Euro 2024: Polska wyszła z twarzą. Twarzą Urbańskiego

To nie był mecz o honor (nie znoszę zresztą tego sformułowania) – to był mecz o przyszłość. Wygraliśmy go, nawet jeśli w protokole widnieje remis.
Czyta się kilka minut
Kacper Urbański w walce z Dayotem Upamecano, mecz Polska-Francja, Dortmund, 25 czerwca 2024 r. / Fot. INA FASSBENDER / AFP / EAST NEWS

„Polskie emocje uplasowane w latach ostatnich w futbolu są – jak powszechnie wiadomo – rozpaczliwe i czarne”, to zdanie Jerzego Pilcha już sam nie wiem kiedy zostało napisane i, co gorsza, nie sprawdzę tego teraz. Przesiaduję w telewizyjnym studiu i nie wziąłem ze sobą całego archiwum: mam tylko pojedyncze notatki, z których wynika, iż dalej pisał o owych polskich emocjach, że są tym bardziej rozpaczliwe i czarne, im bardziej nieustannie jątrzone złudnymi nadziejami. „A to wejdą, a to wylecą. A to awansują, a to spadną. A to wygrają, a to przegrają”; była tam też chyba fraza o reprezentantach kraju z pompą szykujących się do odegrania znaczącej roli na jakichś mistrzostwach, żeby odpaść z nich w zaraniu. Dziś również odpadają w zaraniu, ale nadzieja po ich występie nie wydaje się złudna.

Termin ważności

Pompy zresztą też nie było. Ciężko doświadczeni wydarzeniami ostatnich lat i miesięcy – rejteradą Paulo Sousy, pod którym, owszem, miewaliśmy podczas oglądania Polaków chwile przyjemności, później zaś skażoną aferą premiową i zachowawczym futbolem kadencją Czesława Michniewicza, letargicznym i straconym czasem pobytu nad Wisłą Fernando Santosa – niczego od reprezentacji Michała Probierza nie oczekiwaliśmy. „Dał nam awans Wojciech Szczęsny. Na coś więcej trudno liczyć” – pisałem po wygranym barażu z Walią, dzięki któremu na te mistrzostwa pojechaliśmy. 

Po niezłej grze w sparingach i odważnym występie z Holendrami, uwierzyłem Michałowi Probierzowi – i nie straciłem tej wiary także po porażce z Austrią, której pod trenerem Ralfem Rangnickiem nie doceniali jedynie futbolowi laicy; dziś zresztą Austria wygrała także – i to po prawdziwym thrillerze – z Holandią. „Mamy na tyle zwariowanego trenera, który wierzy, że potrafimy grać w piłkę, więc musimy grać w piłkę” – mówił po spotkaniu z Holandią Wojciech Szczęsny i wybór składu na mecz z Francuzami był potwierdzeniem tych słów.

Ze stanu polskich emocji zdałem sobie zresztą sprawę dopiero na drugi dzień po przegranej z Austrią, przeglądając media społecznościowe i odsłuchując rozlicznych, skrajnych często komentarzy rozmaitych influencerów futbolowego świata. Sam wymagałem już wtedy naprawdę niewiele: żeby po tym turnieju nie zaczynać wszystkiego od nowa.

Żeby Polska naprawdę okazała się państwem bez stosów i żeby selekcjonerowi, który zaczął z marszu i poprowadził reprezentację w zaledwie dziewięciu meczach (wliczając w to trzy na Euro), pozwolić przekonać nas do swoich koncepcji za pomocą jakiejś szerszej próby badawczej. O tym mówiło wielu po arcyłatwym, wydawałoby się, losowaniu rywali w eliminacjach do tegorocznych mistrzostw Europy: pojawiła się szansa na zerwanie z dojutrkowaniem i rozpoczęcie budowy drużyny z terminem ważności dłuższym niż jeden turniej.

Zaskakująca trzeźwość

W tym sensie komunikaty napływające z polskiego obozu przed meczem z Francją brzmiały zaskakująco, jak na PZPN, trzeźwo: wotum zaufania dla selekcjonera i deklaracje jego samego, że będzie to nie tyle rozstanie z Euro, co początek przygotowań do kolejnych wyzwań – Ligi Narodów i eliminacji do mistrzostw świata. Co jeszcze bardziej ujmujące: za tymi komunikatami poszły czyny. I skład, w którym obok ustawionego przed obrońcami Modera zmieścili się jeszcze Szymański, Urbański, Zieliński czy Zalewski – każdy mający ochotę po prostu grać w piłkę, a nie tylko przesuwać się za jej linią, patrząc, co zrobi rywal.

Prostopadłe podanie do cofającego się do drugiej linii Lewandowskiego zobaczyliśmy już w pierwszej minucie. Potem Francuzi przejęli wprawdzie inicjatywę – ale tylko do szóstej minuty, kiedy Polacy wymienili kilka szybkich podań w środku pola, zdobyli przestrzeń i zakończyli akcję strzałem Piotra Zielińskiego. Statystykami ofensywnych prób reprezentacji w meczu z Francuzami można by obdzielić kilku niedawnych rywali wicemistrzów świata.

