MARTYNA PIETRZAK-SIKORSKA: Jest ciepłe majowe popołudnie, jemy rogale pod poznańskim Ratuszem. Jutro wypływasz kajakiem na Szlak Konwaliowy, który położony jest w okolicach Poznania. Pochodzę z Wielkopolski, ale nie miałam pojęcia, że są tu takie atrakcje.
Aneta Chmielińska: Pewnie cię zaskoczę, ale ja sama stosunkowo niedawno odkryłam piękno i uroki Polski, więc daleko mi do oceniania tego, kto ile o niej wie (śmiech). Właśnie po to powstała moja książka, po to są te wszystkie opowieści. Chciałam, by coraz więcej osób zakochiwało się w Polsce. „Dzikoprzewodnik” to laurka ode mnie dla niej.
Kiedy Ty zapałałaś do niej uczuciem?
W moim przypadku miłość do Polski przyszła z czasem, musiałam do niej dojrzeć i dorosnąć. Paradoksalnie na zabój zakochałam się w Polsce dopiero wtedy, gdy z niej wyjechałam. Ruszyłam z plecakiem do Stanów Zjednoczonych i przez cztery miesiące wędrowałam szlakiem Pacific Crest Trail (jeden z najsłynniejszych długodystansowych szlaków pieszych na świecie – red.).
Po drodze poznałam wielu wędrowców i przekonałam się, że Amerykanie są bardzo dumni ze swojego kraju, ciągle o nim opowiadają, chwalą się nim, darzą wielkim uczuciem. Na szlaku spotykałam też piechurów, którzy dopytywali o to, co ciekawego można zobaczyć w moim kraju. I wtedy bardzo intensywnie zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Co z tego wyniknęło?
Doszłam do wniosku, że czasem trzeba wyjechać bardzo daleko, żeby naprawdę zobaczyć miejsce, z którego się pochodzi. Dopiero będąc w Stanach, zaczęłam myśleć o Polsce nie jak o czymś oczywistym, ale jak o kraju, który ma własny krajobraz, własne historie i własny charakter. Zyskałam perspektywę, której wcześniej mi brakowało.
Mam wrażenie, że z miłością do własnego kraju jest trochę jak z opuszczaniem domu rodzinnego. Na początku człowiek chce się grubą kreską odciąć od tego, co zna. Ciągnie go w świat, do nowości. Potrzeba czasu i różnych doświadczeń, żeby poukładać sobie wszystkie wątki i relacje, i finalnie uznać, że tu – w moim kraju – jest mi dobrze. Że jest tu pięknie, że czuję się tu swojsko, u siebie. I absolutnie nie chodzi mi o idealizowanie Polski, tylko o dostrzeżenie rzeczy, które wcześniej były przezroczyste lub zupełnie nieistotne.
Co było przezroczyste dla Ciebie?
Zapach polskiej ziemi. Ostatnio byłam oglądać mofety – wulkaniczne wyziewy w Tyliczu. Gdy wracałam do pensjonatu, w którym miałam nocować, słońce już zachodziło, w kościelnej wieży zaczęły bić dzwony, a w powietrzu czuć było wilgoć i ziemię. Bardzo mnie to wzruszyło, bo przypomniałam sobie, że ziemia w Polsce pachnie inaczej niż ta, po której wędrowałam w Stanach. Inaczej się ugina, ma inny kolor. Przed wyjazdem nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że można za tym tęsknić i się tym zachwycać.
Kolejną taką rzeczą był smak polskich warzyw i owoców. Gdy po powrocie z wyprawy pojechałam do babci mojego męża na podlaską wieś i zjadłam tam pysznego, swojskiego pomidora, to myślałam, że oszaleję ze szczęścia. Wszyscy dookoła myśleli, że upadłam na głowę, bo to przecież tylko zwykły pomidor. No nie! (śmiech)
Gdy pierwszy raz sięgnęłam po „Dzikoprzewodnik”, książkę, w której zabierasz czytelników w 50 wypraw po Polsce, z automatu przyszło mi do głowy oklepane powiedzenie: „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Chciałaś pokazać, że mamy się czym pochwalić?
Trochę tak. Witold Gombrowicz pisał o tym, że my, Polacy, wciąż mamy w sobie pewien kompleks wobec Zachodu i poczucie, że musimy do czegoś doskoczyć, że stale musimy do czegoś dążyć. A z takim podejściem trudno jest doceniać to, co mamy, bo ciągle wydaje się nam, że jesteśmy niewystarczający. Tymczasem w Polsce mamy naprawdę wiele: zachwycającą naturę, która jest absolutnie unikatowa, mamy masę opcji na wspaniałe wyprawy i wycieczki, które są na wyciągnięcie ręki.
Polska to nie tylko największe turystyczne miasta, takie jak Kraków, Warszawa czy Gdańsk, to nie tylko morze i góry. Kryje się tu dużo więcej skarbów czekających na odkrycie.
