Powiedzieć, że najsłynniejszy polski sportowiec nie ma ostatnio w kraju dobrej prasy, to nic nie powiedzieć. Na kilka dni przed rozpoczęciem mistrzostw Europy, które dla 36-letniego kapitana i najskuteczniejszego strzelca w dziejach naszej reprezentacji mogą być ostatnią dużą imprezą w karierze, próżno było szukać w przestrzeni publicznej nostalgików apelujących: „spieszmy się kochać Roberta Lewandowskiego”. Dominowały raczej dowcipy i memy, niektóre zbyt wulgarne, by je tutaj powtarzać. Cóż się takiego stało, że rodacy odwrócili się od człowieka, który dostarczył im tylu powodów do radości i dumy?
Jan Paweł Lech Robert
Z tymi powodami do dumy bynajmniej nie przesadzam. W 2020 r. – kiedy z Bayernem wygrał Ligę Mistrzów – UEFA przyznała mu tytuł najlepszego piłkarza roku. W tym samym czasie – i jeszcze rok później – to samo wyróżnienie wręczyli mu działacze FIFA. Nie dostał wprawdzie wówczas Złotej Piłki – najbardziej prestiżowej w świecie futbolu nagrody indywidualnej, przyznawanej przez międzynarodowe jury działające wokół czasopisma „France Football” – ale był to jedyny rok, w trakcie którego z powodu pandemii gala nagrody się nie odbyła; w 2021 r. minimalnie więcej głosów dostał tylko Messi.
Trudno się było tym wszystkim wyróżnieniom dziwić: przez lata pobytu w Niemczech Robert Lewandowski wyśrubował niemal wszystkie rekordy. Żaden piłkarz w dziejach Bundesligi nie zdobył 41 bramek w sezonie, żaden nie miał tak wysokiej średniej goli w stosunku do rozegranych meczów, żaden nie zdobył sześciu tytułów króla strzelców z rzędu – mógłbym tak wyliczać długo, dopisując do wygranej Ligi Mistrzów dziesięć tytułów mistrza Niemiec z Borussią i Bayernem, a po przeprowadzce do Barcelony kolejne mistrzostwo kraju i kolejny tytuł króla strzelców. Mógłbym, ale tego nie zrobię z obawy, że czytelnik niezainteresowany futbolem przerwie lekturę, odnosząc mylne wrażenie, że ma do czynienia z tekstem branżowym.
Powyższe wyliczenie służy mi raczej do zilustrowania, „jakiegoż to gościa mieliśmy”. Robert Lewandowski nie był triumfatorem w jakiejś niszowej dyscyplinie typu skoki narciarskie czy chód – był najlepszym zawodnikiem uprawiającym najpopularniejszy sport na świecie. Przez dobrych kilkanaście miesięcy stał między gigantami: wspomnianym Messim, Ronaldo, Neymarem, Benzemą czy Modriciem, by wymienić tylko jemu współczesnych. Jego nazwisko stało się globalną marką, symbolem naszego kraju, jak niegdyś Jan Paweł II czy Lech Wałęsa. Można by zresztą z powodzeniem bronić tezy, że wciąż marką pozostaje: choć numerem jeden w swojej dyscyplinie dziś jest Iga Świątek, to w niedawnej rozmowie z „Dzień Dobry TVN” opowiadała, że jeździ do różnych krajów, gdzie ludzie jej nie poznają, a jak mówi, że przyjechała z Polski, komentują z błyskiem zrozumienia: „O! Lewandowski, Lewandowski!”.

Marka macha rękami
Nie o sile marki chcę jednak pisać, a o przyczynach, dla których rodacy nie spieszą się Lewandowskiego kochać. Niektóre z nich są poniekąd zrozumiałe. Najlepszym piłkarzem świata był 3-4 lata temu, od tamtej pory przydarzył się choćby mundial w Katarze i związane z nim rozczarowanie nie tyle wynikiem, ile stylem gry reprezentacji Polski – a przede wszystkim stylem, w jakim próbowała się uporać z aferą premiową. „Dostaliśmy niemoralną propozycję” – mówił wprawdzie kilka miesięcy później, ale ta próba ratowania wizerunku swojego i kolegów była już mocno spóźniona. Wśród Polaków zostało poczucie, że ich reprezentanci najpierw przed kluczowym meczem pokłócili się o kasę (w dodatku mającą popłynąć z kieszeni podatników), a później mataczyli, pytani o tę sprawę przez media.
