W pierwszej połowie dnia Hanię, studentkę czwartego roku biotechnologii, można spotkać na zajęciach lub w laboratorium. Popołudniami i w weekendy biały kitel zmienia na cukierniczy fartuch, a fiolki i probówki na wałek do ciasta, bo od ponad dwóch lat pracuje w gastronomii. Do wynajmowanego pokoju wraca późnym wieczorem. I tak w kółko. – Na razie trzymam się studenckiego życia, ale wiem, że konfrontacja z tym „prawdziwym” zbliża się wielkimi krokami, i bardzo mnie to stresuje – mówi dziewczyna.
Z natury jest raczej optymistką, ale swoją przyszłość widzi szarą, zamgloną. – Ludzie miesiącami szukają pracy, czynsze za wynajem są absurdalne, perspektyw na własne mieszkanie brak, nawet na kredyt. Życie stało się drogie i pełne niepewności. To nie jest świat, jaki nam obiecywano – dodaje.
Według raportu „Stan młodych 2025”, opublikowanego przez Fundację Ważne Sprawy, aż 70 proc. respondentów w wieku 18-29 lat wchodząc w dorosłość odczuwa stres, a 25 proc. – wręcz lęk. Tylko 37 proc. późnych millenialsów i osób z pokolenia Z uważa, że przyszłość jest pełna nadziei; ledwie 18 proc. spogląda przed siebie z entuzjazmem.
Obietnice kontra rzeczywistość
Zdaniem dr Moniki Kwiecińskiej-Zdrenki, socjolożki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, rozczarowanie po zderzeniu z dorosłością u ludzi urodzonych pod koniec lat 90. i na początku nowego tysiąclecia jest efektem obietnic, które im składano, a które okazały się zdecydowanie na wyrost.
– Słyszeli od rodziców, dziadków i nauczycieli, że świat na nich czeka, że sami są zmianą, że będzie im łatwiej i lepiej. Tymczasem trafili do skostniałego i nieprzyjaznego świata, który wcale nie jest aż tak gotowy na zmiany – wyjaśnia socjolożka, dodając, że młodzi ludzie stykają się z żądaniami poświęcenia prywatności na rzecz pracy, a tym samym zmuszani są do budowania życia w niestandardowy sposób.
– Moja przyjaciółka porównała kiedyś wchodzenie w dorosłość do rodzicielstwa. Najpierw wszyscy dookoła mówią ci, że posiadanie dziecka jest cudowne, a kiedy w życiu pojawia się mały człowiek i bywa trudno, nagle słyszysz: „a czego się spodziewałaś?” – mówi rozgoryczona 31-letnia Basia, która od kilku lat pracuje w Poznaniu w branży kreatywnej. – Gdy byliśmy mali, obiecywano nam wspaniały świat, który mieliśmy zawojować, a teraz słyszymy, że mamy wygórowane oczekiwania – dodaje kobieta.
Sytuacja ta w dużej mierze wzięła się stąd, że dorośli do spółki z popkulturą przez lata budowali w młodych ludziach przekonanie, że są świetni, że mają szerokie kompetencje, że mogą wszystko – mimo iż często nie było to prawdą. – Dziś ta narracja drastycznie się zmienia, a od starszych pokoleń, również od własnych rodziców, młodzi otrzymują sprzeczne sygnały – mówi dr Kwiecińska-Zdrenka. Z jednej strony słyszą, że mają nie bać się zmian, próbować, żyć inaczej, z drugiej zaś, gdy faktycznie to robią, są oceniani, krytykowani i pozbawiani wsparcia.
Jednak prof. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju i wykładowca na Uniwersytecie SWPS, uważa, że młodzi dorośli doświadczają obecnie dokładnie tego samego, co wcześniejsze pokolenia – z tą różnicą, że oni mają niemal nieograniczoną liczbę życiowych ścieżek do wyboru. U części z nich potęguje to poczucie zagubienia i rozczarowania. – Jak świat światem, każdy młody człowiek tworzył wizję siebie w przyszłości. Tyle że dawniej nie było to zbyt spektakularne, bo perspektywy były ograniczone – mówi ekspert.
