Przyszłość Omanu. Czy neutralność przetrwa w regionie, który nie uznaje półcieni

Oman przez dekady był cichym pośrednikiem Bliskiego Wschodu. Wojna USA i Izraela z Iranem poddaje ten model próbie. To też pytanie o neutralność w ogóle: na ile jest dziś możliwa.
Czyta się kilka minut
Mieszkańcy Muskatu, stolicy Omanu, świętują zakończenie ramadanu, islamskiego miesiąca postu. W tle tankowce uwięzione na kotwicowisku w Porcie imienia Sułtana Kabusa. Marzec 2026 r. // Fot. Elke Scholiers / Getty Images
Mieszkańcy Muskatu, stolicy Omanu, świętują zakończenie ramadanu, islamskiego miesiąca postu. W tle tankowce uwięzione na kotwicowisku w Porcie imienia Sułtana Kabusa. Marzec 2026 r. // Fot. Elke Scholiers / Getty Images

7 kwietnia 2024 r. irański minister spraw zagranicznych Hossein Amirabdollahian wylądował w Maskacie, stolicy Omanu. Przywiózł przesłanie: Iran uderzy w Izrael militarnie, w odpowiedzi na zbombardowanie konsulatu w Damaszku, ale to będzie atak jednorazowy i jego celem nie jest wywołanie wojny, lecz pokaz siły.

Następnego dnia omańscy dyplomaci przekazali ten komunikat Amerykanom, zgodnie z intencją Irańczyków. 13 kwietnia Iran wypuścił ponad 300 dronów i rakiet na Izrael. USA nie zareagowały, gdyż wiedziały, czego się spodziewać.

Żadna wielka agencja prasowa nie pisała w tamtych dniach o Omanie. W Maskacie nikogo to nie oburzało. Tak Oman działał od dekad: w ciszy, bez konferencji prasowych i przypisywania sobie zasług. Każda mediacja, dyskretna i udana, wzmacniała zaufanie.

Oman ma 5 mln mieszkańców. Leży nad cieśniną Ormuz, przez którą płynie jedna piąta światowej ropy. Nie jest bogaty, jak sąsiedzi z Zatoki. Nie ma armii zdolnej do prężenia muskułów. Mimo to pełni rolę, której nikt inny na Bliskim Wschodzie pełnić nie potrafi: kogoś, komu ufają wszyscy, bo nie jest sojusznikiem nikogo.

Ostatnie trzy miesiące wystawiły ten model na ciężką próbę.

Ibadyzm: trzecia droga islamu, która ukształtowała Oman

Islam w potocznym rozumieniu to dwa obozy: sunnici i szyici. Wokół tego podziału obraca się rywalizacja sunnickiej Arabii Saudyjskiej z szyickim Iranem. W każdym konflikcie w tym regionie wybrzmiewa to samo pytanie: po czyjej stronie jesteś?

Oman nie musi tu odpowiadać. Prawie połowa jego populacji to ibadyci: wyznawcy trzeciej, najmniej znanej gałęzi islamu. Ibadyzm powstał w połowie VII w. jako odłam ruchu charydżyckiego – grupy, która w 657 r. opuściła obie strony tamtej pierwszej islamskiej wojny domowej, uznając, że żadna nie ma racji. Charydżyci odrzucili i sunnitów, i szyitów.

Radykalni charydżyci wybrali przemoc. Ibadyci, skupieni wokół uczonego Dżabira ibn Zajda z omańskiej Nizwy, wybrali zaś izolację i wewnętrzną spójność. Przetrwali, bo nie wchodzili nikomu w drogę. W omańskich meczetach sunnicki imam może prowadzić modlitwę dla ibadyckich wiernych. Małżeństwa mieszane są normą. 

Ibadyzm kładzie nacisk na szurę (obowiązek konsultacji) i tradycję sablah: radę, przy której różne grupy rozwiązują spory dialogiem. Ta tradycja unikania konfliktu przenika społeczeństwo Omanu. Wpływa na sposób, w jaki prowadzi on politykę zagraniczną.