Okres pomundialowy był także okresem pierwszego poważnego kryzysu sportowego w karierze Lewandowskiego. Drugi sezon jego pobytu w Katalonii naznaczało coś więcej niż kontuzje. „Dojechaliśmy do momentu, kiedy nie oczekujemy od Lewego goli, tylko jakichkolwiek oznak życia na boisku poza machaniem rękami” – dosadnie skomentował w pewnym momencie ekspert od hiszpańskiej piłki Tomasz Ćwiąkała, bo faktycznie: mecze Barcelony pełne były scen, w których sfrustrowany brakiem dobrych podań napastnik okazywał niezadowolenie z gry młodszych kolegów. W kwietniu tego roku inny z opisujących kataloński klub dziennikarzy, Pol Ballús, powołując się na źródła w sztabie szkoleniowym, wyliczał piętrzące się problemy piłkarza: przegrywane pojedynki fizyczne i szybkościowe, gorsze przyjęcie piłki pod presją, niższą skuteczność, kiepską współpracę z resztą zespołu. Wyglądało na to, że jesienią 2023 pojawiła się w jego życiu smuga cienia.

Piękne okoliczności łagodzące
Problemy Lewandowskiego można byłoby oczywiście opisywać z dużo większą empatią. Nawet zostawiając na boku fakt, że proces starzenia się organizmu zawodnika jest naturalny – i że nadal strzela wiele bramek (w drugim sezonie ligowym w Katalonii: 19, tylko o 4 mniej niż w pierwszym), a jego marcowy mecz przeciwko Atlético (bramka, asysty przy golach kolegów) na jakiś czas zamknął usta tym, którzy twierdzili, że „Lewy się skończył” – wypada też zauważyć, że środowisko, w którym się znalazł, dalekie jest od stabilności.
O ile w Bayernie wszystko funkcjonowało jak w niemieckiej fabryce samochodów, o tyle jego nowy klub jest fatalnie zarządzany, zmaga się z gigantycznymi długami, wypala kolejnych szkoleniowców – odejście stamtąd Messiego naprawdę nie było przypadkowe. Kataloński raj, miejsce wymarzone do życia pod względem kultury czy klimatu – miejsce, w którym żona piłkarza rozkwita, prezentując w mediach społecznościowych nagrania swoich popisów w bachacie (zmysłowym latynoskim tańcu, zdobywającym dzięki niej coraz większą popularność także w Polsce) – dla samego Lewandowskiego okazał się przystankiem trudniejszym, niż pewnie sądził, a skalę panującego tu bałaganu wyznacza coroczna niepewność, czy zakontraktowanych piłkarzy (a nawet nowego, oficjalnie już zaprezentowanego szkoleniowca Hansiego Flicka) uda się zarejestrować w strukturach płacowych ze względu na ograniczenia nałożone na zadłużony klub przez władze ligi.
Prowadzący go przez minione miesiące trener Xavi zawsze podkreślał, że sposób, w jaki Polak się prowadzi, jest wzorem dla całej drużyny, a jego doświadczenie – bezcennym skarbem (co brzmiało zresztą jak echo opinii pracującego z Lewandowskim w Bayernie Pepa Guardioli, że nigdy nie spotkał równie profesjonalnego zawodnika). Dziś jednak Xaviego w klubie już nie ma, a kiedy Lewandowski czyta o sobie, że jako posiadacz najwyższego kontraktu w drużynie staje się dla niej obciążeniem, musi się zastanawiać, czy pamięć o komplementach legendy klubu i uroki plaży Castelldefels są w stanie zrównoważyć tę próbę przerzucenia nań nie jego winy.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Trzeba wymagać klasy
W reprezentacji Polski od czasu odejścia trenera Paulo Sousy i prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, z którymi współpracowało mu się dobrze, Robert Lewandowski również skazany jest na funkcjonowanie w środowisku, delikatnie mówiąc, niestabilnym. Karuzela zmieniających się selekcjonerów, targające związkiem skandale, opowieści o zaproszeniu do samolotu wiozącego piłkarzy na mecz z Mołdawią byłego działacza z wyrokami za korupcję, legendy o pijaństwie, odbywającym się bez żenady na oczach zawodników… Lewandowski nie jest, również delikatnie mówiąc, mistrzem komunikacji, ale w tym przypadku jego komentarz, że „na pewnych stanowiskach trzeba oczekiwać i wymagać klasy”, zabrzmiał wymownie.
