Bitcoin i kryptowaluty w Polsce. Kto inwestuje i czego boi się państwo

Kryptowaluty mają już za sobą okres niemowlęcy. Ich rola w gospodarce będzie rosła. Polska musi zdecydować, czy chce być obserwatorem, czy aktywnym uczestnikiem.
Czyta się kilka minut
Bitomat w Rzeszowie, 4 sierpnia 2024 r. // Fot. Artur Widak / NurPhoto / Getty Images
Bitomat w Rzeszowie, 4 sierpnia 2024 r. // Fot. Artur Widak / NurPhoto / Getty Images

Gdyby nie znużenie, jakie budzą kolejne odsłony awantury między rządem a prezydentem, można by odnieść wrażenie, że niedawny spór o weto głowy państwa dla ustawy regulującej polski rynek kryptowalut to jedno z najważniejszych politycznych wydarzeń minionego roku. Aktorzy tego spektaklu sięgnęli po najbardziej sugestywne środki wyrazu współczesnego teatru politycznego. 

Było nawet niejawne posiedzenie Sejmu, na którym rząd zapoznawał posłów z ponoć wrażliwymi informacjami o kryptozagrożeniach dla Polaków i dla polskiej demokracji. Atmosferę podgrzał wcześniej prezydent Nawrocki, który w zawetowanej ustawie dostrzegł zagrożenie dla rodzimej przedsiębiorczości i swobód obywatelskich. Premier nie pozostał dłużny i zapowiedział, że nie odpuści tematu, bo gdy stawką jest bezpieczeństwo Polaków, rząd nie pójdzie na kompromis.

Ilu Polaków inwestuje w kryptowaluty? Skala i dynamika rynku w Polsce

Zabawa potrwa zapewne jeszcze długo, bo w sprawie kryptowalut nie chodzi ani wyłącznie o bezpieczeństwo, ani tylko o swobodę działalności gospodarczej. Na dalszym planie jest m.in. wdrożenie unijnych regulacji dla rynku krypto, zawartych w kompleksie rozporządzeń MiCA (skrót od Markets in Crypto-Assets Regulation), wypracowanych i zaleconych w ostatnich latach przez Brukselę. 

Kryptowaluty to dziś czyste polityczne złoto, gwarantujące obu stronom polsko-polskiej wojny hojną wypłatę w formie polaryzacji. Dla środowisk, w których wyborców łowi Konfederacja – i w stronę których łapczywie spogląda teraz zarówno część PiS, jak też obozu rządzącego – krypto to niemal wyznanie wiary, symbol wolnościowych aspiracji, w których państwo istnieje tylko w wersji minimum, pozbawione wyłącznego prawa do emitowania waluty i kontroli nad obiegiem pieniądza. 

Na drugim biegunie w klasycznych politycznych wyobrażeniach plasują się propaństwowcy, dla których bitcoin, ethereum, solana, XRP, dogecoin i przeszło dziesięć tysięcy innych narzędzi płatniczych spod znaku technologii blockchain (patrz sidebar) – to symbol całego zła, które nagromadziło się w sieciowej sferze naszej codzienności.

Sceptycyzm ten jest uzasadniony, bo nieuregulowanym światem kryptowalut regularnie wstrząsają skandale związane z upadkiem kolejnych giełd handlujących takimi aktywami. Największe z nich kończą się stratami inwestorów, idącymi w dziesiątki miliardów dolarów.

Problem w tym, że prosty podział na świat, w którym kryptowaluty są albo czystym złotem, albo czystym złem, z każdym rokiem coraz słabiej oddaje polską rzeczywistość. Krypto coraz częściej łączy, niż dzieli.  

Ilu Polaków inwestuje w kryptowaluty? Do wyników sondaży ilustrujących skalę popularności takich inwestycji w Polsce warto podchodzić z dystansem, bo odpowiedzi na to pytanie najczęściej udzielają żywotnie zainteresowani tym, by była ona jak największa. Badanie przeprowadzone kilka miesięcy temu na zlecenie jednego z kluczowych graczy tej branży, kryptogiełdy Binance, szacuje polską populację posiadaczy kryptowalut już na 4 mln osób. 

