„Człowiek, który rysował bez przerwy” – tak się nazywał tekst, który napisał do „Tygodnika” 16 lat temu, i był to tekst o Feliksie Topolskim. Nad grafikami Topolskiego się zresztą poznaliśmy, jakieś ćwierć wieku temu, w warszawskiej siedzibie Studia Q przy Mokotowskiej. Jeszcze pod okiem Tomasza Kuczborskiego i Marka Zalejskiego – bo potem poszedł na swoje, do biura projektowego Frycz i Wicha – pracował wtedy nad projektem zmiany formatu i szaty graficznej „TP”, ukazującego się na płachtach formatu A2. Nie pamiętam już, jaki esej chciał ilustrować Topolskim, ale pamiętam, jak świetnie wyglądało to na kolumnach, zgodnie zresztą z tym, co mówił pracownikom Muzeum Narodowego, do których chodził po reprodukcje – zdumionym nagłym zainteresowaniem rysownikiem, o którym wszyscy zapomnieli.
Do opisywania postaci i spraw, o których wszyscy zapomnieli – albo o których mówić nie potrafili – miał talent. „Był troszku takim Themersonem: pisanie dla dzieci, projektowanie, płynne przejścia między obrazem a słowem” – napisała po jego śmierci Eliza Kącka. Inni przypominali typowe dlań lapidarne frazy – zwłaszcza z wyróżnionych w 2018 r. Nagrodą Nike „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – portretu zmarłej matki, powstałego w trakcie porządkowania tego, co po sobie zostawiła. „Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz sądzę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić” – brzmiała jedna. „Powinien istnieć specjalny znak interpunkcyjny. Graficzny odpowiednik skurczu krtani” – głosiła kolejna. Był w tej książce żydowski los, było przemijanie ludzi i rzeczy, były powściągliwość i dystans – a może obawa przed gadulstwem, która Marcina charakteryzowała także jako grafika.
Nie umiem go opisać: jego poczucia humoru, życzliwości, ciepła – i nieugiętości zarazem. W „Tygodniku” – obok tekstów o designie i ulubionych artystach oraz artykułów na wyjątkowe okazje, jak zmiana formatu czy jubileusz pisma, zlecanych przez redakcję w przekonaniu, że każdy inny autor nie ustrzeże się sztampy – był gospodarzem „Wichajstra”, rubryki z rysunkowym komentarzem niby do wydarzeń bieżących, a przecież zachowującym świeżość do dziś.
Oprócz „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” wydał poświęcony ojcu architektowi esej „Jak przestałem kochać design” – opis przemian polskiego zmysłu estetycznego ostatnich kilku dekad, poświęcony Kazimierzowi Malewiczowi „Kierunek zwiedzania”, „Gościnne występy. Kawałki o projektowaniu” i zbiór felietonów (pisał je dla „Polityki” i „Pisma”) „Nic drobniej nie będzie”. Jednak jego pierwszą książką była „Klara. Proszę tego nie czytać” z 2011 r., za którą poszedł „Łysol i Strusia” – i żegnając go dziś mam poczucie, że choć dziękować mógłbym za rzeczy, które dał i polskiej kulturze, i naszej redakcji, to najbardziej chciałbym podziękować za godziny, które minęły mi na czytaniu Wichy dzieciom – i za kaskady śmiechu w czasach, które były bardzo trudne.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