„Kwestia komunikacyjna” – tak chyba możemy streścić część problemów Polski z Lewandowskim, przynajmniej tę, za którą on sam odpowiada. Z dawnym menedżerem, Cezarym Kucharskim, toczy głośny proces, a co do kluczowego dowodu w sprawie – nagrania rozmowy między nimi, potajemnie dokonanego przez zawodnika – biegli mają wątpliwości, czy nie zostało zmontowane. Otoczenie piłkarza, w którym największą rolę odgrywa przyjaciel z dzieciństwa, Tomasz Zawiślak, jest tyleż lojalne, co niedorastające formatem do globalnej gwiazdy, a czasem skłonne do chwytów poniżej pasa. To Zawiślak, jak twierdzi jeden z elektorów plebiscytu Złotej Piłki Maciej Iwański, umieścił na oficjalnym koncie Lewandowskiego w portalu X frazę „le cabaret”, kiedy Polak w 2016 r. nie znalazł się w pierwszej dziesiątce. Sam Lewandowski nie ma daru wymowy, a większość jego publicznych wypowiedzi była dotąd ostrożna i pełna ogólników – tym bardziej przydałyby mu się profesjonalne służby od PR.
„Przyszedł czas, że o strategii wizerunkowej Roberta Lewandowskiego trzeba powiedzieć, że jej po prostu chyba w ogóle nie ma. Kolejne kontrakty, decyzje i zachowania to właściwie skakanie od ściany do ściany, chaos komunikacyjny i marketingowy. A w konsekwencji prześmiewcze reakcje opinii publicznej” – komentował w jednej z rozmów z Wirtualną Polską ekspert od marketingu sportowego Grzegorz Kita, po tym jak prawnicy piłkarza próbowali cenzurować internetowe memy, a było to na długo przed obecnym wysypem „dowcipów” związanych z taneczną pasją jego żony.
Nie musimy być szczerzy
Z tej perspektywy kolejnym ciosem wymierzonym w relacje Roberta Lewandowskiego z rodakami były jego słowa z konferencji prasowej rozpoczynającej zgrupowanie reprezentacji przed Euro: „Jeśli chodzi o medal, to nasze szanse kiedykolwiek – musimy być szczerzy – to była misja z rodzaju tych niemożliwych. Pod względem osiągnięć nie mam więc niedosytu. Można marzyć, ale trzeba pozostać realistą. Nigdy wewnętrznie nie miałem poczucia, że mamy taką reprezentację, która ten medal powinna lub ma szansę zdobyć”.
Mówił to, przypomnijmy, jeden z liderów drużyny, która z mistrzostw Europy w 2016 r. odpadła dopiero w ćwierćfinale, po serii rzutów karnych wieńczącej wyrównany bój z przyszłymi zdobywcami tytułu – i która w przypadku pokonania Portugalii byłaby faworytem niedoszłego półfinału z Walią. Być może chciał w ten sposób zdjąć paraliżującą czasem piłkarzy presję – ale raczej uderzył w sam fundament powszechnego myślenia o sporcie, w którym realizm polega właśnie na tym, że marzenia się spełniają.
Już nie mówię o ukrytej w tych słowach ocenie potencjału dawnych i obecnych kolegów z reprezentacji: znowuż, nie pierwszej w ostatnich miesiącach, bo w rozmowie z Mateuszem Święcickim jesienią 2023 r. narzekał, że problemem kadry jest brak osobowości; że młodzi zawodnicy chowają się na boisku, unikają odpowiedzialności, a co gorsza: nie przychodzą już do niego z prośbą o poradę. Chyba nie w ten sposób buduje się team spirit, jak publiczną manifestacją przekonania, że uważa się za lepszego od innych.
Nasycony i znany
Powtórzmy jednak: nie takie kryzysy formy czy wizerunkowe wpadki wybaczaliśmy naszym bohaterom. Żeby nie szukać daleko: partner Lewandowskiego z Borussii i reprezentacji, Jakub Błaszczykowski, którego karierę oprócz świetnych występów i ważnych bramek naznaczyło pasmo kontuzji; człowiek, który nie wykorzystał karnego w tamtym ćwierćfinale z Portugalią, a na Euro 2012 wdał się w konflikt o bilety dla rodzin piłkarzy z ówczesnym prezesem PZPN Grzegorzem Latą; człowiek, którego rządy w Wiśle Kraków trudno uznawać za sukces… Kredyt zaufania do „Kuby” pozostał niewyczerpany, a gdy w czerwcu 2023 r. żegnał się z reprezentacją, kilkadziesiąt tysięcy widzów na Stadionie Narodowym zgotowało mu owację – i ośmielam się sądzić, że przyczyną tego kredytu nie była wiedza o rodzinnej tragedii, która spotkała go w dzieciństwie.