Jeśli to prawda, to rodzima kryptospołeczność uległa potrojeniu w ciągu zaledwie dwóch lat, bo jeszcze w 2023 r. Polski Instytut Ekonomiczny podawał liczbę niespełna 1,2 mln osób. Na koniec 2025 roku – to już niedawne przewidywania amerykańskiej firmy Chainanalysis badającej światowe rynki krypto – liczba posiadaczy kryptowalut miała zbliżyć się w Polsce aż do 7 mln.

Inwestowanie w kryptowaluty w Polsce: częstotliwość, kwoty i realne zyski

Ankieta, którą w sierpniu ub. roku przeprowadziła giełda Kraken, idzie jeszcze dalej i sugeruje wręcz, że polski dylemat inwestycyjny sprowadza się obecnie do wyboru: krypto albo wcale. 

Wśród dwóch tysięcy uczestników badania, najwięcej, bo aż 36,4 proc. zadeklarowało brak inwestycji kapitałowych. Reszta najczęściej lokowała kapitał właśnie w kryptowalutach (łącznie 30,9 proc. badanych). Akcje kupowało 21,5 proc., a w nieruchomości inwestowało tylko 15,2 proc.

Zleceniodawcy badania pozwolili sobie na tej podstawie wysunąć nawet śmiałą tezę, że lokowanie kapitału w kryptowalutach stało się w Polsce zjawiskiem masowym. Ich służbowy optymizm mocno korygują doradcy podatkowi, którzy na podstawie zapytań o pomoc przy rozliczaniu takich transakcji, szacują grono poważnych kryptoinwestorów, czerpiących z tego regularne dochody, najwyżej na 150 tysięcy osób.  

Obserwacje doradców potwierdzają jednak inną, o wiele ważniejszą prawidłowość. Kryptowaluty w szybkim tempie przestają być nad Wisłą domeną młodych mężczyzn, związanych zawodowo z programowaniem i komputerami. W podkaście „Pismo do słuchania” Marcelina Szwed-Ziemichód, prawniczka, która od 2016 r. pracuje w branży blockchain, rysuje szeroką panoramę społeczną tej grupy i rozmaite motywacje, często dalekie od stereotypowych wyobrażeń o dopaminowym kopie, który ma jedynie pogłębiać głód kryptoryzyka. 

Są tu więc właściciele kwiaciarni, którzy część oszczędności zdeponowanych w banku zamieniają na bitcoiny. Są emeryci, którzy fundują wnuczkowi portfel krypto na start w dorosłość. Trafił się jej nawet górnik, który doszedł do wniosku, że skoro na co dzień fedruje węgiel, to po godzinach spróbuje kopać kryptowaluty. Zdarzają się w tej grupie i osiemnastolatkowie, i osiemdziesięciolatkowie, ludzie pióra i ludzie od kodów cyfrowych, miasto i wieś. 

Inwestycje w takie instrumenty finansowe nie muszą oznaczać gigantycznych nakładów. Firmy zarejestrowane w polskim rejestrze VASP, obejmującym dostawców usług aktywów wirtualnych, wykazały transakcje o wartości przekraczającej 28 mld euro w 2024 r., ale ta kwota odzwierciedla bardziej ruch w tym interesie niż sumaryczną wartość polskich inwestycji i oszczędności kryptowalutowych, szacowanych na równowartość około 2 mld zł.

Częściowo potwierdzają to wyniki wspomnianej wyżej ankiety na zlecenie giełdy Kraken, w której przeszło co piąty uczestnik deklarował, że w kryptowalutach trzyma od 1 do 5 proc. oszczędności. Aż 41 proc. ulokowało w nich od 6 do 20 proc. swoich aktywów finansowych. 

Zdeklarowani kryptoinwestorzy, którzy w tej formie przechowują wszystkie oszczędności, stanowili zaledwie 1,4 proc. badanych. Jeśli za podstawę dla dalszych obliczeń przyjąć statystyki NBP, który podaje, że przeciętny Polak z grupy posiadającej jakąś poduszkę finansową zgromadził średnio ok. 35 tys. zł, można założyć, że przeciętna wartość polskiej kryptoinwestycji oscyluje w przedziale od 350 do 7000 zł.  

Dlaczego ludzie wybierają kryptowaluty?

