Pan troglodyta – czyż nie tak sarkaliśmy w zeszły poniedziałek rano na sąsiada spotkanego w drzwiach Żabki, o którym przypuszczamy z dużą dozą pewności, iż zagłosował źle, paskudnie, w sposób niepojęty dla normalnego człowieka? Gdzie tkwi w nim ten zepsuty gen prowadzący do ślepoty na rzeczy przecież oczywiste – z takim pytaniem niejedna i niejeden z nas łapał się tamtego dnia za głowę. Bo w apogeum rozedrgania leczymy frustracje, tłumacząc różnice w przygodnych poglądach na zarządzanie niektórymi funkcjami państwa – słowo „polityka” wydaje się zbyt eleganckie – wręcz jako przepaść organiczną, międzygatunkową.
Wszyscy macie po dziurki w nosie procentów, ale jedną liczbę muszę teraz przypomnieć: jeden i dwie dziesiąte procenta to różnica, jaka dzieli genom człowieka od genomu szympansa. I to on, skatalogowany w systematyce jako Pan troglodytes, będzie przedmiotem naszych rozważań, a nie wyborca Brauna czy Stanowskiego. Jakieś dwadzieścia lat temu ta informacja szybko wydostała się z wąskiego obiegu solidnych programów popularyzacji nauki, bo nawet najdalszy od wiedzy naukowej portal widział potencjał zaszokowania odbiorców wybiciem tej „małej różnicy”. Popatrz, to prawie twój wujek. Także w sferze jedzenia i wszystkich kłopotów, jakie na nas ona dziś sprowadza, zaczęły się pojawiać skutki tego zbliżenia gatunków. I nie mówię tu o diecie paleolitycznej – której balon (czy raczej nadmuchany zwierzęcy pęcherz?) próbowaliśmy przekłuć tydzień temu – bo ta odwołuje się do metabolizmu osobników jednak już zupełnie ludzkich.
Dowiedzieliśmy się m.in., że pośród wspólnego zasobu instrukcji życiowych współdzielimy z szympansami gen pozwalający metabolizować etanol. Ale jedna rzecz to umieć coś strawić, inna zaś pragnąć tego aktywnie. Jakieś dziesięć lat temu dopiero udało się zarejestrować w lasach równikowych Gwinei „inteligentne” czynności szympansów, żeby alkohol zdobyć, i to drogą zuchwałej kradzieży z użyciem narzędzi. Ludzcy mieszkańcy tamtych okolic pozyskują sok z rafii, umieszczając przy pniach tej palmy specjalnie zbudowane naczynia. Szympansy nauczyły się je opróżniać, mocząc w fermentującym szybko soku (osiąga 6 proc. zawartości alkoholu) liście, którymi ludzie przykrywają te naczynia dla ochrony przed owadami. Najczęściej ta skłonność do alkoholu jest wyjaśniana tym, że jego zapach – wyczuwalny dzięki lotności nawet w znacznym oddaleniu – sygnalizuje obecność psujących się owoców, a więc pożądanego źródła energii. O czym wie każdy, kto przechodził choćby raz mimo drzewa mirabelkowego rosnącego dziko za blokiem i poczuł tę kłującą, słodko-ostrą woń dywanu z niekochanych żółtych śliwek.
W literaturze naukowej takie wyjaśnienie zwie się „hipotezą pijanej małpy”. W liczbie pojedynczej, bo to jest pierwszy, domyślny sposób potraktowania maszynerii dowolnego zwierzęcia przez tradycyjnie rozumianą biologię: co i jak da się zrozumieć w perspektywie osobnika, jakby był jedną osobną pestką mirabelki wyrzuconą w ciemną otchłań. Zbiorowość – stadna czy społeczna – jest dopiero wtórną formą bytu, oddaną w pacht drugorzędnym rodzajom namysłu, jakimś mało poważnym etnologom czy socjologom.
