Dał nam awans Wojciech Szczęsny. Na coś więcej trudno liczyć

Zarówno w trakcie fatalnych eliminacji, jak podczas nerwowego finału baraży Polacy zrobili wiele, by na mistrzostwa Europy nie pojechać. O tym, że w Wielkim Tygodniu nie odbędzie się sąd nad trenerem Probierzem i kapitanem Lewandowskim, zdecydowały pewne ręce bramkarza.
Czyta się kilka minut
Wojciech Szczęsny broni rzut karny Dana Jamesa podczas meczu Walia-Polska, Cardiff, 26 marca 2024 r. / Fot. Nick Potts / Press Association / East News

Jak to powiedział Michał Probierz przed meczem? Że baraży się nie gra, baraże się wygrywa? W domyśle: nie liczą się noty za styl, tylko ostateczny wynik? Dobra wiadomość dla selekcjonera jest taka, że do 14 czerwca, kiedy to w Monachium rozpoczną się mistrzostwa Europy, szczegóły tego długiego marcowego wieczora w Cardiff większości rodaków zdążą już zatrzeć się w pamięci.

Nie będziemy pamiętali, że pierwszy celny strzał Polaków miał miejsce dopiero w sto trzeciej minucie, czyli w połowie dogrywki (jeśli w ogóle za strzał możemy uznać coś, co było raczej płaskim dośrodkowaniem Przemysława Frankowskiego). Zapomnimy o kuriozalnym rozpoczęciu spotkania: dalekim wykopie prosto w ręce bramkarza Walijczyków. Zapomnimy, że bramkarz ów, skądinąd wysiadujący w swoim klubie ławkę rezerwowych Danny Ward, aż do serii rzutów karnych nie zdążył się spocić. Że obrońcy Joe Rodon z Benem Daviesem sprawili, iż Robert Lewandowski pokazał się po raz pierwszy dopiero w trakcie serii rzutów karnych (skądinąd nie znoszę tej jego nonszalanckiej metody strzelania jedenastek, z krótkim nabiegiem i pauzą przed uderzeniem – nie znoszę, chyląc równocześnie czoło, bo przeważnie jest skuteczna). Że Walijczycy, nacja dziesięciokrotnie mniej liczna od naszej, naprawdę mogą mówić o pechu, bo spalony przy uderzeniu Daviesa tuż przed przerwą był minimalny, a po przerwie Wojciech Szczęsny kapitalnie obronił główkę Kiefera Moore’a. Że reprezentację Polski – nawet jeśli pod tym względem i tak prezentowała się lepiej od gospodarzy – generalnie męczyło rozgrywanie piłki, a w związku z tym niełatwo było w Cardiff o akcję dłuższą niż trzypodaniowa. Że każdy rajd Walijczyków lewym skrzydłem, w stronę sprawiającego wrażenie wystraszonego (zmienionego w końcu) Jana Bednarka przyprawiał nas o bicie serca.

Zapomnimy o tym wszystkim. Zapomnimy o fatalnych eliminacjach, za sprawą których piłkarska Europa musiała czekać do późnych godzin wczorajszego wieczora na rozstrzygnięcie kwestii, kto zostanie ostatnim uczestnikiem rozgrywanego w Niemczech turnieju (inni zwycięzcy baraży, Gruzini i Ukraińcy, zdołali swoje mecze wygrać wcześniej). Zapomnimy o naznaczającej minione miesiące kaskadzie wizerunkowych katastrof i skandali w Polskim Związku Piłki Nożnej. Nawet jeśli dziś trudno się spodziewać, że możemy cokolwiek osiągnąć na Euro dolosowani do grupy z Holandią, Francją i Austrią, która pod Ralphem Rangnickiem poczyniła ogromne postępy – o tym też nie będziemy myśleć. 

Raczej łudzić się będziemy nadzieją, że na swoich ostatnich zapewne mistrzostwach Robert Lewandowski zacznie znów strzelać jak na zawołanie, że odzyska formę Piotr Zieliński, a Przemysław Frankowski ją z kolei utrzyma. Że nadal pięknie będzie rósł, tak bardzo niepolski w swoim dryblingu, Nikola Zalewski, że z każdym miesiącem coraz pewniejszym punktem defensywy stawać się będzie także Jakub Kiwior, a stanowiący odkrycie selekcjonera Jakub Piotrowski ostatecznie rozwiąże dylemat „kto po Krychowiaku”. Późniejsze przebudzenie z tych wszystkich złudzeń będzie, owszem, bolesne, ale zarazem wpisane w naturę kibicowania.

Jako kibic cieszę się przecież teraz, że w życiorysach tych Bogu ducha winnych chłopaków – z pewnością nieodpowiedzialnych za bałagan w PZPN i będącą pokłosiem tego bałaganu karuzelę trenerskich zmian – zapisze się jednak udział w jeszcze jednej wielkiej piłkarskiej imprezie. Owszem, życzyłbym im w Niemczech roli cokolwiek większej niż epizod, a zarazem prawa do futbolu, który znają z tylu klubów zagranicznych: nieco bardziej nowoczesnego, opartego na pressingu, posiadaniu piłki i pomysłach na grę ofensywną innych niż wyjście z kontrą czy (widać, że ćwiczone, choć wczoraj nieudane…) stałe fragmenty. Jak widać z powyższych zdań: ja już zapomniałem o tym, jak potoczył się ten wieczór w Cardiff.

Nie, tak naprawdę nie zapomniałem. I nie sądzę, żebym miał łatwo zapomnieć, a to za sprawą golkipera reprezentacji Polski. Od lat w moim pisaniu o piłce wraca figura bramkarza – najbardziej samotnej postaci na boisku, często kozła ofiarnego, na którego zrzuca się winę za porażkę. Wojciechowi Szczęsnemu przez lata, w zasadzie aż do ostatniego mundialu, wyrzucano, że kolejnych turniejów z reprezentacją nie może zaliczać do udanych. I na boiskach Kataru jednak, broniąc dwa karne, i zatrzymując strzał Dana Jamesa z jedenastu metrów na stadionie w Cardiff, zdołał na jakiś czas odwrócić uwagę od wszystkich tych nieprzyjemnych pytań o jakość polskiej myśli szkoleniowej i sposoby zarządzania polskim futbolem, w których myślenie, że liczy się wynik, zabija radość i odwagę.

Szczęsny też nie zapomniał. „Ten awans daje nam odskocznię i możliwość zaczęcia czegoś innego. To, co działo się przez ostatnie półtora roku, jest nieakceptowalne” – powiedział w pomeczowym wywiadzie, podkreślając, że drużyna jest w okresie budowy i że ma nadzieję, iż tę budowę uda się przełożyć na „niewstydliwy”, jak to określił, występ na mistrzostwach Europy. Euforii w jego głosie nie było. Decyzji o zakończeniu na Euro przygody z reprezentacją zmieniać nie zamierza. Trochę trudno się dziwić. 

Przyznam, że chętnie posłuchałbym kiedyś opowieści, jak wyglądały z perspektywy kogoś takiego powroty do „uniwersum polskiego futbolu”, bo nie wydaje mi się, żeby zwolniony już z obowiązku dbania o relacje w drużynie mógł gryźć się w język, jak nie przymierzając Bartosz Slisz, który na przedmeczowej konferencji bał się powiedzieć nawet, na jaki film kadrowicze poszli do kina przed wylotem do Cardiff.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”