Jako że obraz własnej przyszłości buduje się nie tylko na wyznaczanych celach, ale też na wyobrażeniach i marzeniach, to w efekcie obraz ten nie zawsze jest racjonalny i często składają się na niego opcje, które w prawdziwym życiu nie mogą współistnieć. – A kiedy wizja zderza się z rzeczywistością, pojawia się rozczarowanie. Czasem bardzo bolesne, ale to naturalne – tłumaczy prof. Piotrowski.
Czym jest kryzys ćwierćwiecza i jaką niesie wartość?
Studiująca biotechnologię Hania marzy o pracy naukowej. – To może być trudne, bo ofert jest mało, więc liczę się również z tym, że jedyną opcją będzie komercyjna firma – mówi. Przyznaje też, że ma znajomych, którzy zmienili zawodową ścieżkę, by dopasować się do oczekiwań rynku pracy. – Boję się, że ja też będę musiała schować ambicje do kieszeni. Na dodatek AI mocno się rozwija i nie wiadomo, czy będzie zapotrzebowanie na moje kompetencje. To przykre, że w dzisiejszym świecie młode osoby nie mogą robić tego, w czym są utalentowane i dobre, ale idą tam, gdzie są pieniądze – podsumowuje.
Jak zauważa prof. Piotrowski, swoistym przełomem dorosłości jest tzw. kryzys ćwierćwiecza, czyli graniczny moment zakończenia edukacji, wyjścia ze studenckiej bańki i zderzenia z prawdziwym życiem. – Mimo tego, że dla wielu osób bywa to bolesnym doświadczeniem, ma ogromną wartość. Młody człowiek, który się z tym upora, potrafi potem integrować różne perspektywy. Z jednej strony umie zadbać o siebie, o swoje cele i plany, a z drugiej rozumie, jak działa świat – wyjaśnia.
W kryzysowym punkcie jest dziś Marcel, świeżo upieczony absolwent ASP w Łodzi. – We wrześniu skończyłem studia, dwa miesiące szukam pracy i to jest piekło – opowiada. Marcel zdawał sobie sprawę, że sytuacja na rynku pracy jest kiepska, ale nie spodziewał się aż takiej posuchy. – Najlepiej byłoby, gdybym wciąż miał status studenta, a przy tym doświadczenie i wiedzę 40-letniej osoby, gdybym nie miał szczególnie wygórowanych oczekiwań finansowych i gdybym chciał pracować na umowie śmieciowej lub B2B – ironizuje.
Na razie utrzymuje się z resztek oszczędności, które udało mu się zgromadzić na studiach – głównie ze stypendiów, konkursów i „fuch”; rodzice nie są w stanie pomagać mu finansowo. Wystarcza mu to na opłacenie pokoju i skromne życie. – W szkole karmiono nas przekonaniem, że wykształcenie to podstawa, przepustka do lepszego życia. Dziś widzę, że studia nie dają bezpieczeństwa, bo na rynku pracy tułają się tysiące magistrów, inżynierów, architektów niemogących znaleźć sensownego zatrudnienia. Moi znajomi też się z tym mierzą, więc wspieramy się i staramy nie panikować – podsumowuje.
Marcel pracy szuka stosunkowo krótko, ale już kilka razy usłyszał, że powinien schować dumę do kieszeni, czyli „być odpowiedzialnym dorosłym i robić to, co trzeba”.
