Po meczu z Holandią: Szkoła polska, czyli jak uwierzyłem Michałowi Probierzowi

16 czerwca Joyce umówił się na randkę z przyszłą żoną, a w efekcie większość akcji „Ulissesa” rozegrała się tego dnia. 16 czerwca włóczyli się po Wiedniu bohaterowie „Przed wschodem słońca”. 16 czerwca obejrzałem najlepszy od lat mecz Polaków.
Czyta się kilka minut
Adam Buksa cieszy się po zdobytym golu przeciwko Holandii. Hamburg, 16 czerwca 2024 r. // IMAGO / Sebastian Räppold / Matthias Koch / Imago Sport and News / East News
Adam Buksa cieszy się po zdobytym golu przeciwko Holandii. Hamburg, 16 czerwca 2024 r. // IMAGO / Sebastian Räppold / Matthias Koch / Imago Sport and News / East News

Czasy mamy takie, że jeśli idzie o piłkę nożną, nie wystarczy po prostu dobrze w nią grać – trzeba jeszcze umieć o niej opowiadać. A Holendrzy to potrafią jak mało kto. I nie, nie mam na myśli nawet wielkich teoretyków futbolu, bez których ten sport naprawdę wyglądałby inaczej: najpierw Rinusa Michelsa, później Johana Cruyffa, a także rzucającego Cruyffowi wyzwanie Louisa van Gaala (Ronald Koeman, obecny trener Niderlandów, jest wychowankiem tych ostatnich). Nie mam również na myśli holenderskich piłkarzy, tyleż wyrafinowanych na boisku, co elokwentnych poza nim, takich jak choćby Dennis Bergkamp – ani wytrawnych eseistów zajmujących się futbolem, Simona Kupera, Auke Koka czy Davida Winnera. Mam na myśli rzecz prostszą i idealnie skrojoną właśnie pod te nasze czasy: zatytułowany
„Szkoła holenderska” filmik, w którym selekcjoner Ronald Koeman w towarzystwie obecnych i dawnych gwiazd tamtejszej piłki prezentuje kadrowiczów, rozpoczynających właśnie kolejne mistrzostwa Europy od wygranej z Polską.

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

I nie, nie chodzi mi o onieśmielające wręcz nagromadzenie w tych kilkuset sekundach mnóstwa pięknych piłkarskich wspomnień i postaci ani o docenienie kreatywności twórców filmu (ech, kiedyż na coś takiego stać będzie polską federację…), ani o przełamującą w końcu powagę narracji lekkość i zabawę młodych sportowców. „Najważniejszy przedmiot w tej szkole? Historia – mówi pod sam koniec Ronald Koeman, selekcjoner Holendrów, który wraz z bratem i wieloletnim asystentem Erwinem wygrywał mistrzostwa Europy w 1988 u boku Marco van Bastena, Ruuda Gullita czy Franka Rijkaarda. – Bo możesz sam ją napisać”.

 

 

Uwierzyłem

A jeśli chodzi o napisanie własnej historii, nie ma lepszej areny niż wielki międzynarodowy turniej. Nawet jeżeli przed jego rozpoczęciem całkiem dobrze szło nam nienadmuchiwanie balonika, media nie informowały o piłkarzach, którzy zjedli śniadanie, samolotowi z reprezentacją nie towarzyszyła eskorta myśliwców, a premier – o ile wiem – nie obiecywał żadnych premii, to dzisiejszego poranka, zwłaszcza po informacji, że zarząd, komisja rewizyjna i sponsorzy związku wyruszyli do kościoła pomodlić się za reprezentację, wzmożenie osiągnęło poziom dawno nienotowany.

