Bardzo szybko zaczęli to nazywać „letnią baśnią”, co było nawiązaniem do gorzkiego portretu Niemiec zawartego w „Baśni zimowej” Heinricha Heinego. W 2006 r., podczas zorganizowanych przez komitet kierowany przez Franza Beckenbauera mistrzostw świata, mieszkańcy tego kraju przeżyli coś w rodzaju oczyszczenia. Na boisku wypadli świetnie, zachodząc aż do półfinału i grając piłkę odległą od stereotypów o niemieckiej „Kampf”, ale poza nim pokazali się – a przede wszystkim zobaczyli – w jeszcze lepszym świetle. „Znaczenia mistrzostw świata 2006 nie da się wyolbrzymić – pisał historyk tamtejszego futbolu Ulrich Hesse. – Był to moment zwrotny naszej piłkarskiej i społecznej historii. Prawdopodobnie po prostu naszej historii, kropka”.
Mówiąc najkrócej: nasi zachodni sąsiedzi zobaczyli wówczas, że patriotyzm nie musi być równoznaczny z nacjonalizmem. Że można cieszyć się ze zwycięstw swojej reprezentacji nie przeciwko komuś. Że II wojna światowa przestała rzucać cień na ich relacje ze światem. Że syn Ghańczyka Odonkor, urodzeni w Polsce Klose czy Podolski, pochodzący ze Szwajcarii Neuville, którego dziadek był Belgiem, a matka Włoszką, są równie dobrymi obywatelami tego kraju, jak strzelający wówczas pierwszego gola dla Niemców, a będący dziś jednym z organizatorów mistrzostw Europy 2024 Monachijczyk Philip Lahm.
„Nieco ponad 60 lat po wojnie Niemcy były nie tylko zjednoczonym, nowoczesnym, przyjaznym i kochającym pokój państwem, były także normalnym zachodnioeuropejskim społeczeństwem, w tym sensie, że stało się ono prawdziwie wielokulturowe” – pisał o tamtym czasie Hesse. Ale – jak aż za dobrze wiemy – dziś nie da się o tej wielokulturowości mówić bez komplikowania. Wyniki niedawnych wyborów do Parlamentu Europejskiego, a zwłaszcza sukces AfD we wschodnich landach, mówią o tym równie dobitnie, jak wyniki badań, wedle których jedna piąta Niemców chciałaby widzieć w reprezentacji więcej białych zawodników albo narzeka na fakt, że kapitan drużyny, Ilkay Gündogan, ma tureckie korzenie.
Z perspektywy kogoś zatroskanego o przyszłość niemieckiej demokracji przebieg wydarzeń wczorajszego wieczora był więc jak spełnienie marzeń o tym, że do „letniej baśni” można dopisać kolejną część. Wieczór ów zresztą zaczął się od wspomnienia zmarłego w styczniu tego roku Franza Beckenbauera, a Puchar Henriego Delauneya, o który przez najbliższy miesiąc rywalizować będą w Niemczech dwadzieścia cztery europejskie drużyny, wynieśli na murawę monachijskiego stadionu wdowa po nim, Heidi, oraz kapitanowie niemieckich reprezentacji, które triumfowały już w mistrzostwach Europy – Bernd Dietz i Jürgen Klinsmann. Oni są naprawdę świetnymi organizatorami.
Najlepszym organizatorem na boisku był oczywiście Toni Kroos, dla którego każdy mecz na tym turnieju może być ostatnim w życiu, bo zapowiedział już, że po Euro zakończy karierę piłkarską. Grał 80 minut, bo później trener Julian Nagelsmann dał mu odpocząć, ale w tym czasie ponad sto razy celnie podawał piłkę pod nogi kolegów, ona zaś – jak napisał kiedyś o tym pomocniku Argentyńczyk Jorge Valdano – słuchała go jak udomowione zwierzę, reagujące na każde „weź” i „przynieś”. Tylko jedno z tych podań (a były wśród nich także naprawdę dalekie przerzuty) chybiło celu.
Oglądało się to fantastycznie: ataki Niemców, początkowo rozwijające się cierpliwie, ale później błyskawicznie przyspieszane. Spokój Kroosa i Gündogana w środku pola. Dryblingi młodziutkich Musiali i Wirtza. Ruchliwość Havertza, nieustannie wybiegającego za plecy wysoko (a związku z tym dość niefortunnie) ustawionej obrony Szkotów. Zmiany, jakich mógł dokonywać usatysfakcjonowany wysokim prowadzeniem do przerwy selekcjoner (wielu jego zawodników ma w nogach ponad pięćdziesiąt spotkań rozegranych w trakcie wymagającego sezonu ligowego – niewykluczone, że Euro wygrają ci najmniej zmęczeni albo mający najbardziej wyrównaną kadrę).
W zasadzie wszelkie wątpliwości na temat przygotowania Niemców do turnieju rozwiały się w dwudziestej minucie, kiedy to skołowani karuzelą podań gospodarzy Szkoci stracili drugiego gola po płynnej akcji, przyspieszonej prostopadłym i pozwalającym ominąć pięciu rywali podaniem świetnie odnajdującego się między liniami Gündogana do wybiegającego na wolne pole Havertza, wycofaniem tego ostatniego do Musiali, który balansem ciała zwiódł próbującego go zatrzymać Szkota, a potem uderzył tyleż potężnie, co precyzyjnie. Było w tej akcji wszystko, czym nowoczesne Niemcy chciałyby dziś zaimponować światu: wyobraźnia i innowacyjność, koordynacja zbiorowego wysiłku z przestrzenią dla indywidualności, płynność i dokładność, a w końcu zdecydowanie.
Szkotów, oczywiście, również oglądało się fantastycznie, choć raczej nie tych na boisku. Fakt, że do Monachium przyjechało ich 200 tysięcy i że bawili się na ulicach tego miasta w najlepsze przez ostatnich kilkadziesiąt godzin, również pokazuje dobrze, czym może być dla nas futbol w tych niespokojnych czasach. „Jeden turniej nie uzdrowi świata, lecz piłka nożna musi odgrywać swoją rolę w obronie osiągnięć demokracji” – pisał przed jego rozpoczęciem wspomniany Philip Lahm i na pewno to, co wydarzyło się poprzedniej nocy w Monachium jej nie zaszkodziło.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















