Łaska stanu towarzyszy ludziom wykonującym odpowiedzialne zadania. Pojawia się wraz z objęciem jakiegoś urzędu czy funkcji, czasami na tyle niespodziewanie, że dziwimy się potem, jak to możliwe, że znany nam niekoniecznie z najlepszej strony Kowalski, Lewandowski czy Nowak okazuje się nagle dobrym szefem, ministrem, marszałkiem albo… selekcjonerem reprezentacji. Choć jest pojęciem z języka kościelnego, stosujemy je extra Ecclesiam, bo w ostatnich tygodniach zdawało się opisywać fenomen Michała Probierza. Człowieka, którego objęcie reprezentacji Polski zwyczajnie odmieniło. Czy zasłużona porażka z Austrią podczas Euro 2024 neguje tę odmianę?
Mecz Polska-Austria: była atmosfera
I nie, nie chodziło wyłącznie o to, że jego publicznym wizerunkiem ekscytowały się rubryki modowe brytyjskich mediów, tym mocniej doceniając elegancję dwurzędowych kamizelek i garniturów, im bardziej na nieformalny styl postawił w trakcie tegorocznych mistrzostw nieskazitelny dotąd trener Gareth Southgate. Chodzi o to, że w zasadzie wszystkie najważniejsze decyzje – od nadania reprezentacji nowego stylu gry, opartego na zaufaniu do umiejętności zawodników i przekonaniu, że potrafią grać atrakcyjną dla oka, nowoczesną piłkę, po sposób kontaktu z mediami, otwarty, swobodny, czasami wręcz uwodzicielski – obracały się aż do dziś na korzyść drużyny.
Dawno, dawno temu, nadano Probierzowi przydomek „polskiego Guardioli”, ale jeśli idzie o styl pracy z dziennikarzami na tegorocznym turnieju przypominał raczej wieloletniego rywala Katalończyka, José Mourinho, który zwłaszcza w pierwszych latach pracy w sposób niezrównany potrafił owinąć sobie media wokół palca, by zdjąć w ten sposób presję z zawodników. Uchylić się od odpowiedzi na pytanie komentatora Mateusza Święcickiego frazą „uwielbiam pana głos, naprawdę”, albo rozśmieszając relacjonujących na żywo wydarzenia w bazie reprezentacji Maję Strzelczyk i Artura Wichniarka – to były klasyczne zagrywki w stylu Portugalczyka, a co najlepsze… działały. Mimo porażki z Holandią, przed dzisiejszym meczem z Austrią atmosfera wokół drużyny narodowej była najlepsza od czasu, gdy pod wodzą Paulo Sousy z powodzeniem stawiała się Anglikom czy Hiszpanom.
Tak, wiem, że atmosfera ta rozwiała się jak dym z flar polskich kibiców pod berlińskim niebem. Czy oznacza to, że mamy zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się po drodze?
Mecz ani dobry, ani zły
Michał Probierz nie miał łatwo. Jego trenerska odyseja przez krajowe boiska ciągnie się od dwóch dekad: zorientowani w uniwersum polskiej piłki znali go jak zły szeląg. „To nie jest zły trener. Problem w tym, że prawdopodobnie nie jest też specjalnie dobry. Sam bardzo lubi przedstawiać siebie jako kogoś, kogo albo się kocha, albo nienawidzi. Ale gdy przyjrzeć się bliżej jego pracy, zwykle zostaje po prostu przeciętność” – portretował byłego szkoleniowca Widzewa, Jagiellonii czy Cracovii (dodajmy Bruk-Bet Niecieczę, gdzie cisnął papierami po zaledwie dwóch dobach) dziennikarz sportowy Michał Trela.
