Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Niedziela na Głównej

Niedziela na Głównej

02.03.2018
Czyta się kilka minut
Skutkiem ustawy ograniczającej handel wielkopowierzchniowy może być ożywienie miast. Do tej pory galerie były ich przekleństwem. Zasysały życie do swoich czeluści, wyludniały miejską przestrzeń.
Jedna z łódzkich galerii informuje klientów o handlowych niedzielach w marcu / Fot. Piotr Kamionka / Reporter / East News
Jedna z łódzkich galerii informuje klientów o handlowych niedzielach w marcu. Fot. Piotr Kamionka / Reporter / East News
D

Dla wielu ulga, dla innych jednak zawód. 11 marca zapominalskich klientów galerii handlowych czeka zawód – zamknięte drzwi. Będzie prawdopodobnie jeszcze za zimno, żeby gremialnie udali się na imprezę na świeżym powietrzu. Tydzień później sytuacja się powtórzy. W kwietniu zakaz będzie obowiązywał w trzy kolejne niedziele. A to może być już całkiem przyjemna wiosna. Co zrobić z czasem spędzanym do tej pory na zakupach?


Czytaj także:

Błażej Strzelczyk: Ostatnia niedziela >>>


To jest pytanie, na które już powinni znać odpowiedź prezydenci i burmistrzowie od Warszawy po Głogów i Bartoszyce. Bo wolne od hipermarketów niedziele to szansa na to, żeby zachęcić ludzi do spędzania czasu na mieście.

– W dobie kurczących się podwórek i zastawionych autami chodników dla wielu mieszkańców polskich miast centra handlowe rzeczywiście są niestety coraz częściej jedyną dostępną i w miarę atrakcyjną przestrzenią publiczną – mówi Marta Żakowska, redaktorka naczelna „Magazynu Miasta”.

– Jest to więc dobra okazja do ponownej debaty publicznej poświęconej naszym politykom architektonicznym i roli życia społecznego oraz infrastruktury rekreacji w miejskich przestrzeniach. Bo jak nie niedzielne centrum handlowe, to co, jeżeli brakuje parku, podwórka, boiska, jak np. na części warszawskiej Białołęki? – pyta retorycznie.

Ale właściwie po co – zapyta ktoś. Po co władze miast miałyby inwestować pieniądze w organizowanie imprez w przestrzeni miejskiej? Dlaczego ludzie na ulicach i w parkach mieliby być dla miasta jakąkolwiek wartością?

Naturalni właściciele

Jan Gehl, duński urbanista, prowadzi od lat 70. badania w miastach na całym świecie. Jak sam wielokrotnie podkreślał, kluczowy wpływ na ich wyniki miał fakt, że robił je razem z żoną Ingrid Mundt, z wykształcenia psychologiem. I to połączenie myślenia o mieście z myśleniem o człowieku zaowocowało wydaną po raz pierwszy w 1971 r. fundamentalną dla współczesnej urbanistyki książką „Życie pomiędzy budynkami”. Jednym z ważniejszych odkryć Gehla i Mundt było to, że ludzie chętniej przebywają w miejscach, w których mogą obserwować innych ludzi.


Czytaj także: Piotr Kozanecki: Ślepe ulice


W porządku, ale przecież miasto nie jest od tego, żeby zapewniać swoim mieszkańcom przyjemność w postaci obserwowania innych. To prawda, jednak w obecności ludzi na ulicy nie chodzi tylko o przyjemność. A o co? Opisała to jeszcze przed Gehlem w „Śmierci i życiu wielkich miast Ameryki” Jane Jacobs. Ulica powinna według niej mieć wyraźne rozgraniczenie na przestrzeń publiczną i prywatną, musi być obserwowana przez jej „naturalnych właścicieli” i powinna mieć szeroki i cały czas użytkowany chodnik. Taka ulica jest jednocześnie żywa i bezpieczna. Stała obserwacja ulicy ma działanie prewencyjne. Podobnie jak ciągła obecność na niej ludzi. A to można osiągnąć tylko poprzez mieszanie na tej ulicy różnorakich funkcji.

