Pójdziemy do pubu i zamiast burgera zrobimy bakłażany

Odpalono na naszych oczach archetyp kumpelskiej więzi, otwartych serc i pokoju, czy w każdym razie chwilowego zawieszenia broni. Panowie, dość tego, chodźmy na piwo.
Czyta się kilka minut
Bakłażany // Fot. Maks Narodenko / Adobe Stock
Bakłażany // Fot. Maks Narodenko / Adobe Stock

Ze mną nie zginiecie. Po pierwsze, coś się znajdzie na ząb, w miarę zdrowego, mało przetworzonego i raczej stąd, bo znacie moją obsesję na punkcie oszczędnego korzystania, o ile to możliwe, z dobrodziejstw globalizacji. Wszystko w granicach rozsądku. Napotkałem ostatnio, idąc Rynkiem, miłą czytelniczkę, pogawędziliśmy przez jakieś sto metrów o sezonie na to i owo, po czym pożegnałem się w drzwiach do dyskontu. – To ty kupujesz w Biedronce? – spytała mnie lekko zgorszona. Cóż, zachciało mi się bakłażana, a w maju naprawdę nie ma znaczenia, gdzie go kupię: wielka sieciówa czy stragan na placu – i tak będzie z Hiszpanii. W dodatku dają tam też tanie hiszpańskie pomidory, które w ogóle nie nadają się do jedzenia na surowo, ale doznają cudownej przemiany w piekarniku, przekrojone na pół, posypane jakimś ziołem i polane oliwą.

Do czego ten bakłażan był mi konieczny, tego się dowiecie na końcu, na pewno coś zjemy. Ale przecież nie mniej ważny jest głód wiedzy, który niezawodnie wam zaspokajam, byście zdołali się odnaleźć w wartkim potoku zdarzeń i nie wypadli z hukiem na nieoczekiwanych zakrętach rzeczywistości. Nie dalej jak tydzień temu gościliśmy tu grupę szympansów z Gwinei, zastanawiając się, co wynika dla nas z obserwacji ich biesiady na bazie sfermentowanych owoców chlebowca. Mowa więc była o funkcji wspólnototwórczej jedzenia, a zwłaszcza picia, o rytuałach obudowanych wokół gromadnego przyjmowania alkoholu jako społecznym kleju.

Wygląda na to, że jeśli człowiek pochodzi od małpy, to także od niej pochodzi zwyczaj wychodzenia z kolegami na piwko. Po robocie, po meczu, po debacie. Dzięki temu wasz aparat poznawczy był dokładnie przygotowany, by pojąć, co się w sferze symbolicznej dzieje, gdy inna grupa ssaków naczelnych zasiadła w pewnym toruńskim pubie z kuflami w rękach.

Filmik był niemy, ale kto by tam chciał wiedzieć, o czym oni gadali. Liczył się sam obraz. Miał ogromną moc łagodzącą, jakby w nasze żyły, choć nie mieliśmy ani kropli piwa w ustach, zręczny spindoktor wsączył żółtą strużkę lupuliny – to potężny chmielowy uspokajacz, na równi z alkoholem odpowiedzialny za efekt potocznie zwany ululaniem. Luli laj, narodzie. Odpalono na naszych oczach archetyp kumpelskiej więzi, otwartych serc i pokoju, czy w każdym razie chwilowego zawieszenia broni. Panowie, dość tego, chodźmy na piwo.

A co w takiej sytuacji mają robić i jak się zachować panie? Kobiet ten archetyp nie przewiduje, więc równość, parytety i wietrzenie męskiej szatni to na inną rozmowę. Przy herbatce? Nie mam narzędzi, by pojąć, dlaczego ten męski vibe spotkania nie okazał się politycznym balastem. Mam wrażenie, że prosty jak podział pół-na-pół feminizm, w jakim wyrastałem, jest coraz bardziej odklejony od przeżyć i pojęć ludzi młodszych o pokolenie lub więcej. Od elektoratu Sławomira Mentzena, ale i klienteli jego lokalu. Zajrzyjcie przy okazji bytności w Toruniu, albo choćby wirtualnie, bo sam właściciel oprowadza na filmikach. I chwali się np. licznymi grafikami na ścianach – a niektóre nawet niezłe, zabawne – obśmiewającymi całą formację politycznych zgredów bez różnicy. Patrzą ci różni starsi politycy ze ścian jak niegroźne dziaderskie zoo.