Skądinąd: trudne chwile z życiorysu Roberta Lewandowskiego również można by opisywać z większą empatią. Podkreślać np. ten moment, kiedy w 2006 r. działacze Legii uznali, że siedemnastolatek, którego trapią kontuzje pleców, nie ma zdrowia do wielkiej piłki – i przez sekretarkę oddali mu kartę zawodniczą. To, że w trzecioligowym Zniczu Pruszków zdoła udowodnić, że się mylili, nie było wówczas oczywiste, zwłaszcza że jego karierą nie mógł już pokierować zmarły w marcu 2005 r. ojciec.
Owszem: zanim zaczął strzelać gola za golem na największych stadionach Europy, zanim rozwinął swój talent pod okiem najlepszych trenerów i wychowawców świata – Kloppa, Guardioli, Ancelottiego, zanim zaczął spoglądać na nas z billboardów, a wieści o jego małżeństwie, narodzinach kolejnych dzieci, inwestycjach i wakacjach zapewniły poczytność niejednemu portalowi, był niepewnym siebie chłopcem, którego życie dwukrotnie znalazło się na krawędzi. I w autoryzowanej biografii „Nienasycony”, pióra Pawła Wilkowicza, i w filmie „Lewandowski nieznany”, kręconym za aprobatą piłkarza – przy wszystkich ograniczeniach tych formuł jedno wybrzmiało mocno: prawdziwym przełomem, momentem, po którym kariera Polaka znalazła się na właściwym torze, była szczera rozmowa z trenującym go w Borussii Jürgenem Kloppem, wchodzącym w tamtej chwili w buty ojca Roberta.
Niepolski czy arcypolski
I chyba tutaj jesteśmy u sedna tego rozminięcia się Roberta Lewandowskiego z rodakami. Gdyby jego wizerunek superwydajnej maszyny do strzelania bramek, przypominającego Cristiano Ronaldo supermena o idealnie wyrzeźbionym ciele, idealnej diecie i idealnych nawykach, uwzględniał te pęknięcia – może łatwiej byłoby go naprawdę polubić, a nie tylko podziwiać?
Wiąże się z tym druga kwestia: pogodzenie się jego samego z tym, że przemija. Zawodnicy tacy jak Ronaldo czy Lewandowski zamienili całe swoje życie w kierat, żeby opóźnić proces naturalny i nieuchronny. Opowieściami o reżimie, jakiemu poddawał się „Lewy”, by biec o ułamek sekundy szybciej i skakać o milimetr wyżej od rywali – o unikaniu laktozy, o właściwej kolejności posiłków, śnie tylko na lewym boku w trosce o prawą nogę itd., ale także o treningu mentalnym – wypełnione są niezliczone artykuły. Czego w nich nie ma, to pytania, co dalej. W zasadzie tylko Rafał Stec w tekście „Zagadka schyłku Roberta Lewandowskiego” zastanawia się, czy kapitan Polaków zdoła jeszcze uporać się ze sobą na tyle, by w ostatnich dniach kariery odczuwać przyjemność z gry. Przyznajmy: i w reprezentacji, i w Barcelonie nie jest to łatwe.
Ale być może jest tak, że po prostu się sobą zmęczyliśmy. Niewątpliwie przez te wszystkie lata media przesadziły z kreowaniem wizerunku kogoś wyrastającego ponad nasze głowy. Albo z kreowaniem takiego wizerunku przesadzili sami Lewandowscy, których spora część aktywności w mediach społecznościowych jest zwyczajnie niepotrzebna, jeśli nie wręcz szkodliwa, także w psychologicznym sensie, uzależniającym uczestników medialnego cyrku od adrenaliny, jaką daje codzienne wystawianie się na osąd. Kiedy w rozmowie z Moniką Olejnik, pytany o tańce żony, piłkarz mówił, że „kultura Hiszpanów jest inna”, a my nie jesteśmy narodem wyluzowanym, sprawiał wrażenie wujka z Ameryki, tłumaczącego biednym prowincjuszom, jak żyć, i ślepego na to, ile się u nich zmieniło od czasu jego wyjazdu.
Zostawmy jednak psychologizowanie. Kiedy mówimy o skomplikowanej relacji Lewandowskiego z rodakami, można przecież postawić hipotezę, że jego droga na europejskie szczyty jest dużo bardziej zwyczajna, niż ją dotąd opisywaliśmy. Że nie jest – jak pisała kiedyś w „Gazecie Wyborczej” Sylwia Chutnik – romantycznym bohaterem, „Gustawem-Konradem przechodzącym w Jacka Soplicę”, tylko jednym z rzeszy Polaków, którzy przez minione 30 lat, owszem, odmienili oblicze tej ziemi, ale za pomocą codziennej, ciężkiej i tak naprawdę niespektakularnej pracy.