„Każda drużyna, zwłaszcza taka, która spotyka się na chwilę, potrzebuje hierarchii, jasnej struktury, przewidywalnych wyborów i powtarzalności. Czyli wszystkiego tego, czego Probierz nie potrafi swoim zespołom dać – pisał po wyborze selekcjonera w portalu „Weszło”. – Można się teraz spodziewać lekceważenia kogoś, kto na powołanie by zasługiwał, ale jego menedżer kiedyś krzywo na Probierza spojrzał. Można się spodziewać forsowania kogoś na siłę tylko po to, by pokazać, że on, selekcjoner Probierz, nie będzie słuchał nikogo innego. Można się spodziewać jakichś szokujących wyborów, w stylu powołania 16-latka, który czeka na debiut w I lidze, i odesłania kogoś ważnego na trybuny w kluczowym momencie, tylko po to, by pokazać, że to on, Michał Probierz, rządzi. Można się spodziewać nietrzymania ciśnienia, oblężonej twierdzy, wojenek, szukania spisków, pouczania wszystkich wokół, wyliczania, dlaczego się nie da i dlaczego oczekiwanie czegokolwiek to zbyt wielkie oczekiwania”.
Ci, którzy uwierzyli w reprezentację
Przywołałem ten przydługi cytat nie tylko dlatego, że dziś również można było kwestionować wybory Probierza – wystawienie od pierwszej minuty Piotrowskiego, wstawienie na końcówkę Grosickiego. Przywołałem go, bo pochodzi spod pióra człowieka niezwykle wyważonego i umiarkowanego w sądach; w sportowym środowisku zresztą opinia Treli jest raczej niekontrowersyjna. Powołanie na selekcjonera reprezentacji solidnego trenera ligowych średniaków, z którymi zdołał wywalczyć jedynie dwa Puchary Polski, wydawało się idealnie skrojone pod profil mentalny starego znajomego Probierza z Białegostoku, prezesa PZPN Cezarego Kuleszy – ale nie wydawało się przepisem na sukces, a zwłaszcza na sukces w świecie, w którym większość drużyn stawia na futbol ofensywny, oparty na pressingu, ale też na zdolności rozpoczęcia akcji od obrony, utrzymania się przy piłce i przeprowadzenia składnej akcji, zamiast oczekiwania na błąd rywala.
Zamknięty finał baraży z Walią, kiedy o awansie na mistrzostwa Europy zdecydował dopiero obroniony przez Wojciecha Szczęsnego rzut karny, nie zapowiadał jeszcze tego, co wydarzyło się w trakcie poprzedzających Euro sparingów, a także podczas przegranego meczu z Holandią: wyzwoleni od niewierzącego w ich umiejętności Michniewicza i pogrążonego w letargu Santosa, piłkarze reprezentacji uwierzyli, że potrafią grać w piłkę. Zaczęli tym cieszyć i siebie, i nas. Wydawało się: na Michała Probierza faktycznie spłynęła łaska stanu.
Austriackie lekcje
Ale z odwoływaniem się do darmowej, nadprzyrodzonej pomocy – bo tym przecież jest w oczach teologów łaska – bywa złudne. „Icek, ty daj mi szansę, kup los”, mówi Pan Bóg w żydowskim szmoncesie – kupowaniem losu jest w tym przypadku coś, co austriacka federacja zrobiła zatrudniając Ralfa Rangnicka.
W zasadzie trudno powiedzieć przecież o zaskoczeniu przebiegiem wydarzeń w dzisiejszym spotkaniu: o tym, jak może zagrać Austria, wiedzieliśmy nie tylko od jej meczu z Francją – wiedzieliśmy już od momentu, w którym ów jeden z ojców gegenpressingu rozpoczynał pracę z reprezentacją, której trzon pochodzi przecież z drużyn wcześniej przez Rangnicka budowanych w salzbursko-lipskim imperium Red Bulla. W tym sensie podwaliny pod dobry występ Austriaków na Euro 2024 zaczęto kłaść już 12 lat temu, kiedy ich obecny selekcjoner zostawał dyrektorem sportowym kombinatu związanego z marką energetycznego napoju. Czy mam porównywać konsekwencję procesu przygotowań Austrii do tego turnieju z tym, co działo się w Polsce?