Pije się tam piwo, rzecz jasna, a co jada? Burgery i frytki wysmarowane serowym sosem. Na sam widok paluszków z panierowanej mozzarelli zawyła mi wątroba. Jutuber Książulo, który niestrudzenie odwiedza takie lokale, wylicza na nagraniu, co zawierał jego burger: rolada ustrzycka, boczek w glazurze, placek ziemniaczany. I dodaje: „często burgery obiecują wiele, a potem się to okazuje, że smakują jak zwykły zlepiak”. Nieświadomie wyszła mu celna polityczna puenta i tak to zostawmy, bo ileż można tej kampanii. I takiego żarcia.

Ale uchwyćmy jeszcze na moment coś ważnego w tej historii. Pub. Dla mnie to słowo jeszcze dzwoni obco, wciąż przypomina mi szkolne lekcje angielskiego i książki o brytyjskiej kulturze robotniczej. Ale zrobiło się z tego w zeszłym ćwierćwieczu normalne, codzienne polskie słowo. Co takiego spowodowało, że w chwili przełomu ustrojowego, kiedy nasza kultura materialna i obyczaje weszły w okres turboprzemian, nie wróciły po prostu piwiarnie? Bo się mogły kojarzyć zbyt plebejsko, przaśnie i smrodliwie? 

Wiele różnych angielskich słów służyło nam wtedy jako perfuma i lakier. Potem przestaliśmy się tak wstydzić polskości, nasze kompleksy złagodniały. A jednak pub pozostał, oznacza dowolny trochę lepszy lokal z piwem i jakimś choćby podstawowym jedzeniem. Ten typowo polski nie ma wiele wspólnego z którąkolwiek wersją pubu po brytyjsku, od wielkich, lśniących mosiądzem, wielosalowych lokali przy głównej ulicy po wiejskie gospódki z dwoma pokoikami na pięterku. To fascynujące miejsca, łączące piwny, z lekka spocony, przeważnie męski gwar z jakąś nieuchwytną godnością, która nigdy nie pozwoli takiego miejsca nazwać mordownią czy speluną.

Pub The Devonshire w Londynie, 2023 r. // Fot. Elena Rostunova / Shutterstock

Jest ich zresztą coraz mniej, ubywa ich w tempie dwóch dziennie. Jeszcze się okaże, że to my przejmiemy od Brytyjczyków pałeczkę. W końcu, geograficznie patrząc, są takimi samymi peryferiami Europy, jak my.

Po co mi był ten bakłażan? Spodziewałem się wegetariańskich gości, a różne potrawy z tego warzywa potrafią być sycące na podobieństwo mięsa. Zwłaszcza szybki wariant sycylijskiego sosu alla Norma, spolonizowany – i pozbawiony makaronu – przeze mnie wiele lat temu. Podaję go jako samodzielne danie albo dodatek do serów, z niezmiennie dobrymi skutkami. 

Polska Norma

  • 1 duży bakłażan
  • 3 pomidory śliwkowe
  • suszona owcza ricotta
  • oliwa
  • sól
  • oregano

Kroimy bakłażana na plastry około 3 mm grubości. Smarujemy brytfankę oliwą, układamy plastry w dachówkę, solimy, posypujemy oregano, skrapiamy oliwą. Jeśli zostały nam jeszcze plastry, układamy drugą warstwę, starając się, żeby nie przylegała całkiem do pierwszej. Na wierzchu układamy pomidory pokrojone w ćwiartki, również posolone. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 st. Po ok. 20 minutach delikatnie odwracamy plastry bakłażana, sprawdzamy, czy nic nie przywarło. Pieczemy jeszcze 10 minut albo aż do chwili, kiedy bakłażan będzie całkiem miękki, a pomidory prawie się rozpadną. Posypujemy tartą owczą suszoną ricottą – ten ser można już dość łatwo znaleźć w Polsce, a jest fundamentalny dla dań z Sycylii, nie topi się jak parmezan czy pecorino. Ale jeśli go nie mamy, możemy dać któryś z tych serów albo – co jeszcze ciekawsze – wędzony twaróg. Zresztą i bakłażany przed pieczeniem można posolić wędzoną solą, jeśli mamy w domu, nie zaszkodzi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Luli laj, narodzie