Zdrowa ulica powinna „żyć” od wczesnych godzin porannych do późnych godzin nocnych, bo tylko wtedy nie będzie istniało niebezpieczeństwo, że wkradnie się na nią pustka, a razem z pustką – przestępczość. Na idealnej ulicy są wcześnie otwierane sklepy, dzieci bawią się na szerokich chodnikach, później otwierane są punkty usługowe i drobny przemysł, po południu działają wciąż kawiarnie, instytucje kulturalne, przyjeżdżają dostawcy z towarami na następny dzień. Jest życie gospodarcze i życie towarzyskie.

Bezpieczeństwo i wielofunkcyjność to najważniejsze pojęcia dla idealnej ulicy. A bezpiecznie jest wtedy, kiedy są ludzie. Ludzie są wtedy, kiedy mają powód, by być. Widok ludzi przyciąga innych ludzi. Wszystkie procesy się zazębiają, ułomność jednego z nich nieuchronnie prowadzi do degradacji całości.

Nie mamy zbyt wielu ulic funkcjonujących w ten sposób. A jedną z wielu przyczyn jest koncentracja handlu w dużych sklepach. Galerie handlowe działają trochę jak odkurzacze – wysysają życie ze swojej okolicy. Jeśli są położone na przedmieściach, to ten proces jest dla miasta niegroźny. Ale w Polsce galerie zostały wpuszczone do ścisłych centrów.

Degradująca się przestrzeń może stać się niebezpieczna. Jest też nieekonomiczna, bo zamiast przerabiać istniejące już budynki na współczesne potrzeby, budujemy kolejne obiekty od zera, jeszcze bardziej rozlewając zabudowę. Rozlewanie zabudowy generuje kolejne koszty, chociażby transportowe i ekologiczne. Ileż potencjalnie wspaniałych miejsc na mieszkania, biura, handel i usługi marnuje się w śródmieściu Łodzi, bo zostało ono całkowicie zaniedbane.

Identyfikacja z miastem

Miasta powinny więc zaprosić do swoich przestrzeni jak najwięcej mieszkańców, bo przynosi to realne korzyści.

Oprócz tych wymiernych, można też uzyskać korzyści symboliczne. Nie da się ich zmierzyć, ani łatwo wtłoczyć w tabelkę w Excelu. Ale warto zwrócić uwagę na to, że przebywanie w galerii handlowej dla mało kogo będzie powodem do chwalenia się przed znajomymi albo wrzucenia selfie na Facebooka. Co innego wizyta w przyjaznej architektonicznie scenerii tętniącej życiem ulicy albo wypełnionego sportowymi aktywnościami parku. I nie chodzi tu o to, że wizyta w galerii handlowej miałaby być powodem do wstydu, ale bardziej o to, że nikt nie będzie traktował jej jako elementu budowania własnego wizerunku i tożsamości. A przebywanie w przestrzeni miejskiej jak najbardziej może taki element stanowić. Z galerią mogą nas wiązać zakupy i wygoda ich robienia. Z miastem możemy się identyfikować.

Aby proces identyfikacji z miastem zachodził jak najczęściej, musi być przez to miasto wspomagany. Nie tylko budową coraz lepszej twardej infrastruktury, inwestowaniem w estetykę ulic, meble miejskie, dobrą komunikację. Ale także bardziej miękkimi zachętami dla mieszkańców (to ważne, nie dla turystów, dla nich miasta powinny mieć inną ofertę i strategię). Czy nasze miasta szykują się na wykorzystanie szansy?

Spośród przepytanych przeze mnie kilkunastu przedstawicieli różnych ośrodków gotowość na przyjęcie wyzwania wykazały już Łódź, Bydgoszcz oraz Gdańsk.


Czytaj także: Beata Chomątowska: Do kogo należą nasze miasta


– Jesteśmy świadomi tego, że część klientów dużych galerii handlowych nie zmieni swoich preferencji i dalej będzie poszukiwać miejsc z ofertą handlową. To otwiera ogromną szansę dla przedsiębiorców z ulicy Piotrkowskiej i osiedli – tłumaczy mi Marcin Masłowski, rzecznik prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej. – Druga grupa osób, która preferowała niedzielny pobyt w galeriach handlowych, spróbuje znaleźć alternatywny sposób spędzenia czasu wolnego i tutaj miasto wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Przedstawimy łodzianom pełną ofertę kulturalną, sportową, usługową i rozrywkową, bo rzeczywiście pierwsza niedziela bez handlu może być złamaniem przyzwyczajeń łodzian, którzy będą chcieli zagospodarować swój wolny czas inaczej. To idealny dzień na odwiedziny zoo, dopiero co otwartego Centrum Nauki i Techniki EC1, nowoczesnego planetarium, rozbudowywanego aquaparku.