Ostatnie dni przyniosły ważną wiadomość dla badania nad człowiekiem jako zwierzęciem społecznym: otóż z tejże Gwinei znów donoszą o małpich libacjach. Tym razem to nie kradzież, bo sfermentowane owoce chlebowca leżą po prostu na ziemi, a wokół nich gromadzą się szympansy. Na nagraniach widać, jak poszczególne osobniki dzielą się i przekazują je sobie, podjadają trochę i podają dalej. Jeśli zawsze ostrożni i rzetelni badacze pozwolą mi na kuchenne uproszczenie ich wniosków, mielibyśmy oto przykład na rolę alkoholu (ale uwaga: jest go tam ledwo co, niecały procent) jako społecznego „kleju”, środka wiążącego grupy, wzmacniającego więzi, łagodzącego relacje. Jak zwykle w rodzinie czy stadzie podszyte agresją, trudno przecież tak po prostu zignorować napięcia, jakie powstają, kiedy się co i rusz spotyka bliźniego-troglodytę.

W tę samą niedzielę, kiedy jako elektorat znów zawiedliśmy czyjeś nadzieje, świętowałem inną biało-czerwoną okazję, bo to przecież nie tylko barwy mojej flagi, ale i kolory wina, które zastępuje jeden procent mojej krwi. W trakcie festiwalu o takiejż nazwie świętowaliśmy właśnie 25-lecie istnienia winiarstwa nad Wisłą, za symboliczny początek tego zjawiska uznając tekst współpisany przez dobrze wam znanego Marka Bieńczyka. Ojciec założyciel polskiego winopisania opowiadał o tym, jak niedawno, spacerując wśród niemych, obojętnych na jego troski i miłość krzewów, myślał o poświęconych im dekadach twórczości. Z bliżej nieokreślonej sfermentowanej cieczy jego pióro tworzyło przez lata wino w jego ludzkim wymiarze. Bo przecież dopiero nazwa, tekst, słowo dają ludzkim sprawom pełnię istnienia. I to jest chyba najbardziej na razie przekonujący dla mnie przykład na ten jeden-przecinek-dwa procent genów, który nas różni od szympansa zaokrąglającego kanty swej egzystencji w cieniu chlebowca.
Biało-czerwona symbolika naszej polskości może niekiedy uwierać binarnością niczym kartka wyborcza w drugiej turze, z dwoma rodzajami mniejszego zła. Albo-albo. Szukajmy wtedy syntezy w zbawiennie łagodnym różu. Takim jak ten makaron z poczciwą botwinką, którą niesłusznie topimy tylko w zupie. Ten przepis zasugerował mi Andrzej, czytelnik i druh w służbie dobremu jedzeniu, ja tylko nieco go rozwinąłem.
Tagliatelle Andrea, czyli makaron z botwinką
- pęczek botwinki
- 1 ząbek czosnku
- 2 fileciki anchois
- 100 ml śmietanki lub koziego twarożku
- koperek lub tymianek
- oliwa
Oddzielamy buraczki, kroimy na drobną kostkę, dajemy je na dużą patelnię, na której podgrzaliśmy rozgnieciony czosnek na paru łyżkach oliwy. Dusimy delikatnie kilka minut, dodajemy drobno pokrojone łodyżki oraz anchois (są niekonieczne, ale to bardzo ładne połączenie), dalej dusimy parę minut, na koniec dajemy z grubsza poszarpane liście, a kiedy przywiędną – zakwaszamy wszystko łyżką soku z cytryny (albo więcej, do smaku). Jeśli wyszłoby za suche, możemy podlać skąpo wodą. Mój druh sobie nie wyobraża innego dodatku niż dużo koperku – ja spróbowałem z tymiankiem. Dodajemy nieco śmietanki – ja poeksperymentowałem z lekkim kozim twarożkiem. Przerzucamy na patelnię odcedzony makaron (najlepiej tagliatelle, na zdjęciu są spaghetti, bo innych mi zabrakło), łączymy na ciepło. Jeśli użyliśmy śmietanki, a nie twarożku, posypujemy wiórami parmezanu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















