejmować coraz bardziej perspektywiczne niemieckie firmy. Dlatego w grudniu 2018 r. Niemcy zmieniły prawo dotyczące stosunków gospodarczych z zagranicą, tak aby zapewnić sobie możliwość blokowania przejęcia krajowych firm przez kapitał spoza UE. To namacalny dowód, jak wiele wysiłku wkładają nasi sąsiedzi w budowanie przyszłości gospodarczej Europy, w której główną rolę odegrają firmy niemieckie. 

Kod 590 i inne mity

Jak widać, patriotyzm gospodarczy jest w różnych zakątkach świata normą. Najwyższe władze wielu państw nie mają problemu z tym, by mówić wprost o potrzebie kupowania krajowych produktów, a za tymi słowami idą realne działania administracji publicznej. Co więcej, społeczeństwa poszczególnych państw są znacznie bardziej świadome niż nasze, które pozbawiono edukacji w tym zakresie. Na dodatek w Polsce brak narzędzi, które wspierałyby umiejętnie patriotyzm gospodarczy. Nawet gdyby ktoś chciał kupować polskie produkty, to ich znalezienie nie jest proste, a większość popularnych oznaczeń bardziej przeszkadza, niż pomaga.

Za popularny wyznacznik polskości produktów uchodzą cyfry 590, od których rozpoczynają się niektóre kody kreskowe na opakowaniach. Pierwsze trzy cyfry kodu faktycznie są przyporządkowane do danego kraju, a Polsce przypadł właśnie ciąg cyfr 590. Dlatego popularne stało się przekonanie, że już sam kod określa polskość. 

To nieprawda. Aby móc korzystać z tego kodu, wystarczy zarejestrować firmę w Polsce. Nie ma obowiązku prowadzenia produkcji na terenie naszego kraju ani nawet płacenia tu podatków. Z kodu 590 może korzystać przedsiębiorstwo należące do niemieckiego kapitału, które produkuje w Chinach i płaci podatki na Cyprze. Wystarczy, że zarejestruje się także w Polsce.

Aby dokonać świadomego wyboru, musimy szukać dalej i wziąć pod uwagę inne kryteria, takie jak miejsce produkcji, struktura kapitałowa czy ulokowanie prac badawczo-rozwojowych. Niestety, większość popularnych na rynku biało-czerwonych oznaczeń – tak komercyjnych, jak i rządowych – nie bierze tych kryteriów pod uwagę.

Z nadzorowanego przez Ministerstwo Rolnictwa znaku „Produkt Polski” mogą swobodnie korzystać firmy z przeważającym zagranicznym kapitałem. Takie samo oznaczenie możemy znaleźć na produktach rodzinnej, lokalnej mleczarni, jak i na opakowaniach zagranicznego koncernu, który tylko otworzył w Polsce swoją fabrykę. 

Pułapka dla średniaka

Certyfikat resortu rolnictwa nie stanowi żadnej przewagi rynkowej dla polskich firm, a co gorsza, jest to dziś symbol tzw. pułapki średniego rozwoju. Dlaczego? Rządowe oznaczenie „Produkt Polski” może otrzymać towar wyprodukowany z naszych surowców. Tymczasem skupianie się wyłącznie na nich premiuje najniższe ogniwa w łańcuchu wartości globalnej gospodarki. Realne zyski nie pochodzą przecież z wytwarzania surowców, tylko ze sprzedaży gotowych produktów. 

Jeśli chcemy realnego rozwoju gospodarczego Polski i nowoczesnego państwa, musimy mieć znacznie większe ambicje niż tylko wytwarzanie dobrej jakości surowców czy ich przetwórstwo. Powinniśmy zatem oczekiwać, że polskie firmy będą się przesuwać wyżej w globalnych łańcuchach marż i premiować działania, które nas do tego celu przybliżają. Dlatego tak ważne w ocenie polskości poszczególnych przedsiębiorstw są takie kryteria, jak miejsce produkcji, inwestycje w badania i rozwój, a przede wszystkim kapitał. Olbrzymie znaczenie ma to, do kogo realnie należy firma i kto ostatecznie na niej zarabia. Ani kod 590, ani rządowy biało-czerwony logotyp nie daje nam takich informacji.

Inflacja, recesja, kryzys. Waluty, kredyty, banki. Nuda? Wielu z nas deklaruje brak zainteresowania gospodarką – niestety, bez gwarancji wzajemności. My traktujemy ją po ludzku.

Oznaczenie „Produkt Polski” zalegitymizowało używanie biało-czerwonych oznaczeń na opakowaniach produktów firm z kapitałem zagranicznym. Ich specjaliści od marketingu czytają badania konsumenckie i doskonale rozumieją, że dzięki akcentowaniu polskości zyskują w oczach konsumentów. Dlatego w ostatnich latach powstała cała masa różnego rodzaju biało-czerwonych serduszek, trójkątów i kółek, które zdobią opakowania zagranicznych produktów, dając konsumentom mylne wyobrażenie o ich pochodzeniu. W efekcie szczytna idea patriotyzmu konsumenckiego, która miała kierować nas w stronę rozwoju, tak naprawdę utrwala model półkolonii gospodarczej, zajmującej niskie miejsca w tzw. globalnych łańcuchach wartości. Najniższe pozycje zajmują w nich np. firmy produkujące podzespoły do samochodów, a najwyższe ten, kto zarabia na sprzedaży gotowych aut. Powinniśmy mieć ambicję przejścia z pozycji producenta półproduktów na pozycję finalnego sprzedawcy.