Znamienne, że zainteresowanie kryptowalutami rośnie nad Wisłą przy niesłabnącym zaufaniu do złotego. Przeszło dwie trzecie Polaków nadal nie chce słyszeć o porzuceniu rodzimej waluty na rzecz euro – i jest ich niemal dwa razy więcej od tych, którzy kryptowaluty uważają za bezpieczne. W kraju polski złoty cieszy się opinią lepszą niż w świecie, gdzie uchodzi po prostu za solidnego średniaka. Stoi za nim relatywnie duży kraj o zdrowej gospodarce i finansach publicznych w niezłej kondycji, ale to wciąż za mało, by inne państwa i zagraniczni inwestorzy chcieli przechowywać swoje nadwyżki w naszej walucie.

W świecie gospodarki realnej wartość pieniądza stanowi odzwierciedlenie poziomu zaufania do emitującego go państwa. To podstawa współczesnego światowego systemu monetarnego, który już od ponad półwiecza opiera się na tzw. fiatach, czyli pieniądzu, którego wartość jest pochodną renomy kraju-emitenta, a nie zasobów złota.

Frank szwajcarski cieszy się od lat opinią „najstabilniejszego pieniądza globu”, co w tym przypadku oznacza nie tyle brak dużych wahnięć kursowych, ile powszechne przekonanie, że w niepewnych czasach posiadacze dużej gotówki będą lokować swoje oszczędności właśnie w helweckiej walucie – i w tym sensie dość łatwo przewidzieć, jak jej kurs zareaguje na poważne geopolityczne czy gospodarcze turbulencje.

Stabilność amerykańskiego dolara to z kolei prosta funkcja pozycji USA na świecie i kluczowej roli waluty tego kraju w handlu międzynarodowym. Największa gospodarka globu, odpowiadająca za niemal 27 proc. światowego PKB, z pewnością nie ogłosi z dnia na dzień trwałej niewypłacalności (cykliczne „shutdowny” administracji federalnej to raczej ustrojowy folklor tego państwa niż oznaka trudności fiskalnych). 

Inwestorzy mogą więc ze spokojem kupować amerykańskie obligacje i lokować swoje nadwyżki w dolarze (choć trzeba też uczciwie przyznać, że udział waluty USA w światowych rezerwach ostatnio topnieje).  

Jak czytać w tym kontekście rosnącą popularność kryptowalut, które obecnie odpowiadają za około 2 proc. globalnego obiegu pieniądza i w dodatku podwoiły ten udział w ciągu zaledwie pięciu ostatnich lat? W co naprawdę inwestują ludzie kupujący bitcoiny, ethereum i inne alternatywne środki płatnicze, zamieniając na nie waluty emitowane i gwarantowane przez państwa? 

Wskazanie na pragnienie szybkiego wzbogacenia się dzięki aktywom, które w ciągu kilku minut potrafią zyskać na wartości nawet kilkadziesiąt procent, nie będzie na pewno strzałem w płot, ale też nie wyczerpuje tematu. 

Kursowa nieprzewidywalność kryptowalut to także ich największa słabość. W zeszłym roku rynek krypto stracił na wartości ponad bilion dolarów, z czego większość wyparowała w ostatnich trzech miesiącach. Dla wielu nabywców istotna jest także dywersyfikacja zasobów, tym ważniejsza, że dająca niemal pełną niezależność od głównego nurtu gospodarki, w której za sznurki pociągają państwa i wielcy inwestorzy. W sposób nie zawsze uczciwy i przejrzysty.

Bitcoin jako alternatywa dla systemu finansowego

Zapewne nieprzypadkowo narodziny kryptowaluty zbiegły się w czasie z kryzysem finansowym wywołanym upadkiem banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r., który poprzedził krach amerykańskiego rynku hipotecznego. Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacował potem, że pomoc dla banków, którym groziła niewypłacalność, pochłonęła na całym świecie ponad 2,5 bln dolarów.

Gdyby rachunek za kryzys rozszerzyć o głęboką przecenę akcji i innych papierów wartościowych, bilans wzrósłby do około 12,8 bln dolarów, a i tak nie obejmie on trudnych do podliczenia kosztów społecznych. Na całym świecie wskutek gospodarczych zawirowań zainicjowanych amerykańskim krachem źródło utrzymania straciło, jak szacuje Międzynarodowa Organizacja Pracy, co najmniej 28 mln osób.