Czy praca wciąż jest wartością samą w sobie
Dr Kwiecińska-Zdrenka zwraca uwagę, że młodzi dorośli patrzą na pracę z zupełnie innej perspektywy niż ich rodzice, którzy bardzo często podchodzili do niej wręcz nabożnie. Oni zaś traktują ją jak narzędzie do realizacji celów, a nie nadrzędną wartość. Nie chcą długo tkwić w miejscach, w których nie czują się dobrze, zwłaszcza że często mają poczucie ekonomicznego wykorzystania i niewłaściwego traktowania.
Jednak mimo tego, że w ostatnim czasie na rynku pracy faktycznie panuje kryzys, przedstawiciele pokoleń Y i Z mają wciąż dużo możliwości rozwoju i przestrzeni na eksperymenty.
– To pokolenia wychowane przez rodziców, którzy często pracowali ponad siły, a kwestiom zawodowym podporządkowywali niemal wszystko. Gdy młodzi na nich patrzą, widzą, że ten trwający kilkadziesiąt lat wysiłek skutkuje frustracją, zmęczeniem i problemami zdrowotnymi. Oni chcą żyć lepiej, chcą być traktowani z szacunkiem, mieć czas dla siebie, tym bardziej że mają zupełnie inne możliwości podróżowania oraz dostęp do wielu dóbr konsumpcyjnych. To absolutnie nie jest przejaw egoizmu czy niedojrzałości, to zmiana pokoleniowa – tłumaczy badaczka.
25-letni Marcel mówi, że nic nie irytuje go tak jak stereotypy dotyczące tego, jak bardzo „złe” jest jego pokolenie. – Ciągle słyszę, że młodzi są roszczeniowi i leniwi. Guzik prawda, ale ludzie i tak w to wierzą, choć nie są w naszej skórze! – mówi ze złością. Hania z kolei uważa, że tego typu opinie sprawiają, iż starsi ludzie patrzą na nich z niechęcią. – Są do nas uprzedzeni i bardzo źle nas oceniają, jeśli robimy coś inaczej niż oni, jeśli chcemy żyć po swojemu – twierdzi dziewczyna.
– Chcemy godziwych warunków w pracy – to jesteśmy roszczeniowi. Godzimy się na niskie stawki i śmieciowe umowy – psujemy rynek. I tak ze wszystkim. Już przestałam się przejmować – mówi Basia.
A może tak było zawsze? Prof. Konrad Piotrowski jest zdania, że obserwowany powszechnie brak międzypokoleniowego porozumienia jest pokłosiem tego, iż rzeczywistość nigdy wcześniej nie zmieniała się tak szybko i tak dynamicznie. – Młodzi żyją dziś w zupełnie innym świecie niż ich rodzice; on nigdy nie był tak rozpędzony i nieprzewidywalny – mówi psycholog.
Niestety, przedstawiciele starszych pokoleń widzą głównie to, że w ciągu ostatnich 30 lat powstało wiele nowych technologii, które ułatwiają młodzieży życie, przez co codzienność jest dziś rzekomo prosta i przyjemna. Tyle że dostęp do zmywarki czy smartfona to nie jest podanie „życia na tacy”. – Starszym pokoleniom z pewnością nie było łatwo, ale dziś patrzą one na świat wybiórczo. Zauważają udogodnienia, ale ignorują fakt, że wiele spraw jest dużo trudniejszych i bardziej skomplikowanych niż za ich czasów. Nie chcą też poznać i zrozumieć świata młodych – uważa psycholog.
Emocjonalna bliskość działa jak polisa na przyszłość
Na postrzeganie „igreków” (inaczej: millenialsów) i „zetek” mocno wpływa również sposób wychowania, który bardzo się zmienił. 50 czy 40 lat temu dzieci były często zdane przez większość dnia na siebie, więc siłą rzeczy musiały sobie radzić. – Nikt nie zajmował się ich emocjami, mało kto się z nimi liczył. Ostatnie 30 lat przyniosło ogromną zmianę w tej kwestii: wielu rodziców pielęgnuje wrażliwość dzieci, rozmawia z nimi, wspiera, jak potrafi. Młodzi nie są więc „hartowani”, a to według niektórych świadczyć ma o ich rozpieszczeniu i życiowej niezaradności – tłumaczy prof. Piotrowski.