Magdalena Kaczmarek, rzeczniczka prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, przyznaje, że nowe przepisy to szansa na to, żeby mieszkańcy lepiej poznali swoje miasto: – W grudniu uruchomiliśmy kartę mieszkańca, która umożliwia darmowe wejście do dziesięciu atrakcji Gdańska w ciągu roku, mamy już ponad 50 tysięcy wniosków.

– Niedziele wolne od handlu są dla nas dużą szansą – zapewnia Marta Stachowiak, rzecznik prasowy Urzędu Miasta Bydgoszczy. – Liczymy, że bydgoszczanie chętniej i liczniej będą korzystać z programu imprez realizowanego w mieście. Już od kilku lat, gdy tylko pogoda sprzyja, Wyspa Młyńska tętni życiem. Drugim miejscem pełnym imprezowej energii jest Myślęcinek. Wiele atrakcji znajdą tam dla siebie miłośnicy wypoczynku na świeżym powietrzu. Miejską ofertę uzupełnia program działań Miejskiego Centrum Kultury, które co roku dba o to, by kultywować dokonania lokalnych bydgoskich twórców.

Pozostali na razie kurtuazyjnie zapewniają, że kalendarz imprez mają na tyle bogaty, że specjalnej oferty dla klientów galerii nie przewidują. Ale też trzeba przyznać, że w wielu miastach zaczęło się w ostatnich latach dziać coraz więcej ciekawych rzeczy. Prawie każde miasto ma swoją imprezę biegową, powstają strefy wypoczynkowo-rekreacyjne (bulwary nad Wisłą w Warszawie, leżaki nad Rawą w Katowicach), organizowane są festyny (głównie kulinarne) i koncerty. Ale na pewno można w tym temacie zdziałać więcej.

Nie tylko festiwale

– Świat aż kipi inspirującymi przykładami w tym zakresie. W ponad stu miastach na świecie właśnie w niedzielę od wielu lat organizowane są np. tzw. Ciclovie, czyli święta przestrzeni publicznych pełnych życia społecznego, w ramach których główne arterie i drogi w mieście zamykane są na ruch samochodowy. Na ulicach otwartych dla pieszych pojawiają się tysiące mieszkańców uprawiających jogging, jeżdżących na rowerach, rolkach i hulajnogach, trenujących jogę, tańczących, oglądających spektakle i spacerujących. Wydarzenia na jezdniach organizowane są przez koalicje poszczególnych ulic składające się z mieszczących się na nich NGO-sów, instytucji i firm. Od kilku lat namawiam do tego kroku warszawski urząd, ale może to właśnie nowe niedzielne prawo ostatecznie zainspiruje stolicę i inne polskie miasta – zastanawia się Żakowska.

Ale nie samym sportem miasta stoją.

– Wolne niedziele to też dobra okazja do organizacji i promocji różnych innych kulturalnych eventów w przestrzeniach publicznych. Ulicznych festiwali teatralnych, takich jak darmowy Edinburgh Festival Fringe, czy polskiej wersji wielkich świąt wymiany rzeczy niepotrzebnych już mieszkańcom (czasem też za grosze), takich jak amsterdamskie obchody urodzin królowej przybierające formę ulicznego święta organizowanego przez mieszkańców – wylicza Żakowska. Muzyka, taniec, kulinaria, kultura, dzieci, seniorzy, wzajemna pomoc i poznawanie sąsiadów, wypoczynek, spacery edukacyjno-turystyczne, czasowe zamykanie ulic do przeprowadzenia jednorazowych, parogodzinnych eventów – to wszystko są preteksty i elementy do wyciągnięcia ludzi z domów. Nie mogą to być tylko organizowane raz w roku duże koncerty lub festiwale. Trzeba testować wydarzenia dzielnicowe, stosować skalę średnią i skalę mikro.