Kryzys finansowy wywołali przedstawiciele profesji, którą przez dekady uważano za zawód zaufania publicznego. Ufność w profesjonalizm bankowców i skuteczne mechanizmy kontrolne samych banków była tak wielka, że w niektórych krajach, w tym także w Polsce, ich wewnętrzna dokumentacja miała przed sądem status równy dokumentom urzędowym (np. dopiero 7 lat po upadku Lehmana rodzime sądy przestały z automatu nadawać klauzule wykonalności bankowym tytułom egzekucyjnym). 

Kryzys finansowy z przytupem zakończył więc nie tylko pierwszą dekadę XXI wieku. Milionom ludzi na całym świecie uświadomił też, że powiedzenie „pewne jak w banku”, obecne również w językach angielskim, niemieckim czy szwedzkim, było w istocie makabrycznym żartem.

Max Keiser, ekscentryczny amerykański inwestor, który po kryzysie finansowym stał się jednym z najzagorzalszych orędowników bitcoina, tak argumentował w 2011 r. sens istnienia równoległego, alternatywnego pieniądza obok walut narodowych. „Wall Street to oszuści. Banki centralne to oszuści. (…) Żyjemy w erze finansowych terrorystów, dżihadystów bankowości, którzy są tu po to, żeby was zabić i samemu zginąć. Są trenowani przez takie medresy jak Princeton, Harvard czy Yale. Zamiast w Koran, wierzą w Adama Smitha, którego błędnie odczytali i którym próbują uzasadnić swoje samounicestwienie”. 

Keiser bezpośrednio pił do szokujących ustaleń dziennikarzy i analityków, którzy z rosnącym zdumieniem odkrywali, że najważniejsze persony amerykańskiej bankowości miały w poważaniu stabilność sektora finansowego; interesowała ich jedynie wysokość rocznych premii. Na Wall Street nikt po prostu nie wierzył, że za ordynarne spekulacje ktoś poniesie odpowiedzialność – i co gorsza, nie było to przekonanie pozbawione podstaw.

Uratowane za pieniądze podatników banki i towarzystwa ubezpieczeniowe, umoczone w toksyczne amerykańskie aktywa hipoteczne, zaraz po ugaszeniu największego pożaru przyznały swoim szefom wielomilionowe premie i wróciły do zasady business as usual. Aby rozkręcić narodowe gospodarki, większość państw przystąpiła do „drukowania pieniędzy” na niespotykaną dotąd skalę, czyli obniżyła stopy procentowe. Koszty tej resuscytacji spadły w głównej mierze na drobnych ciułaczy, którym odsetki od lokat bankowych nie pokrywały czasem nawet inflacji. 

Keisera  – który zgromadził kryptoaktywa wyceniane jeszcze kilka miesięcy temu na ponad 300 mln dolarów – trudno więc posądzać o analityczny dystans do tej tematyki. Bez wątpienia trafnie odczytywał jednak emocje i motywacje towarzyszące sporej grupie inwestorów kupujących kryptowaluty. I im, i jemu marzył się świat, w którym prawo do emisji waluty nie będzie już wyłącznym przywilejem państw i w którym banki centralne nie będą mogły „psuć” pieniądza, bawiąc się stopami procentowymi.

Dlaczego banki centralne boją się kryptowalut

Nawet kryptoinwestorzy pragną jednak odrobiny bezpieczeństwa i przewidywalności. W odpowiedzi na takie zapotrzebowanie powstają stablecoiny, kryptowaluty o kursie sztywno powiązanym najczęściej z kursem dolara amerykańskiego lub euro, rzadziej z rynkową wartością określonego koszyka papierów wartościowych lub z kursem wybranych surowców. 

W tej grze chodzi głównie o to, by zjeść ciasto i je zachować: połączyć przewidywalność i bezpieczeństwo typowe dla klasycznego pieniądza z zaletami jego kryptoalternatywy, za którą nie stoi, a zatem też nie kontroluje jej żadne państwo. W odróżnieniu od klasycznej kryptowaluty, „emitowanej” w łańcuchu technologii blockchain, stablecoiny mają zwykle określonego emitenta, najczęściej prywatnego, który zazwyczaj musi też stworzyć dla nich rezerwy w postaci zapasu prawdziwej gotówki. 