Polacy szukali gry do przodu, między linie, podań za plecy obrońców – jak Moder do Lewandowskiego w 32. minucie. W 34. minucie kapitan Polaków urwał się kryjącym go stoperom i doszedł do dośrodkowania Zielińskiego – po jego główce piłka minęła jednak słupek bramki Maignana. 20 minut wcześniej świetną akcję, zakończoną efektownym podaniem zewnętrzną częścią buta do Szymańskiego przeprowadził Kacper Urbański; po zablokowanym strzale mieliśmy róg, po którym celnie strzelał również Urbański. W 16. minucie Polacy wyszli po raz kolejny, Moder strzelał nad bramką. W 22. Frankowski przerzucił z jednego skrzydła na drugie do Szymańskiego, ten dośrodkował, ale piłka przeleciała nad głową Lewandowskiego.

Piłkarze meczu

Jasne: już w 11. minucie Zalewski został łatwo ograny przez Dembélé i Skorupski obronił nogą strzał Hernándeza. W 18. po stracie Kiwiora polski bramkarz uratował skórę koledze. Później Skorupski interweniował jeszcze kilkakrotnie – wiadomo, że z takim rywalem bez świetnie dysponowanego golkipera nie poradzisz. W ostatnich minutach przed przerwą Mbappé trafiał w polskiego bramkarza dwukrotnie w odstępie kilkudziesięciu sekund, kilka minut po przerwie próbował po raz kolejny – doprawdy, nie odczuwało się nieobecności Wojciecha Szczęsnego, a pomeczowa decyzja komitetu technicznego UEFA o wybraniu Łukasza Skorupskiego piłkarzem meczu była oczywistością.

Przyznam jednak, że najlepsze wrażenie wśród Polaków, obok bramkarza oczywiście, zrobił na mnie 19-letni Kacper Urbański. Od pierwszych minut w sparingu z Ukrainą ten absolutny debiutant pokazywał się bardziej doświadczonym kolegom do gry, prosił o piłkę, a kiedy ją dostawał – robił rzeczy tyleż niebanalne, co po prostu niezbędne. W kolejnym meczu, z Turcją, uwolnił się spod krycia i idealnie wyłożył do Piątka. Część jego dzisiejszych zasług wyliczyłem już w poprzednim śródtytule, a po opowieść biograficzną o młodym graczu Bologni odsyłam do Jakuba Radomskiego – o poukładaniu Urbańskiego i wspierającej go rodziny świadczy choćby to, że na kilka miesięcy przez zagranicznym transferem, jeszcze w Gdańsku, zaczął uczyć się włoskiego. „Pozyskaliśmy 15-latka, z którym rozmawia się, jakby miał 30 lat. Nie wiem, czy spotkałem się dotąd z kimś takim” – mówił potem dyrektor sportowy Bologni Walter Sabatini.

Dziś Urbański ma lat 19, ale na boisku prezentuje się w istocie jak rutyniarz; z Francją oddał dwa strzały, zanotował dwa kluczowe podania i dwa celne, zmieniające kierunek gry dalekie przerzuty. Dobrze, że miał z kim współpracować, bo bój w środku pola toczyli także Zieliński i Moder. Każdy z nich jest piłkarzem lubiącym grę kombinacyjną, każdy z nich chce i potrafi biegać (największy dystans pokonał jednak Urbański...), każdy z nich chętnie podejmuje, tak potrzebne w futbolu do zaskoczenia przeciwników ryzyko – a w przypadku niepowodzenia jakiejś zuchwałej próby, pędem wraca przed własne pole karne, by wesprzeć kolegów z defensywy. Nie udałoby się obronić przyzwoitego rezultatu w tym meczu, gdyby nie to, że pod upalnym niebem Dortmundu Polacy potrafili dawać sobie wsparcie.

Kolejne minuty

Na przedmeczowej konferencji Michał Probierz mówił, że z Holandią i Austrią zagraliśmy dobrze przez jakieś trzydzieści pięć minut. Dzisiaj tę liczbę minut udało się co najmniej podwoić. Pierwsze pół godziny to odpowiadanie atakami na ataki – umiejętne korzystanie z momentów, w których pewni siebie Francuzi redukowali biegi. 

Ostatni kwadrans pierwszej połowy i początek drugiej, owszem, to desperacka obrona i koncert Skorupskiego. Kiedy Jakub Kiwior sfaulował szarżującego Dembélé i Mbappé wykorzystał karnego, prowadzenie wicemistrzów świata było zasłużone. Później jednak polski selekcjoner dokonał kilku zmian – obok Lewandowskiego z przodu pojawił się Karol Świderski, powalczył z Upamecano, dał się sfaulować, i tym razem kapitan Polaków wykorzystał jedenastkę, a potem nadeszło kolejnych kilka minut dobrej gry naszej reprezentacji. Ostatecznie remis pozwolił uspokoić wspomniane na początku polskie emocje.

Wiele mamy jeszcze do zrobienia. Charakterystyczne, że tematem licznych przedmeczowych rozmów było to, czy Wojciech Szczęsny zagra jeszcze w tej drużynie, a jeszcze więcej uwagi poświęcono komunikatowi, że po Euro reprezentacyjną karierę zakończy Kamil Grosicki. To oczywiście ładnie, że po ostatnim gwizdku drużyna wypchnęła skrzydłowego Pogoni w stronę kibiców, by mogli mu podziękować za długą karierę. Ładnie, że w Dortmundzie wspominano też zasługi ekspertów TVP, Łukasza Piszczka i Jakuba Błaszczykowskiego. Co jednak dla mnie najładniejsze, to poczucie, że oprócz mniej lub bardziej heroicznej przeszłości ta drużyna będzie również miała przyszłość.

A jeśli jej twarzą ma być Kacper Urbański, to doprawdy – nad naszym rowem, w którym płynie mętna rzeka, widywałem gorsze.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”