Kluczowe jest to, co z tej tożsamości wynika politycznie. Jeśli nie jesteś sunnitą ani szyitą, nie jesteś po żadnej stronie. W regionie, gdzie wyznanie równa się sojuszowi, ibadyzm oznacza wolność od sojuszy. To teologiczna przypadłość, która stała się strategiczną zaletą. Ale żeby ją wykorzystać, potrzebny był ktoś, kto zrozumie, że neutralność może być bronią. 

Szalony sułtan zamknął Oman na świat

Aby zrozumieć, jak Oman stał się tym, czym jest dziś, trzeba cofnąć się do 23 lipca 1970 r. Tego dnia 29-letni Kabus ibn Sa’id obalił własnego ojca w pałacowym zamachu stanu, którego dokonał z cichym poparciem Brytyjczyków.

Ojciec był postacią osobliwą nawet jak na standardy bliskowschodnich autokratów. Sa’id ibn Tajmur rządził od 1932 r., stopniowo zamieniając Oman w najbardziej izolowane państwo regionu. W chwili zamachu kraj miał dwa szpitale, dwie szkoły średnie i 10 km betonowych dróg. Prąd i bieżąca woda były dostępne tylko w stolicy. Śmiertelność dzieci poniżej 5. roku życia sięgała 25 procent.

Zakazane były różne błahe aktywności: palenie w miejscach publicznych, gra w piłkę nożną, noszenie okularów przeciwsłonecznych. Ekstremum tej paranoi był zakaz prowadzenia rozmowy dłuższej niż 15 minut w miejscu publicznym. 

W takich warunkach panował sułtan Sa’id ibn Tajmur. Sam nie opuszczał od lat pałacu al-Husn w Salalah, na południu kraju.

Przewrót pałacowy

Kabus ibn Sa’id studiował w Wielkiej Brytanii, na akademii wojskowej w Sandhurst. Gdy w 1966 r. wrócił, ojciec umieścił go w areszcie domowym (w tym samym pałacu, w którym mieszkał). Przez ostatnie 14 miesięcy przed zamachem nie zamienili ze sobą słowa, choć dzieliło ich kilkadziesiąt metrów korytarza.

Kabus, mając poparcie Brytyjczyków, zdecydował się na zamach. 23 lipca 1970 r. uzbrojona grupa wtargnęła do apartamentów sułtana. Ten stawił opór. Jednego zamachowca trafił w brzuch, po czym, przeładowując pistolet, postrzelił się w stopę. Próbował uciec podziemnymi korytarzami. Schwytany, został zmuszony do podpisania aktu abdykacji. 

Następnego dnia syn wysłał go samolotem do Londynu. Ostatnie dwa lata życia obalony sułtan spędził w apartamencie hotelu Dorchester.

Kabus z marszu ogłosił program modernizacji. Zmienił nazwę państwa z „Sułtanat Maskatu i Omanu” na „Sułtanat Omanu” (gest zjednoczenia kraju). A to, co zrobił w polityce zagranicznej, okazało się równie ważne jak drogi i szpitale, które zbudował. Wspomnianą ibadycką tradycję zamienił w strategię przetrwania małego państwa między gigantami. 

Oman nie mediował, lecz ułatwiał rozmowy

Test tych założeń przyszedł szybko. Gdy na południu Omanu płonęło komunistyczne powstanie w prowincji Dhofar (wspierane przez marksistowski Jemen Południowy), w jego stłumieniu pomogła armia szacha Iranu. Gdy potem, w 1979 r., rewolucja islamska obaliła szacha, większość państw arabskich zerwała relacje z nowym Iranem. Kabus tego nie zrobił. Oman od Iranu dzieli raptem kilkadziesiąt kilometrów cieśniny Ormuz. Sułtan uznał, że z takim sąsiadem lepiej rozmawiać niż nie rozmawiać.

Utrzymanie relacji z Islamską Republiką Iranu było więcej niż pragmatyzmem – był to test nowej strategii. Mały kraj bez militarnej siły, z religią wykluczającą go z sunnicko-szyickiego podziału, leżący nad krytyczną cieśniną postawił na taką strategię przetrwania.