Tymczasem badania naukowe ukazują, że dzieci wychowywane w emocjonalnej bliskości zdecydowanie lepiej radzą sobie w obecnym świecie, w którym dawne wzorce się zdezaktualizowały.
– Kiedy rodzice byli w moim wieku, mieli dwójkę dzieci, stałą pracę i pierwsze mieszkanie. Żyli bez wielkich luksusów, ale na wszystko im starczało – mówi 31-letnia Basia. Sama dziś coraz częściej zastanawia się, czy w przyszłości uda jej się osiągnąć choć namiastkę tego, co oni.
Trochę zapomina, że jej rodzice żyli w systemie totalitarnym, a „starczało im” także dlatego, że po prostu niewiele w sklepach było. – Jako dziecko patrzyłam na nich i myślałam sobie, że w tym wieku będę poważną panią za biurkiem, że będę miała wszystko poukładane. Pocieszające jest to, że nie jestem w tym sama – śmieje się Basia.
Działa w branży kreatywnej, pracuje na umowach cywilnoprawnych, mieszka z partnerem w niewielkim wynajętym mieszkaniu, które pochłania więcej niż trzecią część ich dochodów. – Z jednej strony jestem sfrustrowana i czasem myślę, że stałam się życiowym „przegrywem”, z drugiej wiem, że obecne okoliczności są mało sprzyjające. Stosunkowo niedawno skończyłam studia, więc daję sobie czas. Może będzie lepiej – mówi.
Wątek postrzegania czasu jest w kontekście rozważań o współczesnych młodych dorosłych kluczowy. Popularne powiedzonko: „trzydziestka to dziś nowa dwudziestka” może wyglądać na efektowny, lecz pusty frazes, jednak prof. Piotrowski uważa, iż z perspektywy psychologii rozwoju jest w nim sporo prawdy.
Ważna jest tu zwłaszcza struktura społeczeństwa, która w Polsce na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci mocno ewoluowała. W przeszłości mało kto decydował się na studia (u kresu PRL tylko 6,5 proc. miało wykształcenie wyższe), więc większość osób kończyła edukację w wieku 18 lub 19 lat i płynnie wchodziła w pracę zawodową, która często trwała w niemal niezmienionej formie do emerytury.
Jak wchodzić w dorosłość i nie zgubić drogi
Dziś tzw. markery dorosłości, czyli koniec edukacji, znalezienie stałej pracy, wyprowadzka z domu rodzinnego, wejście w związek małżeński i powiększenie rodziny, znacząco przesunęły się w czasie – chociażby z tego względu, że studia kończy się dziś w wieku 25 lub 26 lat, a w dodatku połowa młodych studiuje.
Siłą rzeczy kolejne „kamienie milowe” realizowane są więc później lub wręcz pomijane. Dorosłość nie jest już jedną określoną ścieżką, ale zbiorem możliwych scenariuszy. – Rodzice i dziadkowie w wieku dwudziestu kilku lat byli już obiema nogami w dorosłym życiu. To, że dziś jej etapy realizowane są później lub w innej kolejności, nie oznacza braku dojrzałości młodego pokolenia. Matryca dorosłości z lat 70. czy 80. nie przystaje do współczesnego świata – wyjaśnia prof. Piotrowski.
Marcel na sam koniec rozmowy przyznaje, że nie chce, by miała ona zbyt pesymistyczny wydźwięk. – Bo wyjdzie na to, że tylko marudzimy i się użalamy – mówi. – Jest kiepsko, ale mimo wszystko znam swoją wartość i wiem, że sporo umiem. Może znajdę swoje miejsce za rok, może dopiero za pięć, ale naprawdę wierzę, że dam radę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