Trudno się więc dziwić, że od pierwszego gwizdka sędziego rywale Polaków wiedzieli, co robią. W pierwszej minucie mieli już dośrodkowanie, próbę zgrania spod linii końcowej, daleki wyrzut z autu i strzał z dystansu. Zgodnie z przewidywaniami, nie dawali nam odetchnąć. Z kolejnego dalekiego wyrzutu z autu, a potem skoku pressingowego, kiedy piłka zdawała się już należeć do reprezentantów Polski, wziął się gol Traunera – stopera, który nieprzypadkowo znalazł się wówczas w naszym polu karnym. Było nerwowo, mnożyły się – jak by powiedział komentujący spotkanie w TVP Dariusz Szpakowski – „łatwe straty”; interwencja Wojciecha Szczęsnego z 23. minuty wzięła się właśnie od straty po prostym wyrzucie z autu – naprawdę wiedzieliśmy, że wysoki pressing jest austriacką specjalnością. W ciągu pierwszych dwudziestu minut naliczyłem cztery odbiory Austriaków w tak zwanej ostatniej tercji Polaków.
Spóźnieni Polacy
To był drugi już mecz na tym turnieju, w który weszliśmy spóźnieni jak niemiecki pociąg. Dopiero po kwadransie zaczęła się sekwencja kilku udanych akcji. Zalewski strzelał nad bramką po ładnej kombinacji z partnerami. Dwa kolejne uderzenia Zielińskiego zostały zablokowane przez obrońców. W końcu na prawym skrzydle pojawił się Frankowski – zagrał piłkę wzdłuż bramki i mieliśmy rzut rożny. Minęło kilkanaście sekund i dawne odkrycie Probierza w Cracovii, Krzysztof Piątek, znalazł się w polu karnym tego stadionu tak, jak w najlepszych czasach swojej gry w Hercie Berlin.
Przez lata jednym z głównych tematów dyskusji wśród kibiców reprezentacji Polski była rola Piotra Zielińskiego – ale akurat do niego trudno mieć pretensje. Kapitan szukał sobie miejsca między liniami – gorzej, że musiał także szukać pokazujących się do gry kolegów. Kapitan uderzał z rzutu wolnego tuż przed przerwą, zmuszając bramkarza Pentza do kapitalnej interwencji. Kapitan angażował się także w grę defensywną, wygrywał pojedynki, wybijał piłkę spod nóg Austriaków. W końcu, po przerwie dostał do pomocy Jakuba Modera i środek pola zaczął prezentować się lepiej – w tej chwili jeszcze nie wiemy, czy na skutek uwag, które sztabowi reprezentacji przekazywał na bieżąco oglądający mecz z ławki Robert Lewandowski. Tyle że nie wystarczyło na długo. Polakom zaczęło brakować intensywności.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Tyle wystarczyło
Schładzając na chwilę emocje, wypada zauważyć, że pressing Austriaków nie był tak intensywny jak w meczu z Francją. Może to kwestia tych trzydziestu godzin mniej na regenerację, które różniły obie reprezentacje przed dzisiejszym spotkaniem. Może kwestia tego, że dziś ich ofensywny kwartet – Arnautović, Sabitzer, Lainer i Baumgartner – nie angażował się tak bardzo w zadania defensywne. Ale na Polaków tyle wystarczyło.
Robert Lewandowski pojawił się na boisku w 59. minucie. Przejął kapitańską opaskę i – jak na lidera drużyny przystało – zaraz ruszył do pressingu. Serca nam stawały kilkakrotnie, choćby w 63. minucie, kiedy zakotłowało się w polu karnym Szczęsnego – na szczęście Arnautović był wtedy na spalonym. W końcu jednak efekt przyniosły zmiany dokonane w przerwie przez Rangnicka. Z prawoskrzydłowym Wimmerem i ofensywnie usposobionym lewym obrońcą Prassem, Austriacy mogli szukać więcej przestrzeni przed naszym polem karnym – i w 66. minucie Baumgartner znalazł go stanowczo zbyt wiele, by nie skończyło się to golem.
Dalszy bieg wypadków był już konsekwencją utraty prowadzenia. Prostopadłe podanie do Sabitzera wyprowadziło go sam na sam ze Szczęsnym – polski bramkarz przewrócił szukającego kontaktu Austriaka, był rzut karny i 3:1. Chwilę później, po błędzie polskiej obrony, Szczęsny jakimś cudem obronił uderzenie z dystansu Poscha, później ominął go Laimer, ale kąt strzału Austriaka był już zbyt ostry. W tamtym momencie jedyne pytanie brzmiało: ile bramek zdołają jeszcze strzelić piłkarze Rangnicka.