Państwo dokonało stanowczego i radykalnego cięcia – wprowadziło zakaz handlu w sklepach wielkopowierzchniowych w niedziele. Teraz, w myśl ekonomicznego noblisty z zeszłego roku, Richarda Thalera, to właśnie do miast należy „lekkie szturchnięcie” obywateli, czyli takie zaprojektowanie im ram wyboru spędzenia wolnego czasu, żeby odbywało się ono z korzyścią dla nas wszystkich. Thaler zajmował się ekonomią behawioralną, badał zachowania konsumentów i zauważył, że ludzie bardzo często w swoich wyborach kierują się tzw. opcją domyślną, czyli wybierają niekoniecznie to, co jest dla nich najbardziej racjonalne i najlepsze, ale to, co w danym momencie jest najbardziej dostępne. Wszystko w rękach samorządów – niech domyślnymi staną się ulice, parki, place i bulwary.

Autor jest dziennikarzem Onet.pl

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1983 r. Dziennikarz Onetu od 2007 roku. Od 2013 roku pracuje jako wydawca strony głównej portalu. Oprócz tego regularnie opisuje polską architekturę i przestrzeń publiczną – na...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dobra zmiana.

Cieszyniacy od dawna już nic sobie nie robią z zakazu handlu w święta, w niedziele będzie tak samo. Spacerek przez most na Olzie i jesteśmy w Czeskim Cieszynie na ulicy Hlavni. A Czesi swój rozum mają i tam durnowate zakazy o jegoeminencyjnej proweniencji nie obowiązują. Tesco, Billa, Kaufland i co tylko chcesz, a pół godziny drogi stąd Ostrawa z IKEĄ [ znacznie bliżej niż do Katowic czy Krakowa], słynną rozrywkową ulicą Stodolni itepe. +++ p.s. Teraz kiedy to piszę zastanawiam się, czy polskim oszołomom nie przyjdzie do głowy pomysł zamykania granic w niedziele i święta? Po tej ekipie wszystkiego najgorszego można się spodziewać, zdążyliśmy się już boleśnie o tym przekonać.

Moja wyobraźnia podsuwa mi: otrzymanie nakazu pisemnego do wizyty w kościele w niedziele. Nie na darmo służby w osobach kolesi: K. i W. biorą się za bezpośredni dostęp do archiwów USC. No i oczywiście nagany dla par bez udziału wielebnego. Najpierw pisemne upomnienia, następnie walenie do drzwi o 6.00 i siłowe doprowadzenia przed ołtarz. Jednym słowem cieszyniacy, wżywać póki można. Może nawet piwa w niedzielę się napijcie. Dopóki możecie, powiadam.

i dlatego wydaje mi sie ze wyciągnięcie ludzi z galerii handlowych i przemieszczenie ich na ulice miast i miasteczek byłoby super. Tylko ze nie niekoniecznie drogą prawną, zakazem handlu.. ale niech będzie co ma być. Tylko że nasze władze niekoniecznie tego chcą. Przykładów mogłabym mnożyć - ostatni konkurs na renowacje elewacji na Pasażu Wiecha - tę przestrzeń trzeba ożywić, nadać jej ludzkiego charakteru. Wprowadzić przyjazną dla oka kolorystykę i KLIMAT. Wybrana praca przeczy tym wszystkim zasadom - ponownie wielkie przeszklone, drogie lokale dla banków i innych instytucji o grubym portfelu. No i takie socjologiczne zimno. Inny przykład to projekt ratusza w niedużym mieście w łódzkim - zmiana układu komunikacyjnego zaowocowałaby możliwością tworzenia dużych, przyjaznych mieszkańcom imprez. Tymczasem ratusz jest odcięty od świata i ulic handlowych nieprzyjaznymi ulicami. Tyle razy proponowałam rozwiązania zgodne z zasadą woonerf - nie trafia do władz, do inwestorów. Inna sprawa, że może, całkiem słusznie zresztą, nie wierzą w nas polaków - i tak nie podporządkujemy sie zasadzie współistnienia ruchu samochodowego, pieszych, bawiących sie 'na ulicy" dzieci itd Dobry artykuł, marze o takim świecie, gdzie ludziom będzie się chciało wyjść z domu i isc na ulicę, tak po prostu. Tak jak mi sie chce pojechać np na Saską Kępę gdy jest jej święto i zamykają Francuską.

