Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Do kogo należą nasze miasta

Do kogo należą nasze miasta

22.01.2018
Czyta się kilka minut
O przestrzeni teoretycznie wspólnej nadal myślimy w kategoriach siły i pieniądza. Nie zmienią tego żadne „budżety partycypacyjne”.
Plac Grzybowski w Warszawie, widok z wieżowca Cosmopolitan w 2012 r. W lewym dolnym rogu – nieistniejący już dziś Teatr Żydowski. / FOT. ADAM STĘPIEŃ / AGENCJA GAZETA
Plac Grzybowski w Warszawie, widok z wieżowca Cosmopolitan w 2012 r. W lewym dolnym rogu – nieistniejący już dziś Teatr Żydowski. / FOT. ADAM STĘPIEŃ / AGENCJA GAZETA
N

Najprościej byłoby napisać, że miasto należy do tych, którzy w nim żyją – o często rozbieżnych potrzebach i interesach. Mieszkając w jednej strukturze o jasnych granicach w przestrzeni, powinni mieć wpływ na jej kształt – bezpośrednio, w nieformalny sposób lub poprzez reprezentantów wskazanych w wyborach. Miejskie instytucje, wyposażone w narzędzia do zarządzania tym skomplikowanym tworem, dbają wówczas o utrzymanie go we względnej równowadze: dostosowują się do oczekiwań użytkowników, by każdy czuł się w nim dobrze, a zarazem nie zdominował pozostałych.

To tylko teoria. W praktyce polskimi miastami rządzą kulawe prawo i pieniądz.

Jako towar

Zacznijmy od pieniądza, choć w polskim przypadku oba czynniki są ściśle ze sobą powiązane. Publicyści w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych od dłuższego już czasu zwracają uwagę, że w tamtejszych miastach dochodzi...

17946

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Sednem sprawy i korzeniem tego pięknego krzewu, który opisała tak sugestywnie pani Chomątowska jest wg mnie to, że my Polacy mamy stosunkowo małe /w porównaniu z Europą zachodnią/ doświadczenie w życiu w miastach. Setki lat jedynym miastem w sensie zachodnioeuropejskim Polski był Gdańsk, luźno wszakże tylko z Polską związany. Nasze "miasta" były większymi wioskami pańszczyźnianymi, dlatego śpiewamy "... i wszystkie wioski z miastami", a bp Krasicki mógł napisać: "W mieście, którego nazwiska nie powiem, / Nic to albowiem do rzeczy nie przyda;/W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem, ... W mieście - gród, ziemstwo trzymało albowiem / Stare zamczysko, pustoty ohyda - / Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,/ Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki". Z tego powodu po dziś dzień nie wiemy za bardzo, co to miasto, do czego służy i jak się z nim obchodzić. /Niektóre paradoksy tego naszego nieobycia z miastem opisał Marcin Czerwiński w "Życiu po miejsku" i innych pracach. Różnie to było w różnych dzielnicach dawnej Polski, ale powojenne migracje znacznie upodobniły je do siebie, na korzyść nieobycia z miastem. Stąd i tryumf prywaty, prawa silniejszego, pieniądza i interesu prywatnego. (CZasem odnosi się wrażenie, że prawo silniejszego i tak jest najulubieńszym prawem Polaków, ale to osobny problem.) Większość zapytywanych przeze mnie Polaków /z różnych wartw i regionów/ nie widzi w ogóle żadnego problemu: "na żywioł, na żywioł, a cóż szkodzi? Tak jest pięknie!". To dominująca postawa, z moich obserwacji i obym był złym obserwatorem. Stąd i niewielkie zainteresowanie budżetami obywatelskimi itp. "fanaberiami", i ich niewielka skuteczność. Do Rotterdamu (co za niefortunnie wybrany przykład!) nam wieki -- historii, której nie można nadrobić na kursach wieczorowych: stopniowego wzrostu pewnego siebie i zdyscyplinowanego, demokratycznie karnego mieszczaństwa, warstwy myślącej i działającej w kategoriach "my", nie "ja". Mieszczaństwo kojarzy nam się głównie z Zapolską, Ossowską i "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie" Tuwima, karykaturami może trafnymi lokalnie, ale niesprawiedliwymi en bloc wobec warstwy, która stworzyła nowożytną cywilizację Zachodu.

.... co potwierdza moją powyższą diagnozę.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]