Są na drodze Lewandowskiego dziwne znajomości i niemądre decyzje (np. ta, żeby nie wystąpić w kluczowym meczu z Węgrami podczas eliminacji do mundialu w Katarze w związku z obecnością na planie filmowym i urodzinach miliardera Rafała Brzóski), ale są przede wszystkim szary trud i systematyczność, wyrażana także w banalnych kwestiach, typu nauka języków obcych. Brzmi jak streszczenie „Pozytywnego mitu 1989” Mirosława Wlekłego, Marcina Napiórkowskiego i Katarzyny Szyngiery.
Jak jest w życiu
A skoro nad tym tekstem unoszą się jednak współkształtujące zbiorową wyobraźnię memy (nie doceniacie ich znaczenia, to spytajcie Olgę Drendę) – te najśmieszniejsze dotyczyły zwykle „gówniary z paletkom”.
„Z jednej strony niektóre memy są zabawne, ale z drugiej – dużo jest takich, które mnie chwalą, a powodują negatywny wydźwięk w stronę Roberta Lewandowskiego, i to mi się nie podoba – mówiła sama Iga Świątek w porannym występie w TVN. – Martwi mnie, że on przez te memy ze mną dostaje trochę hejtu. Wiem, że to jest rozrywka dla kibiców, ale sama myślę o tym, że kiedyś mogłabym być w takiej samej sytuacji jak on – i on niczym sobie nie zasłużył, żeby być w takich memach”.
Tak się składa, że pisałem ten tekst nie tylko na tydzień przed rozpoczęciem Euro, podczas którego (jeśli zdąży się wykurować po kontuzji, odniesionej w trakcie poniedziałkowego meczu z Turcją) być może zobaczymy go po raz ostatni w reprezentacyjnej koszulce, ale także na kilkadziesiąt godzin przed finałem tegorocznego Rolanda Garrosa. W opublikowanym właśnie na łamach „L’Equipe” portrecie Igi Świątek wiele uwagi poświęca się jej przygotowaniu mentalnemu, równocześnie podkreślając jednak, że nie zamienia jej ono w robota – że zawsze pozostaje w niej kruchość, która jest piękna. „Świątek pozostaje ludzka, czasami wręcz niezdarna. Nie jest to wszystko sterylne i fajnie mieć taką mistrzynię” – mówi Christophe Bernelle, były tenisista, a dziś psychiatra, współpracujący także z francuską federacją tenisową. „Mistrzynię, która bierze odpowiedzialność za swoje emocje, pozytywne i negatywne, i daleko jej do wizerunku, który sugerowałaby zimnokrwista, biała czapka z daszkiem” – dodaje „L’Equipe”.
To mi przypomina reportaż Wiktora Osiatyńskiego o Wimbledonie i rozmowę, jaką jego autor przeprowadził z wielokrotnym zwycięzcą tego turnieju, Johnem Newcombe’em. „Panu nie zależy aż tak bardzo” – zagaja Osiatyński. „Przeciwnie, bardzo mi zależy. Może tylko nie na tym samym” – odpowiada Newcombe. Na czym więc mu zależy? „Na życiu. Lubię żyć. Radośnie, cieszyć się. Dlatego gram. Zawsze dlatego grałem”. A wygrywać? „Strasznie lubię. Ale to już coraz trudniej. Więc sobie wymyśliłem, że skoro trudno mi wygrywać całe mecze, to mogę się cieszyć, jak wygram jedną piłkę. A całego gema albo seta – to już wielka frajda”. Co daje mu tenis, czego go nauczył? „Widzi pan. To są dwie rzeczy. Jak zacząłem naprawdę grać, to szybko doszedłem do wniosku, że każda piłka jest ważna. I zaraz do drugiego. Że tak naprawdę to żadna z nich nie jest najważniejsza. Ani piłka, ani gem, ani mecz. I to mi zostało. Myślę, że tak jest w życiu”.
Dobra lekcja dla najlepszego polskiego piłkarza – i dla jego rodaków, którym możliwość oglądania podobnej gwiazdy prędko się nie powtórzy. Lekcja na emeryturę pod słońcem Katalonii, ale wcześniej jeszcze na mistrzostwa Europy, które zaczniemy bez niego. „Polskaaa, Biało-Czerwoni!”.
Artykuł zaktualizowany we wtorek, 11 czerwca, w związku z wiadomością o kontuzji Roberta Lewandowskiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















