Dziś w nocy zmarł Marcin Wicha, wybitny grafik, eseista i autor książek dla dzieci. Przez wiele lat związany był z „Tygodnikiem”. Na początku XXI wieku pomagał nam graficznie wejść w nowe milenium, współtworząc odświeżoną makietę naszego pisma, dostosowaną do potrzeb i wyzwań epoki. Był laureatem wielu nagród, w tym Nagrody Literackiej „Nike” i Paszportu „Polityki”.
Przez wiele lat był także naszym felietonistą i twórcą popularnych „Wichajstrów” – komiksów, które błyskotliwie i portretowały polskie życie społeczne i polityczne pierwszej oraz drugiej dekady XXI wieku. Choć najczęściej odwoływały się do bieżących wydarzeń, do dziś bawią zgryźliwą ironią i wyczuleniem na wszechobecne absurdy rzeczywistości. Jednym z moich ulubionych jest „Rozmowa z ekspertem, którego prognozy się sprawdzają”. Niewiele się zmieniło od 2014 roku.

Marcin urodził się w rodzinie pochodzenia żydowskiego, z której wyszło wielu wybitnych inżynierów i projektantów. Jego ojciec, Piotr Wicha, był architektem i to właśnie jemu poświęcił książkę „Jak przestałem kochać design” z 2015 roku. Esej ten, w którym upamiętnia ojca, ale jednocześnie opowiada o estetycznych przemianach polskiej rzeczywistości ostatnich 40 lat, z miejsca stał się bestsellerem. Wicha miał bowiem talent do przeplatania intymnych historii rodzinnych z tym, co historyczne.
To dowartościowanie materialnego wymiaru naszego świata – wrażliwość na cywilizacyjne i filozoficzne znaczenie rzeczy codziennego użytku - sprawiało, że tak wielu z nas mogło z łatwością przeglądać się w jego prozie. W jednym z ostatnich akapitów pisał: „zawsze majaczy nadzieja, że z pomocą przedmiotów można coś ochronić, uratować, odbudować”.

W 2018 roku miałem przyjemność odwiedzić go w jego bajecznie zagraconej warszawskiej pracowni i przeprowadzić z nim wywiad. Pretekstem był specjalny dodatek przygotowywany w „Tygodniku” we współpracy z Festiwalem Kultury Żydowskiej, którego miał być gościem. Długo musiałem go namawiać na rozmowę, jako że tematem przewodnim tamtej edycji był syjonizm, a Wicha przez całe życie unikał sztywnych definicji tożsamościowych (wymienialiśmy wiele maili przy autoryzacji tego wątku wywiadu).
W rozmowie szybko przeszliśmy do tematu samego designu:
Przedmioty, które obiecują zakorzenienie, rzadko dotrzymują słowa. Raczej podważają wiarę w stabilność świata. Moim zdaniem opowieść o rzeczach to historia nieciągłości i braku zakorzenienia. Także historię Zagłady opowiadamy czy próbujemy opowiedzieć w ten sposób, prawda? Mówimy o prześcieradłach, obrusach, pierzynach. O łyżeczce. O porcelanie, butach i tak dalej.
Kiedy pan mówi „zakorzenienie”, to zaraz myślimy o domu. Ale jakim domu? Na Grochowie, gdzie rozmawiamy, są socjalistyczne spółdzielnie mieszkaniowe z lat 30., blokowiska z czasów Gierka, strzeżone osiedla okresu transformacji. A deweloperzy już budują kolejne domy. Okazuje się, że co kilka, kilkanaście lat zmienia się pomysł na to, jak ma wyglądać ta przestrzeń. Jak urządzić ludziom życie. Jak łączyć to, co indywidualne, z tym, co wspólne.
Niektóre z pomysłów są akceptowane, inne odrzucane przez mieszkańców. Budynki i podwórka stają się zapisem zmagań, prób dostosowania przestrzeni do swoich potrzeb.
Niedaleko stoi blok, w którym w latach 50. zainstalowano pierwsze eksperymentalne meblościanki. Akademicy wymyślili i zaprojektowali, jak ludzie powinni gromadzić, segregować, przechowywać przedmioty. Ile ich potrzebują, jak mają je eksponować, pomieścić...
Chcę powiedzieć, że kiedy przyjrzymy się architekturze, nawet banalnej, ale także meblom czy książkom, to odczytamy historię poszukiwania, ścierania się, zmiany. Myślę, że to jest interesujące, nawet literacko.
Jeśli ma się odpowiednio rozbudowaną wyobraźnię, każdy przedmiot może stać się punktem wyjścia do snucia opowieści:
Można się tak bawić. Na przykład opowiedzieć historię swojego życia z perspektywy torby foliowej. Pamiętam jeszcze sprzedawców toreb. Na bazarach czy w przejściach podziemnych trwał handel naręczny torbami. Były na nich kotki, reklamy Marlboro albo logo sieci Aldi. W gospodarce niedoboru taką torbę ceniono, starannie przechowywano. Potem przyszedł kapitalizm – a z nim cienkie torebki, którymi zaczęli nas obrzucać w supermarketach. W domach trzeba było mieć osobną szufladę na cały ten plastik. Szybko się okazało, że kupując pomidory i sałatę ściągnęliśmy na świat katastrofę ekologiczną. Ostatnio naukowcy odkryli te torby nawet na dnie Rowu Mariańskiego. Nie mówiąc o tym, że jesienią powiewają na gałęziach – za czasów ministra Szyszki ten problem częściowo rozwiązano, wycinając drzewa. I tak wróciła moda na torby z płótna.
Gdy umiera ktoś taki jak Marcin, w internecie pojawiają się tysiące komentarzy, które sprowadzają się do brutalnie prostej w swojej bezradności konkluzji – „brak słów”. I tak chyba powinno być, bo w „Rzeczach, których nie wyrzuciłem”, książce z 2017 roku, tym razem poświęconej zmarłej matce, Joannie Rabanowskiej-Wicha, pisał: „Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić”.
- ZOBACZ galerię „Wichajstrów”
- POCZYTAJ felietony i artykuły Marcina Wichy

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