W poszukiwaniu straconego zachwytu
No dobrze, ale co z tą łaską stanu? Pierwszą hipotezę mam taką, że spłynęła na Michała Probierza w momencie, gdy namówił swoich piłkarzy do odważnej gry z Holendrami. Po porażce w tamtym meczu, świadom konsekwencji związanych z niekorzystnym wynikiem, zaczął kalkulować, jak oprócz odwagi (i stylu, jaki był z nią nieodwołalnie związany) mieć także wynik. Efektem był postępujący paraliż, niestety. Nawet o tym, że Polacy umieli się bronić, nie sposób po dzisiejszym meczu powiedzieć – a na pewno nie wiedzieli, jak atakować.
Wróćmy jednak do pytania z początku tekstu: czy porażka z Austrią neguje to, co zobaczyliśmy w poprzednich meczach? Moim zdaniem – nie. Gdyby Michał Probierz objął tę drużynę po przegranym mundialu w Katarze, pewnie bym tak nie napisał, ale zatrudniony dopiero we wrześniu 2023 – inaczej niż Rangnick, pracujący z Austrią od kwietnia 2022 r. – od początku musiał szukać straconego czasu. Tę myśl akurat powtarzałem przed dzisiejszym spotkaniem wszędzie, gdzie się dało: czekał nas trudniejszy mecz niż z Holendrami. Do podnoszącego się chóru, domagającego się głowy kolejnego selekcjonera, dołączać nie zamierzam. Niech spróbuje przywrócić „ustawienia fabryczne” (metafora Rafała Steca), ale nie te kojarzone zwykle z „uniwersum polskiej piłki” (fraza Leszka Milewskiego), ale te, które zobaczyliśmy na pierwszym meczu turnieju oraz w poprzedzających go sparingach.
Myśmy się, oglądając tamte mecze, zdołali kilka razy zachwycić. Jak Damiel, jeden z bohaterów „Nieba nad Berlinem” Wima Wendersa po tym, jak dzięki Marion posiadł wiedzę, której nie może zdobyć żaden anioł.

A jeśli już dojdziecie do wniosku, że zamiast oglądać futbol, wolicie poczytać, mam dla Was polecajkę książki wydanej właśnie przez partnera tego serwisu, wydawnictwo SQN, dzięki któremu niniejszy tekst jest otwarty także dla niezalogowanych czytelników. Świadomie nie piszę: poczytać o futbolu, a po prostu poczytać, bo książka nie traktuje tylko o sprawach sportowych. Co się będę zresztą zasłaniał ogólnymi zdaniami, czas na wyznanie: we wszystkich łańcuszkach na dziesięć najważniejszych książek mojego życia wpisywałem „Futbolową gorączkę” Nicka Hornby’ego przed „Winnetou”, „Śmiercią pięknych saren”, „Idiotą” czy „Kwartetem aleksandryjskim”. Nawet jeśli mam pecha kibicować zupełnie innej drużynie klubowej niż autor, mam poczucie, że my wszyscy z niego: i piszący o futbolu, i jego fani. Nikt nie opisał okrucieństw naszego losu z równie bezlitosną precyzją i z równie oswabadzającym humorem.
Autoportret mężczyzny, którego dojrzałość pasja futbolowa każe stawiać pod silnym znakiem zapytania; autoportret pisarza, dla którego Puchar Anglii znaczy więcej niż Booker; zapis zmiany idącej nie tylko przez brytyjskie stadiony, a w końcu także fraza jak ulał pasująca do wczorajszych cierpień jego rodaków w meczu z Duńczykami: „Na początku lat siedemdziesiątych stałem się Anglikiem; oznacza to, że nienawidziłem Anglii tak samo jak połowa moich rodaków. Raziła mnie ignorancja, uprzedzenia i strach selekcjonera, byłem pewien, że gdybym ja wybierał kadrę, pokonalibyśmy każdą drużynę na świecie”. Czytać!
Partnerem serwisu „TP” na Euro 2024 jest wydawnictwo SQN.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