Właśnie na tych skarbach skupiasz się w „Dzikoprzewodniku”, który jest zaprzeczeniem klasycznego turystycznego przewodnika. Nie ma w nim listy miejsc, które koniecznie trzeba odhaczyć – zamiast tego jest czuła narracja i ciepłe, pełne ciekawostek gawędy o naturze, idealne do czytania na głos podczas wypraw.
Bo dla mnie podróżowanie to doświadczanie danego miejsca, to historie, które za nim stoją. Tymczasem mam poczucie, że dziś wiele rzeczy – w tym wyjazdy – konsumujemy tak, jakbyśmy mieli jabłko, które tylko nadgryzamy i zostawiamy. Po chwili biegniemy dalej, do następnego jabłka. I tak w kółko.
Masz na myśli to, że nie wykorzystujemy w pełni potencjału podróżowania?
Dokładnie tak. Są badania, które wskazują, że najwięcej dopaminy nasz mózg produkuje nie na samym wyjeździe, tylko podczas oczekiwania i planowania. Kiedy snujemy wizje o tym, jak to będzie, poznajemy historię danego miejsca, robimy listę dań, które tam spróbujemy. Gdy podróżujemy w pośpiechu i pędzie, tylko nadgryzamy to jabłko – a to marnotrawstwo, bo bardzo często sporo za nie zapłaciliśmy.
Czyli podróż zaczyna się tak naprawdę dużo wcześniej niż w chwili wyjazdu?
Zdecydowanie. I co najlepsze – może trwać znacznie dłużej niż sama wycieczka. Bo będąc już na miejscu, warto wchodzić głębiej w poznane wcześniej historie, szukać kolejnych wątków i odkrywać nowe konteksty.
Po powrocie można przejrzeć zdjęcia, wywołać je, zrobić z nich album, można gotować potrawy, których spróbowało się w danym miejscu. I nagle doświadczenie, które było tylko kilkudniowym wyjazdem, staje się czymś, co ubogaca nasze życie przez tygodnie lub nawet miesiące.
A masz jakieś wskazówki, które mogą pomóc obudzić zachwyt nad miejscami, które odwiedzamy?
Nieustannie zadawać sobie pytania o to, dlaczego dane miejsce jest takie, jakie jest, i o to, co decyduje o jego wyjątkowości. I niestrudzenie szukać na nie odpowiedzi – najpierw rozmawiając z mieszkającymi tam ludźmi, bo oni z pewnością znają historie, których nie ma nigdzie indziej, a później w internecie lub w książkach.
Myślę, że ta ciekawość – miejsca i drugiego człowieka – jest dziś absolutnie kluczowa i warto ją w sobie pielęgnować, szczególnie że żyjemy w czasach intensywnego rozwoju technologii, która coraz częściej przejmuje rolę opowiadacza historii.
Historia i historie są nieodłącznymi elementami podróżowania?
One dają kontekst, punkt zaczepienia i są stelażem dla ciekawości – zarówno w podróżach po Polsce, jak i po świecie. Na przykład Góry Świętokrzyskie – na pierwszy rzut oka wydają się bardzo niepozorne. Można je przejść długodystansowym, stukilometrowym szlakiem, co jest do zrobienia w jakieś trzy dni. A zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego one są takie niskie?
Niespecjalnie.
Dlatego, że to jedne z najstarszych gór Europy. Na stoiskach z pamiątkami przy szlakach można znaleźć krzemienie pasiaste, bo to jedyne miejsce na świecie, w którym występują. One tam są dlatego, że kiedyś – jakieś 150 milionów lat temu – całe Góry Świętokrzyskie były zalane ciepłym, jurajskim morzem, a krzemienie są pozostałością tego, co się osadziło na dnie. I my dziś, w 2026 roku, możemy to wziąć do ręki. Czy to nie jest niesamowite?
Jest, bo pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na wędrowanie po tych górach.
Właśnie o tym mówię – nagle niepozorne Góry Świętokrzyskie okazują się fascynującą opowieścią, sięgającą milionów lat wstecz. To budzi respekt.
A od czego powinniśmy zacząć, jeśli chcemy podróżować bardziej świadomie i uważnie?
Przede wszystkim polecałabym zacząć od siebie. Zanim sięgniemy po przewodniki, Instagram czy strony internetowe, warto zadać sobie pytanie: co ja właściwie lubię? Jak lubię spędzać czas? Czy są miejsca, które od dawna chcę zobaczyć? Można podejść też do sprawy jak do kreatywnego wyzwania – na przykład zastanowić się, czy jest jakieś województwo, w którym jeszcze mnie nie było?
Mam poczucie, że dziś często pozwalamy, by o naszych podróżach decydowały za nas algorytmy albo trendy.