Odpowiedź na pytanie, czy byłoby tak, gdyby seria rzutów karnych w barażach z Walią nie utrzymała zerwanej niemal więzi kibiców z reprezentacją na ostatniej nitce, jest oczywiście nieznana, faktem jest jednak, że więź tę wzmocniły wygrane w poprzedzających Euro dniach mecze towarzyskie z Ukrainą i Turcją, a zwłaszcza – jak podejrzewam – fakt, że zobaczyliśmy w ich trakcie drużynę odważniej radzącą sobie z futbolówką przy nodze, niż to było choćby za czasów Czesława Michniewicza i w zmarnowanych miesiącach kadencji Fernando Santosa: Polacy, kiedy już rozgrywali piłkę, wymieniali ją częściej i dokładniej, a ich pomysłem na strzelanie bramek nie były wyłącznie – bezcenne skądinąd na wielkich turniejach, zobaczyliśmy to także dzisiaj – stałe fragmenty.

Ale może zresztą tak jest wszędzie na świecie: kibic w zasadzie wie, że jego ulubieńcom się nie uda, jednak kiedy przychodzi wielki turniej, a zwłaszcza zanim się zacznie, robi wszystko, co w jego mocy, żeby uwierzyć, że tym razem będzie inaczej. Pomarańczowe tłumy na ulicach Hamburga, rozśpiewane i roztańczone w najlepsze przy wtórze orkiestr dętych i akordeonów, również zapomniały o przedturniejowych szyderstwach z nieskutecznego – również dzisiaj, przyznacie – napastnika Depaya, a także o sceptycyzmie, jaki budził w nich – zwłaszcza po swoim nieudanym epizodzie z trenowaniem Barcelony, dla której zostawił na kilkanaście miesięcy drużynę narodową – Ronald Koeman. I w Polsce, i w Niderlandach uwierzono w nowy początek.

A może powinienem przestać się w tym momencie chronić za frazą, w której nie ma wyraźnego podmiotu. Przecież i ja uwierzyłem. Przecież i ja na kilka godzin przed meczem miałem poczucie, że kontuzje pomocników Holandii – de Jonga, Koopmeinersa, a wcześniej de Roona – odebrały tej drużynie więcej niż nam
uraz Lewandowskiego

. Przeciwnie – myślałem sobie – nieobecność kapitana i największej gwiazdy umożliwi reszcie reprezentantów wyjście z jej cienia, uwolni ukryty potencjał, przypomni raz jeszcze prostą prawdę, że mamy do czynienia ze sportem zespołowym. Mój optymizm zwiększył się jeszcze, kiedy zobaczyłem skład, z tercetem Zieliński – Szymański – Urbański przed bardziej defensywnie usposobionym Romańczukiem w drugiej linii; skład nastawiony na podjęcie walki z Holendrami właśnie w środku pola, dłuższe utrzymywanie się przy piłce, a nie (przepraszam za wyrażenie) umiejętne przesuwanie się i zamykanie przestrzeni, w którą mogliby wbiegać rywale.

Na krawędzi

Przestrzeń to zresztą dla Niderlandów słowo klucz. Także w meczu z Polakami wielokrotnie była atutem reprezentantów tego kraju: po dalekich przerzutach na skrzydło, po prostopadłych podaniach, także po płynnych wymianach i zagraniach wzdłuż bramki Szczęsnego otwierali ją w sposób zatrważający – całe szczęście pudłowali, zwłaszcza wspomniany już Depay. Niech was nie zmylą pomeczowe statystyki oddanych strzałów: polski bramkarz musiał interweniować naprawdę niewiele razy, a kiedy tak było, robił to, jak to on w ostatnich latach w kadrze, znakomicie.