Oman zaczął rozmawiać ze wszystkimi. Pięć dni po inwazji Iraku na Iran we wrześniu 1980 r. szef MSZ Omanu już oferował pośrednictwo. Przez następne dekady Oman cierpliwie budował model, który badacze nazwali „państwem-rozmówcą”. Wieloletni minister stanu ds. zagranicznych Jusuf ibn Alawi powtarzał: „To, co wybieramy dla siebie, to rola facylitatora”. 

Facylitator to nie to samo, co mediator. Oman nie chciał odgrywać roli mediatora. Bo mediator wchodzi między strony, proponuje rozwiązania. Facylitator zaś organizuje przestrzeń, w której wrogowie mogą się spotkać (np. kursuje między nimi z wiadomościami, zapewnia hotel w swej stolicy). I co równie ważne – nigdy nie przypisuje sobie sukcesów.

Tajne negocjacje USA z Iranem i siła dyskrecji

Tą metodą w 2012 r. Oman zorganizował w swojej stolicy tajne rozmowy USA–Iran (za prezydentury Baracka Obamy). Doprowadziły do porozumienia nuklearnego JCPOA w 2015 r., w którym Iran zobowiązał się ograniczyć swój program atomowy w zamian za zniesienie międzynarodowych sankcji gospodarczych. 

William Burns, ówczesny zastępca sekretarza stanu USA, opisał te spotkania w pamiętniku: amerykańscy i irańscy dyplomaci siedzieli w oddzielnych pokojach, Omańczycy chodzili między nimi, przenosząc stanowiska stron, i tak aż do finalizacji porozumienia. 

Gdy z kolei w 2015 r. Arabia Saudyjska utworzyła koalicję przeciw Huthim, szyickim rebeliantom w sąsiednim Jemenie, Oman był jedynym państwem Rady Współpracy Zatoki Perskiej, które odmówiło w niej udziału. Zamiast tego zaproponował rozmowy. Do Maskatu przybyli rzecznik Huthich i ambasador rządu Jemenu. Oman prosił tylko o dyskrecję.

Model wydawał się niezniszczalny. Był zbyt użyteczny, by go atakować lub ignorować. Aż przyszedł test, który pokazał, że nawet najlepsze pośrednictwo ma granice. 

Jemeńscy Huthi: granice dyplomacji na Bliskim Wschodzie

W maju 2025 r. Oman pomógł w rozejmie między USA a Huthimi – po tym, jak od końca 2023 r. atakowali oni statki na Morzu Czerwonym w geście solidarności z Palestyńczykami w Gazie, utrudniając żeglugę na ważnym szlaku handlowym. 

Trump ogłosił, że Huthi „skapitulowali”. Huthi odparli, że to Stany „ustąpiły”. Obie wersje były autopromocją. Prawda była prozaiczna: ktoś musiał nachodzić się między hotelowymi pokojami obu stron. Rozejm dał Huthim coś, czego wcześniej nie mieli: po raz pierwszy USA uznały ich za partnera do rozmów, a nie terrorystów do zwalczania.

Dziesięć miesięcy później przyszedł sprawdzian. 28 lutego 2026 r. Izrael i USA uderzyły na Iran. Irańczycy odpowiedzieli i region stanął w ogniu. Przez pierwszy miesiąc tej wojny Huthi – dotąd bodaj najbardziej bojowa spośród różnych grup wspieranych przez Teheran – nie wystrzelili ani jednej rakiety na Izrael. Wstrzymali się, mimo nacisku z Iranu. Zapewne kalkulowali, że wznowienie ataków oznacza koniec uznania ze strony USA.

Wstrzymywali się równy miesiąc – 28 marca wznowili ataki. Oświadczyli, że będą je kontynuować, „dopóki agresja na wszystkich frontach oporu się nie zakończy” (czytaj: wobec Iranu, Libanu i Gazy). To był koniec rozejmu z USA. Presja z Teheranu i wewnętrzna dynamika ruchu Huthich okazały się silniejsze niż pragmatyzm.