Mieszkam w dość atrakcyjnym i zagospodarowanym turystyczne regionie, co roku jesteśmy rozjeżdżani przez letników. Sam też preferuję aktywność niedzielną nie związaną z handlem. Myślę, że ludzi podzielić trzeba, na tych co mają pieniądze i tę całą resztę. Ci pierwsi skorzystają z oferty bazy rekreacyjnej i jeszcze bardziej wydłuża nam korki, pozostali będą kisnąć w mieście przed telewizorem głownie. Wielu znajdzie sobie dodatkową pracę zarobkową. Jestem stałym bywalcem Gdańska, tutaj pracuję i mieszkałem przez 20 lat. Wiele się zmieniło od tamtych czasów, ale jedno jest stałe, do korzystania z miejskich atrakcji też potrzeba pieniędzy. Inna sprawa jest też taka, że ile razy można łazić po Długiej, fortach, czy innych atrakcjach. Dla kogoś kto tu mieszka, to są zwyczajne rzeczy, nic w tym ciekawego. Do niedawna gdzie się tylko dało, istniały dzikie zakątki, boiska place zabaw, dzieciaki hasały przed blokami, dziś całą tę przestrzeń wypełniły parkujące samochody. Nigdzie nie rozłożysz kocyka, nie rozpalisz małego ogniska, nie wypuścisz luzem psa. Jesteś skazany na kiepską miejską atrakcję, jakiś festyn z dmuchanym zamkiem i kiełbaskami z grilla, piwem po piątaka, a jak koncerty to najlepiej te patriotyczne i z wysokiego C. Nie pozwolisz dzieciakom pobiegać luzem, nie pozwolisz na kreatywność w zabawie znalezionym patykiem. Wsadzisz go do ogrodzonej klatki zabaw ze sztampowymi huśtawkami i drabinkami … . Inną alternatywą są dla młodych komputery, konsole, bo rzeczywistość z powieści „Chłopcy z Placu Broni” już się nie wróci. Otwarte supermarkety oferowały nam robienie najpotrzebniejszych zakupów na cały tydzień, żadna to rozrywka, ale teraz mamy chodzić po atrakcjach miejskich i wydawać na bzdety? Kto ma na to kasę ten dawno to robi, ale nawet ten co ją ma, calutki tydzień haruje i normalnych zakupów też specjalnie kiedy zrobić nie ma. Ja wiem, ludziska głupie są i nie mają pojęcia co dla nich dobre, trzeba im wszystko pod nos podstawić, a jak kapryszą to ustawą przymusić, a później zdziwienie, że się naród rozmnażać nie chce. Możemy się zainspirować oczywiście innymi, organizować parady gejów. Piwne festiwale, obrzucanie się pomidorami. U nas to jednak nie wypali, może procesje, pielgrzymki, parady wojskowe, czy inscenizacje wyklętych, to i owszem. Na więcej nas niestety nie stać za przeproszeniem. Proszę popatrzeć jakim zainteresowaniem cieszą się te mocno kulturalne imprezy, może gdyby rozdawali za darmo piwsko. Państwo dokonało radykalnego ciecia, co obiecali to zrobili, naród tego chciał demokratycznie. Państwo nie jest od tego by nas zabawiać, ono jest by skubać nas podatkami - halo tu ziemia.

Pamietam moja pierwsza podróż na Zachód do Włoch. To, co było dla mnie szokiem, to właśnie opisane w artykule ulice, które zyja od rana do nocy. Pamietam, ze ok. godz. 20-ej kupiłam sobie we Florencji buty. W jednym sklepie nie było dla mnie numeru, wystarczył jeden telefon do drugiego sklepu tej samej firmy i już odpowiednia para się znalazła! Tak się robi interesy i tak się sprawia, ze ludzie sa zadowoleni. Nie patrzy się, czy to noc, czy niedziela. Ale kiedy się samemu decyduje, co dla ludzi ma być dobre, laduje się z reka w naczyniu nocnym!

... abyś dzień święty święcił ! Aż przykro , że w tym katolickim tygodniku trzeba przypominać Czytelnikom Dekalog.