Polacy wybrali więc życie na krawędzi, ale nie liczyli tylko na wsparcie niebios; nie była to obrona Częstochowy. Pomijając stały fragment – ten aspekt, dzięki któremu także w meczach towarzyskich strzelaliśmy bramki – były w tym meczu momenty, kiedy piłka ich nie parzyła, przeciwnie, wymienianie jej przed polem karnym przeciwnika sprawiało im przyjemność. Akcja, po której w 36. minucie strzelał Jakub Kiwior, trwała dobrych kilkanaście sekund, a uczestniczący w niej młodziutki i wprowadzany dopiero do drużyny Kacper Urbański dryblował z fantazją, od której zdążyliśmy się już odzwyczaić. Albo akcja, po której dośrodkowanie Zalewskiego dotarło w drugiej połowie do Kiwiora. Bardzo dobrych kilka minut, które pozwoliły zapomnieć o totalnej dominacji rywala w pierwszym kwadransie obu połów. Zmiany Michała Probierza, które mniej więcej po godzinie gry pozwoliły kolejny raz przejąć inicjatywę w meczu. Wygrywane drugie piłki, wyprzedzani Holendrzy. „Ruleta” Modera. Współpraca Modera z Frankowskim przy szybkim wyjściu w 69. minucie i celne podanie tego ostatniego do Buksy. Nawet po tym jak wprowadzony na końcówkę Wout Weghorst, jak na mundialu z Argentyną, zrealizował holenderski plan B i rywale wyszli na prowadzenie, Polacy nie spanikowali, a celne strzały Zalewskiego i Modera sprawiły bramkarzowi Verbruggenowi sporo problemów.

Przyznajmy to: szczęście, o którym mówił Jakub Błaszczykowski w przedmeczowym studiu TVP, długo nam dopisywało. Kilka razy strzelał groźnie niepilnowany w polu karnym Van Dijk, niezłe sytuacje miał Dumfries. Kiedy Adam Buksa poślizgnął się na piłce ok. 80. minuty, zamienił ten kiks na rzut rożny. Ostatecznie Holendrzy wygrali zasłużenie, co nie zmienia faktu, że na stadionie w Hamburgu wydarzyło się coś ważnego.

Coś się zaczęło

Przyznaję: kiedy po meczu z Czechami z szatni Polaków wyciekło nagranie, na którym Michał Probierz krzyczy do swoich podopiecznych, że nie wierzą w ogóle w siebie i swoje umiejętności, przyjąłem to z mieszanymi uczuciami. Tym chętniej oddaję mu teraz, że miał rację, nawet jeśli forma, jaką wówczas zaprezentował, była daleka od klasy dzisiejszej dwurzędowej kamizelki. „Mamy na tyle zwariowanego trenera, który wierzy, że potrafimy grać w piłkę, więc musimy grać w piłkę. I wszyscy mu uwierzyli” – komentował na gorąco po meczu Wojciech Szczęsny, który z niejednym selekcjonerem już pracował w życiu. „Patrzeć na to, jak młode chłopaki z Polski wychodzą bez żadnych kompleksów przeciwko tak dobremu zespołowi i chcą grać swój futbol: miło się na to patrzy, nie przyzwyczailiśmy ostatnio do tego. Nawet momentami można było dziś być z nas dumnym” – dodawał.

I to chyba jest sedno sprawy. Choć mógłbym teraz wzbijać się na wyżyny obiektywizmu i doceniać np. wyjścia Nathana Aké z holenderskiej obrony przed nasze pole karne (kluczowe przy obu bramkach), to przecież coś, co przeżyłem dzisiaj jako kibic reprezentacji Polski, wydaje mi się istotniejsze. Przez dobrych parę lat powtarzałem sobie przecież, patrząc na jej mecze, że nie robię tego dla przyjemności, a dzisiaj naprawdę miałem frajdę. W poszukiwaniu straconego czasu udało się go trochę odrobić – i doprowadzić do momentu, w którym nie mówimy już o tym, że kończy się jakaś epoka (np. epoka, podczas której oglądaliśmy, jak gole dla Polski strzela Robert Lewandowski); przeciwnie – jakaś epoka się dopiero zaczyna.

To właśnie dlatego rozpocząłem ten tekst od przywołania filmiku o „szkole holenderskiej”. Jeśli historia jest najważniejsza, to nie w tym sensie, w jakim przywoływał ją Mateusz Borek, już po kwadransie meczu wspominając dzieje tych nielicznych wygranych przez Polskę meczów z Holendrami. Kacper Urbański i jego koledzy zaczęli właśnie pisać swoją.