Oman traci bezpieczną pozycję

Fiasko tego rozejmu to jednak tylko jeden kłopot Omanu, mniejszy. Większym jest to, że odpowiadając na agresję Izraela i USA, Iran poszerzył konflikt, uderzając także w kraje Zatoki. Najmocniej w te, które goszczą bazy USA. Oberwało się jednak również Omanowi: irańskie rakiety i drony kilka razy atakowały jego porty i instalacje naftowe, były ofiary i zniszczenia.

Jak długo jeszcze na Bliskim Wschodzie można być niczyim sojusznikiem? Sułtan Hajtham ibn Tarik, który przejął władzę po śmierci Kabusa w 2020 r., chciałby kontynuować doktrynę poprzednika. Świat jednak się zmienił, a zmiana ta zaczęła się nie w roku 2026, lecz kilka lat wcześniej.

„Porozumienia Abrahamowe” – seria umów normalizujących relacje między Izraelem a niektórymi państwami arabskimi, podpisanych w 2020 r. – stworzyły nowe realia w regionie. Państwa są oceniane nie według zdolności unikania konfliktu, ale według tego, po czyjej są stronie. Neutralność staje się strategiczną anomalią.

Ponadto Oman ma własne problemy. Główny to kosztowna dywersyfikacja gospodarki, tak aby nie opierała się na ropie. Zakłada m.in. rozwój portu w Duqm, który miałby łączyć Azję z Afryką. Jego sukces zależy od stabilności regionu, to jednak nie zależy od Omanu.

Neutralność na Bliskim Wschodzie

Dziś media w USA twierdzą, że Oman wspiera Huthich, bo utrzymuje z nimi kontakty. Ta błędna ocena wynika z mylenia facylitacji ze współpracą. Ale zarzuty są coraz trudniejsze do odpierania w świecie, który żąda jednoznacznych deklaracji.

Omański model ma warunek, którego nie da się powielić. Trzeba być wystarczająco małym, by nikomu nie zagrażać, i wystarczająco ważnym, by nie dać się ignorować. Trzeba też przez 50 lat budować reputację dyskretnego pośrednika.

Najważniejsze dla takiego modelu jest to, by świat wierzył w neutralność. Ale ten świat zanika. Logika bloków – widoczna w rywalizacji USA–Chiny, w polaryzacji wokół Ukrainy i Gazy, w niedawnych naciskach Trumpa na Arabię Saudyjską, by dołączyła do „Porozumień Abrahamowych” (a jak nie dołączy, to „zobaczy”) – wypiera logikę mediacji. 

W efekcie państwo, które rozmawia ze wszystkimi, może być postrzegane jako sojusznik każdego wroga. 

Czego potwierdzeniem mogą być groźby Donalda Trumpa: kilkanaście dni temu, w trakcie negocjacji USA–Iran, prezydent USA zagroził… atakiem na Oman („Wysadzę ich w powietrze”). Nie wiadomo, co było tego powodem – czy prezydent USA przypisał Omanowi coś, czego ten nie zrobił, czy też po prostu pomylił go z innym krajem.

Przyszłość omańskiej dyplomacji

Może się więc okazać, że model Omanu był możliwy tylko w konkretnym momencie historycznym: między zimną wojną a powrotem logiki silniejszego, których uosobieniem są ci najważniejsi: Putin, Trump, Xi Jinping (rzecz jasna, każdy na swój sposób). Ten moment, to okno możliwości, właśnie zamyka się dla Omanu. Wcześniej zamknęło się dla Szwecji i Finlandii. Jest też przedmiotem dyskusji w Szwajcarii, która podnosi wydatki na swoją armię.

W każdym razie, Oman udowodnił jedno. Na Bliskim Wschodzie, gdzie każdy konflikt zaczyna się od pytania: „po czyjej jesteś stronie?”, przez ponad 50 lat istniał kraj, który zamiast odpowiadać na nie, sam pytał: „jak mogę pomóc, aby obie strony były zadowolone?”. 

Czy więc nasz radykalizujący się świat pozwoli nadal na takie anomalie jak Oman?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Omańskie lustro