że państwo poczuło się w obowiązku przypomnieć o tym w szczególny sposób wszystkim obywatelom. Nawet ateistom :)

p.s. Ja dla przykładu lubię dzień święty święcić ciężką, uczciwą pracą i zakupami. Z frekwencji w galeriach handlowych w niedziele wynika, że wielu spośród 99,999% polskich obywateli - katolików myśli podobnie. Aż przykro, że czytelnik katolickiego tygodnika uważa, że ludzi należy zmuszać do przestrzegania przykazań. Towarzysz na pewno ochrzczony?...

Drogi Panie, w XXI wieku katolik, w dodatku umiejący czytac i posługiwać się komputerem, powinien wiedzieć, co to jest "świecenie świetego dnia". Bynajmniej nie jest to powstrzymywanie się od jedzenia, picia, jazdy metrem, pójścia do kina i do muzeum etc. A żeby ktoś mógł się zaopatrzyć w potrzebne mu artykuły, pójść do restauracji i do kina oraz przejechać się srodkami komunikacji miejskiej, pracować musi ktoś. Jasne?

główną rolę gra tu mentalność: my wiemy najlepiej co jest dla was dobre. I to zarówno u tych arcywyświęconych jak i u rządzących. Chociaż u tych drugich gra jeszcze rolę wazelina w odpowiednie miejsca aplikowana. Dla doraźnych korzyści.

Jakie to inspirujące , na moście w Cieszynie spotkają się dwie nacje, kapuściane głąby z hipermarketów i religijne półgłówki z nakazu i obowiązku

... świętować dzień wolny ! Zobacz słowotwórstwo wyrazu "niedziela".

hipokryzja i zakłamanie rządzących Polską uszami już im wychodzi ✚ jeszcze niedawno apelowali i zaganiali lekarzy do pracy na okrągło, piątek świątek i choćby i po 100 godzin w tygodniu - dziś obłudnie pochylają się nad prawem ekspedientek do wypoczynku ✚ [a może to i dobrze, suweren już dociąga sznurówki]

Tak, ważny temat ktoś tu rzucił - "również dla ateistów". To jest chyba nasz problem, nasz-katolików, że chcemy wszystkich pod jedną miarkę.. Wczoraj byłam na mszy u dominikanów na Służewie, ponieważ głosi tam aktualnie rekolekcje "słynny" ks. Skrzypczak. Słyszałam o nim od kilku już lat i mimo że do "jego" kościoła mam z 800m to jakoś nie mogę tam, albo na niego trafić. Więc wylądowałam u dominikanów. Nie czuje się kompetentną aby oceniać, ale swoich kilka refleksji rzucę. Mówi dobrze bo wciąga i słuchacz się nie rozprasza. Przypomina mi x. Pawlukiewicza nieco. Tylko to co mówi....uff. "chrystianofobia", "zdejmowanie krzyży z sal urzędów, szkół", "zamykanie kościołów i przerabianie ich na galerie, domy, albo -co gorsza- na meczety" Wszystko w tej beznadziejnej Unii. A ja się pytam - co my wierni, co księża robią z Kościołem (celowe użycie dużej litery)? Co robią aby zachęcić? molestują? (wiem to tylko promil.. nie uogólniam) Co z tymi dla których krzyż nic nie znaczy? Co z muzułmanami, którzy są naszymi braćmi w wierze i WIERZĄ W TEGO SAMEGO BOGA? Podobnie jak żydzi.. Znów oceniamy, znów narzucamy.. A Franciszek "skrytykował część członków Kościoła, sugerując, że lepiej być ateistą niż jednym z "wielu" katolików, którzy prowadzą obłudne, podwójne życie." Nie, nie na takie rekolekcje chcę chodzić.. Nie na takie, które uczą mnie nienawiści i braku tolerancji. Dwie bliskie mi kobiety po 80ce - jedna lata do kościoła 3x w tygodniu, druga bywa w nim jedynie na pogrzebach i ślubach. Którą wole? No tę drugą...jest szczera, tolerancyjna i kocha ludzi. A ja kim będę? Biegam do kościoła, najchętniej byłabym w nim codziennie. Ale nie chcę aby kościół narzucał wszystkim mój punkt widzenia. Chcę niedzielę świecić - to święcę, bez nakazów i zakazów. Uważam ze aborcja jest złem - to i jej nie dokonałam. Uważam że w piątek się nie powinno jeść mięsa - to go nie jem. Nie narzucam nikomu swoich poglądów. Chcę być szanowana i tolerowana - to szanuję innych. A krzyże i religia w szkole to był początek końca naszego polskiego kościoła. I, jeśli dla części ludzi, niedziela jest tylko kolejnym dniem tygodnia, to nich tak będzie, a nasze państwo niech zacznie być wreszcie świeckie, a religia niech pozostanie sprawą prywatną..prawie intymną.