Et in Arcadia ego

Ale tak naprawdę miałbym ochotę na koniec przywrócić proporcje. Kilkanaście minut po zakończeniu meczu Polaków wszedłem do telewizyjnego studia, by rozmawiać o spotkaniu Słoweńców z Duńczykami – meczu inaugurującym występy obu drużyn na Euro niemal dokładnie trzy lata (rozegranie Euro 2020 o rok opóźniła pandemia) po tym, jak lider i kapitan reprezentacji Danii Christian Eriksen miał atak serca na boisku. Futbolowa karuzela zatrzymała się wówczas tylko na chwilę: po dramatycznej akcji ratunkowej, w której udział brali koledzy piłkarza, mecz został dokończony. Ci, którzy przed chwilą byli przekonani, że są świadkami śmierci przyjaciela, musieli kontynuować grę; protokół meczowy odnotował zmianę w czterdziestej czwartej minucie.

Czy fakt, że Eriksen z wszczepionym kardiowerterem-defibrylatorem nie tylko żyje, ale kontynuuje piłkarską karierę, a dziś strzelił Słoweńcom gola, pozwala zamknąć to wspomnienie frazą o happy endzie? A może to wszystko nie jest takie proste? „Et in Arcadia ego” – przywołujący dziś w „Guardianie” tamtą historię pisarz i historyk futbolu Jonathan Wilson nie tylko wspomina w jej kontekście śmierć na trybunach podczas mundialu w Katarze amerykańskiego dziennikarza Granta Wahla (zdążył napisać na Twitterze o wyrównującym golu Holendrów Weghorsta w ćwierćfinale z Argentyną, nie dożył do karnych…), ale również obraz Poussina, na którym spacerujący po krainie wiecznej szczęśliwości pasterze odkrywają grób z tajemniczą inskrypcją – okazuje się, że przemijanie dotyka nawet tych, którym wydaje się, że żyją w raju.

Et in Arcadia ego, Nicolas Poussin / DOMENA PUBLICZNA

Wchodząc do telewizyjnego studia, wspominałem Leszka Jarosza – dziennikarza TVP i autora świetnej „Historii mundiali”, który wymyślił zaproszenie mnie do pojawiania się na wizji podczas tamtego turnieju sprzed trzech lat, a który zmarł nagle, w wieku 55 lat, pod koniec lutego tego roku. Wiem, że zgodziłby się z Wilsonem, że w tandetnym świecie współczesnego futbolu, zdominowanym przez podejrzanych macherów i zwykłych tyranów, zdarzają się jednak momenty pozwalające zaprzeczyć przemijaniu. 16 czerwca przeżyłem taki moment, patrząc, jak Piotr Zieliński dośrodkowuje na głowę Adama Buksy.

A jeśli już dojdziecie do wniosku, że zamiast oglądać futbol, wolicie poczytać, mam dla Was polecajkę książki wydanej właśnie przez partnera tego serwisu, wydawnictwo SQN, dzięki któremu niniejszy tekst jest otwarty także dla niezalogowanych czytelników. Świadomie nie piszę: poczytać o futbolu, a po prostu poczytać, bo książka nie traktuje tylko o sprawach sportowych. Trudno zresztą, żeby było inaczej: oto polski mistrz słowa – Paweł Wilkowicz – przekłada mistrza niderlandzkiego, Auke Koka. A mistrzostwo bohatera ich opowieści, Johana Cruyffa, przekracza granice krajów i języków, nie ogranicza się do kunsztu piłkarskiego czy trenerskiego. Ciekawe to zresztą mistrzostwo: tyleż rzuca na kolana, co wkurza, tyleż wymaga bezwzględnego naśladowania, co każe szukać własnej ścieżki, jest jednocześnie nieosiągalne i namacalnie obecne (także dzięki kaskadom wypełniających tę biografię świetnych anegdot). Na żadną książkę nie czekałem w tym roku tak bardzo, jak na tę opowieść o człowieku, który dał nową tożsamość Holendrom i Katalończykom, a przy okazji jeszcze wymyślił piłkę nożną po raz kolejny.

Partnerem serwisu „TP” na Euro 2024 jest wydawnictwo SQN.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”