Niestety, nasze kampanie dotyczące patriotyzmu gospodarczego nie premiują ani firm z polskim kapitałem, ani przedsiębiorstw innowacyjnych. Definicje polskości producenta czy też jego produktu są upraszczane i rozmiękczane tak, aby było w nich dużo miejsca dla światowych potentatów. Stosowane oznaczenia niczego nie tłumaczą, a raczej wprowadzają chaos i manipulują klientami – pośrednio za zgodą naszych władz.

Linia produkcyjna napojów spirytusowych. Lublin, 6 marca 2020 r. // Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Kryzys wzmacnia protekcjonizm

Klub Jagielloński w 2015 r. stworzył aplikację „Pola. Zabierz ją na zakupy”, która pozwala sprawdzić, która firma jest polska, i pomaga podjąć świadomą decyzję. Od tamtego czasu na bieżąco śledzone są trendy związane z patriotyzmem gospodarczym i pochodzeniem produktów. Wzrost popularności tych zagadnień jest skorelowany z kryzysami, z jakimi borykaliśmy się w ostatnich latach.

W czasie pandemii covidu powstało wiele inicjatyw, które miały na celu wsparcie przedsiębiorstw znajdujących się w trudnej sytuacji. Mogliśmy zaobserwować pokłady całkowicie oddolnej solidarności społecznej i różne mechanizmy wsparcia dla polskich firm. Kolejne skokowe zainteresowanie patriotyzmem gospodarczym i świadomą konsumpcją miało miejsce po rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Polacy nie tylko chcieli wiedzieć, które produkty i firmy są rosyjskie, ale także oczekiwali ponadstandardowych działań od polskich biznesmenów, wyrażając wprost oczekiwanie, by opuścili rynek agresywnego sąsiada. Powstawały w tym czasie specjalne listy przedsiębiorstw z wezwaniem do ich bojkotu. Kontrowersje wzbudzały głównie działania francuskich koncernów, jak Auchan czy Leroy Merlin, które nie chciały opuścić rosyjskiego rynku. Był to również czas rewizji polityki gospodarczej wielu państw. Raporty Food & Fertilizer Export Restrictions Tracker wskazują, że w wyniku rosyjskiej inwazji około 30 różnych krajów podjęło działania protekcjonistyczne na rynku rolno-spożywczym. Niepewność co do dostaw niezbędnych surowców w razie konfliktu skłaniała rządy do pytań o własną suwerenność żywnościową i do działań w ochronie własnego rynku.

Napięta sytuacja sprawiła, że hasła i postulaty rolników, wygłaszane podczas licznych protestów, trafiały na podatny grunt i zyskiwały szerszą społeczną akceptację, wykraczającą poza rolniczą bańkę. Europejski Zielony Ład forsowany przez Unię Europejską w połączeniu ze wzmożonym importem i tranzytem surowców rolno-spożywczych z Ukrainy wywołały powszechne niezadowolenie i kolejną falę zainteresowania pochodzeniem produktów w naszych sklepach.

Rolnicy blokujący polsko-ukraińską granicę ujawniali, jak naprawdę wygląda żywność trafiająca do naszego kraju. Jakość niektórych transportów znacząco odbiegała od standardów, co podsycało emocje. Przedsiębiorstwa, które znalazły się na rządowej liście firm importujących surowce z Ukrainy, stały się obiektem bojkotów konsumenckich. W sieci można było znaleźć liczne filmiki, na których wylewano do zlewu olej Kujawski, ponieważ jego producent znalazł się na rządowej czarnej liście.

Odpowiedzialność za wspólnotę

Taka reakcja to jednak błędne podejście. Podczas dyskusji o przyszłości kraju i planowaniu strategii rozwoju gospodarczego należy patrzeć na wszystko długoterminowo. Dlatego surowce, z których powstaje dany produkt, nie są głównym czynnikiem, jaki należy wziąć pod uwagę podczas codziennych zakupów. Nie dlatego, że to zupełnie nieistotne, tylko dlatego, że tę kwestię najłatwiej zmienić. Nawet jeśli jakaś polska firma korzysta dziś z ukraińskich czy innych niepolskich surowców, to nie oznacza przecież, że taka sytuacja utrzyma się w nieskończoność. Kierunek ten można zmienić i sprawnie przestawić się na dostawy krajowe.

Dlatego podczas oceniania pochodzenia firm i produktów należy bardziej kierować się kryteriami, które mają długofalowy wpływ na rozwój gospodarczy. Do takich czynników należy przede wszystkim struktura kapitałowa firmy. Powinniśmy wiedzieć, kogo dokładnie wspieramy podczas codziennych zakupów.

Warto również wziąć pod uwagę to, na kogo będziemy mogli liczyć w razie realnego kryzysu bezpieczeństwa państwa. Kto wtedy będzie poczuwał się do większej odpowiedzialności za naszą wspólnotę? Lokalna firma z polskim kapitałem czy duży zagraniczny koncern, dla którego jesteśmy jednym z wielu obsługiwanych rynków?

Polska potrzebuje porządnego programu wspierającego patriotyzm gospodarczy, w który zaangażują się nie tylko organizacje pozarządowe, ale przede wszystkim administracja publiczna, która posiada liczne narzędzia mogące stymulować protekcjonistyczne podejście do zarządzania państwem. W Polsce takich inicjatyw na razie nie znajdziemy, a jeśli już się pojawiają, to w zdecydowanej większości z nich mogą brać udział firmy z kapitałem zagranicznym. Potrzebujemy zmiany tej polityki oraz szeroko zakrojonych działań edukacyjnych, by deklarowany patriotyzm gospodarczy nie kończył się na pięknych słowach.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Polski produkt. Co to właściwie znaczy?