Chcesz mieć otarty sklep w niedziele- sam stań za ladą ,i usiądz na kasie a nie zmuszaj innych do prac niekoniecznych...Tak "mówi" ustawa o tzw. zakazie handlu w niedzielę. Niedziela dla Rodziny !

nikt nikogo do niczego nie zmusza; jeśli ktoś idzie do pracy w sklepie który jest (był) otwarty w niedzielę-to znaczy ze liczy sie z pracą w ten dzień. Zapewniam cie, że są sklepiki zamknięte w każdą niedziele , od zawsze, nie od d....j zmiany. Ale może ja nie powinnam się wypowiadać, skoro praktycznie nie chodze do sklepów w niedziele..choć niedzielnych obiadków w ikei co jakies pół roku będzie mi brakowało.I w Galerii Mokotów....

No tak genialne ! Jak Ktoś idzie do pracy w sklepie, który był otwarty w niedzielę to znaczy, że liczy się z pracą w ten dzień... Jeszcze można dodać , że jak Ktoś nie chce pracować w niedziele w handlu to niech zmieni sobie pracę...Czytelnicy katolickiego "TP" zawsze znajda dobrą radę ! Co tam zdanie hierarchów Kościoła na ten temat ... My wiemy najlepiej !

i jeśli z niego zdjąć maskę obłudy i hipokryzji - nic nie zostaje sensownego, proszę Pana, NIC. Handel dewocjonaliami obnaża sromotę tej biskupiej retoryki ✚ W niedzielę niekonieczne jest oglądanie tv, wyjazdy za miasto, obiady w restauracjach, wyjście do kina czy teatru itepe - żadna z tych rzeczy nie jest konieczna, ba nawet chodzenie do kościoła nie jest - a każda z tych zastępczych za zakupy aktywności 'zmusza' kogoś do pracy - dla Pańskiego widzimisię, nieprawdaż? ✚ [a już najbardziej skrzywdzony ten ksiądz, co zamiast z dziećmi niedzielę spędzać, do pracy musi, i to bez dyskusji, związków zawodowych czy L4]

Ilość lamentacji nad zakazem handlu na tym forum uświadamia mi że my faktycznie mamy problem jak alkoholicy którym się mówi że za dużo piją. To na prawdę straszne jak bardzo chcemy obejść ten zakaz i jak wiele argumentów mamy żeby jednak obronić prawo do szwendania się po sklepach w każdej wolnej chwili. Bardzo jednak dziękuję wszystkim za te komentarze bo pozwoliły mi zrozumieć że ja sama muszę się skupić nad wypracowaniem nowych zwyczajów ciekawego spędzania czasu - najlepiej aktywnie i bezkosztowo - zanim zmarnuję życie na wyszukiwanie kolejnych promocji.

Szanownej Pani uświadamiam, że otwarte w niedziele sklepy to także możliwość kupienia chleba gdy go braknie, mleka, masła itede. Pani ma problem ze soba - prosze bardzo, niech pracuje nad nim - ale po co ten sam defekt wmawiać innym, po co ich karać za własne kłopoty?

Możliwość kupienia chleba, masła, mleka w niedzielę ma Pan zagwarantowaną - czynne są wszystkie pomniejsze sklepiki, których właściciele podejmują suwerenną decyzję co do sposobu spędzania niedzieli. Obrońcom niedzielnego handlu - żonglującym argumentem o konieczności zaspokojenia podstawowych potrzeb - chodzi raczej o możliwość nieskrępowanego szwendania się po hipermarkecie czy to spożywczym czy to budowlanym - bo takie prawo nawykli sobie uzurpować, nie patrząc na koszty po stronie pracowników tych świątyń. Szanownemu Panu wspomnę że warto własną inteligencję wykorzystywać lepiej aniżeli do usprawiedliwiania własnego lenistwa.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]