Stablecoin staje się wówczas w zasadzie wirtualną wariacją klasycznej waluty, będącej dla niego punktem kursowego odniesienia, łączącą największe atuty obu środków płatniczych. W krajach dotkniętych hiperinflacją, jak Wenezuela czy Zimbabwe, gdzie lokalnej walucie nie ufa w zasadzie już nikt, powiązane z dolarem stablecoiny przejęły sporą część obiegu pieniężnego.

Nic więc dziwnego, że z rosnącym zaniepokojeniem zerkają w tę stronę także państwa. Rachuba jest prosta: każdy dolar, euro czy juan, który zostaje zamieniony w bitcoina czy inną kryptowalutę, trafia w ten sposób poza sferę oddziaływania banku centralnego. Dopóki kryptowaluty odpowiadają za niewielki wycinek obiegu finansowego danego kraju, dopóty nie stanowi to wielkiego problemu. 

W zależności od potrzeb bank centralny może oddziaływać na rodzimą gospodarkę, stymulując popyt poprzez obniżkę stóp procentowych (tanieją wtedy kredyty i maleje opłacalność przetrzymywania pieniędzy na lokatach), lub studząc gospodarkę przez podwyżki stóp. 

Szybko rosnące zainteresowanie kryptowalutami sprawia jednak, że szefowie banków centralnych coraz częściej muszą zadawać sobie pytanie, kiedy w poletku, które dotychczas mieli na wyłączność, pojawi się dostatecznie dużo kryptowalut, by sama ich obecność w obiegu pozbawiła ich poczucia sprawczości. Bo gdyby tempo, w jakim globalny rynek kryptowalutowy rósł w minionej pięciolatce, utrzymało się do połowy stulecia, to w latach 60. XXI w. banki centralne miałyby pod kontrolą mniej niż połowę globalnego obiegu pieniężnego! 

Podwyżki lub obniżki stóp mogłyby w tej sytuacji stać się pustym gestem. Tańszy kredyt lub korzystniejszą lokatę dałoby się znaleźć po drugiej stronie regulacyjnego lustra.

Polska kryptowaluta narodowa?

Narodowy Bank Polski do świata kryptowalut podchodzi na razie z ortodoksyjną nieufnością. W publikacjach dla klientów podkreśla ich spekulacyjny charakter, ostrzega przed brakiem gwarancji dla kryptoaktywów oraz iluzoryczną w gruncie rzeczy kontrolę państwa polskiego nad systemem rozproszonym zgodnie z logiką blockchain. Na pojawiające się regularnie sugestie, by część polskich rezerw złota zamienić w bitcoina, NPB również odpowiada konsekwentnie – nie.

W niezbyt odległej przyszłości możemy jednak być świadkami emisji własnej e-waluty przez polski bank centralny. Tzw. CBDC (ang. Central Bank Digital Currency) z roku na rok zyskują coraz liczniejszą rzeszę zwolenników jako bezpieczny, w pełni kontrolowany przez państwo ekwiwalent bitcoina czy któregoś ze stablecoinów.

Nasz hipotetyczny e-złoty byłby zapewne tym samym, czym są jego krewniacy z Chin (e-juan), Nigerii (e-naira) oraz Bahamów (Sand Dollar), czyli oficjalną cyfrową walutą Polski, akceptowaną z urzędu na terenie całego kraju i na sztywno związaną – jeden do jednego – z kursem zwykłego złotego. Takie e-depozyty byłyby gwarantowane przez państwo na podobnych warunkach jak zwykłe, zaś NBP zarządzałby podażą e-złotego tak samo jak tradycyjną walutą.

E-złoty mógłby się bardzo przydać w skutecznej polityce socjalnej czy kulturalnej. Wypłacane w nim zasiłki np. na dzieci mogłyby mieć zaszyte ograniczenia, które pozwalałyby wydać udostępnione środki jedynie na wskazane potrzeby. W tym celu polska klasa polityczna musi jednak wcześniej wyjść poza schemat, w którym o kryptowalutach rozmawia się głównie w kontekście skrajnych zagrożeń.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Złoty po drugiej stronie lustra