Coś w tym jest. Tymczasem dużo ciekawiej jest zacząć od własnych zainteresowań. Jeśli lubimy kajaki, szukajmy miejsc związanych z wodą. Jeśli fascynuje nas astronomia, podążajmy tym tropem. Jeżeli najlepiej odpoczywamy na rowerze lub podczas wędrówek, niech to będzie punkt wyjścia. Właśnie dlatego w „Dzikoprzewodniku” stworzyłam alternatywny spis treści, który prowadzi czytelnika nie przez regiony Polski, ale przez zainteresowania. Chciałam pokazać, że podróż można zacząć od własnej ciekawości, pasji lub zajawki.
Pierwsze skrzypce w „Dzikoprzewodniku” gra rodzima natura, którą serwujesz w postaci kuszących mikroprzygód: wyprawy po minerały, wyprawy do wodospadu świetlików, lodospadów w kamieniołomie, wyprawy po rosiczki, wędrówki szlakiem wygasłych wulkanów – to brzmi jak wyliczenie atrakcji z dalekiej krainy, tymczasem znajdziemy je u nas.
Dokładnie. Skupiłam się na naturze, bo tak jak wspomniałam na samym początku – jest ona w Polsce absolutnie zachwycająca i jedyna w swoim rodzaju. Bardzo zależało mi również na tym, by wyprawy i opowieści pozwoliły czytelnikom na budowanie więzi z przyrodą – bo jeżeli kochamy dane miejsce, to czujemy za nie odpowiedzialność, chcemy o nie dbać, chronić je.
Dlaczego dziś tak bardzo potrzebujemy natury?
Ona działa na nas kojąco i uzdrawiająco, bo przecież przez większość naszej historii żyliśmy blisko przyrody i biologicznie jesteśmy do niej przystosowani. Mam jednak wrażenie, że często nie doceniamy tego, co mamy na wyciągnięcie ręki, bo wydaje nam się, że dopiero gdy za coś zapłacimy, jest to wartościowe. A ponieważ kontakt z naturą często nic nie kosztuje, traktujemy go raczej jak coś mało ekscytującego.
Podróżowanie, które pokazujesz w swojej książce, jest nieśpieszne i uważne.
Chciałam pokazać, że wspólne wojaże – nieważne, dalekie czy bliskie – mogą być czasem, który przeżywamy w pełni, razem ze współtowarzyszami. To trochę w opozycji do sposobu, w jaki często dziś podróżujemy. Odhaczamy kolejne atrakcje, pozornie wspólnie je „konsumujemy” i przeżywamy, ale to tak, jakbyśmy siedzieli obok siebie w kinie – niby jesteśmy blisko, niby spędzamy razem czas, ale jesteśmy obok siebie, a nie razem.
No właśnie – a przecież wakacje i wyjazdy są wspólnie spędzanym czasem. On jest równie ważny co szlak, który przemierzamy, albo miejsce, które zwiedzamy.
Myślę, że jest nawet ważniejszy, bo w wyjazdach bardzo często chodzi przecież o relacje. Wspólne odkrywanie świata zbliża do siebie, niezależnie od wieku. Kiedy razem czymś się zaciekawiamy, szukamy odpowiedzi i próbujemy zrozumieć, dlaczego coś jest takie, a nie inne, tworzymy wspólne doświadczenia i wspomnienia. Takim trafem nagle okazuje się, że wspólne oglądanie gwiazd w Bieszczadach połączyło nas bardziej niż wczasy na drugim końcu świata. O to w tym chodzi.
Zatoczmy koło i wróćmy do początku naszej rozmowy: gdyby dziś wędrowiec ze szlaku Pacific Crest Trail poprosił Cię o oprowadzenie po Polsce, to co byś mu pokazała?
Na pewno zabrałabym go na kilkudniowy spływ Czarną Hańczą, na wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, by mógł się zrelaksować, a przy okazji poznać kulturę schronisk górskich.
Kto wie, może po drodze spotkalibyśmy człowieka, który na szlaku śpiewa piosenki turystyczne? Pokazałabym mu polskie morze i przepiękny szlak latarni morskich, a na wiosnę zabrałabym go na drezyny rowerowe w okolicach Grójca, żeby przy okazji na własne oczy mógł zobaczyć nasze kwitnące sady. Zadbałabym również o to, by przed wyjazdem z Polski zjadł dużą porcję szarlotki.
A gdybyś miała mu w kilku słowach opowiedzieć o tym, jaka jest Polska?
Ale wyzwanie! To tak, jakbyś mnie poprosiła o to, żebym w kilku słowach opisała miłość swojego życia.
Spróbujesz?
Ludzie są tutaj ciepli, gospodarni i bardzo gościnni, uwielbiają, kiedy się do nich przyjeżdża. Przyroda jest taka, że można się w niej zakochać bez pamięci, można w niej naprawdę odpocząć i znaleźć ukojenie. To kraj jak melodia w głowie, która nie chce z niej wyjść. I wydaje mi się, że gdy raz się do Polski przyjedzie, to chce się do niej wracać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.












