Nie sposób uniknąć konfliktów. Ale można ich nie eskalować

Ludzie są w zasadzie mili. Przynajmniej tam, gdzie jestem, niemiłych spotykam niewielu.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

Moje wakacyjne spostrzeżenie: ludzie są w zasadzie mili. Jeśli sympatycznie zagadasz, sympatycznie ci odpowiedzą. Jeśli się uśmiechniesz, na ogół odwzajemnią uśmiech. Mimo wakacyjnej gorączki, mimo konkurowania o to czy o tamto, mimo przyrodzonej nerwowości. Owszem, niemili także się zdarzają, ale zwracają na siebie uwagę właśnie przez to, że pojawiają się na tle generalnie miłych. Tam, gdzie inni przepuszczają auta, którym trudno jest włączyć się do ruchu, niemili celowo przyspieszają, trąbiąc agresywnie, a czasem krzycząc coś zza szyby. Wydzieranie się na płaczące dziecko jeszcze nigdy żadnego nie uspokoiło, ale niemili wytrwale próbują. Podobnie jak próbują zawczasu zająć najlepsze, bo jedyne ocienione, miejsce na parkingu czy najlepsze, bo łatwe do okopania się, miejsce na plaży. Niemniej wydzierających się, trąbiących i zajmujących najlepsze miejsca – przynajmniej tam, gdzie jestem – spotykam niewielu.

Może zresztą ja nieuważny jestem i nie widzę? Może wszystko zależy od wewnętrznego nastawienia, od tego, na którym boku się spało i którą nogą się wstanie? Łóżko w pokoju mam tak usytuowane, że z konieczności codziennie wstaję lewą, więc powinienem być nastawiony raczej na „nie” niż na „tak”. Pod przeciwległą ścianą chrapią solidnie Jacek z Rafałem, z sąsiedniego pokoju słyszę równie solidne chrapanie Piotrka, jak się, nie daj Boże, obudzę w nocy, to ponownie zasnąć trudno. Na dodatek z okna pokoju widzę, jak pisał Gombrowicz, nieunikniony Giewont z przyległościami. A jednak choć nie wysypiam się za bardzo, wstaję lewą nogą i ciągle ten sam Giewont za oknem, to świat z reguły twarzą się do mnie obraca, a nie tyłem, i to twarzą uśmiechniętą, nie wykrzywioną.

Jacek i Rafał to downowcy, obaj po czterdziestce, obu znam od małego, co roku jeździmy razem na letni obóz i na ogół śpimy w jednym pokoju. Jacek wstaje wcześnie, kąpie się, goli, idzie do któregoś z sąsiadów na kawę, a po kawie kładzie się na zaścielonym łóżku i czyta sobie czytania liturgiczne przeznaczone na dany dzień albo przegląda kalendarz. „Mam bojowy tydzień”, mówi. „W niedzielę idę do pracy, w poniedziałek do pracy, potem dwa dni warsztatów i znów do pracy. I jeszcze muszę iść do przychodni po skierowanie na płukanie uszu”. Jacek wszystko załatwia sam, tylko w najtrudniejszych sprawach pomaga mu siostra lub siostrzenica. Jest pogodny, choć bardzo tęskni, bo chciałby założyć własną rodzinę, mieć kogoś, z kim wieczorami będzie jadł kolację, oglądał „Detektywów” albo „Dlaczego ja?” i obok kogo zaśnie. Kiedy smutki stają się nie do wytrzymania, przychodzi się przytulić i pyta miękkim głosem: „Wojtuś, masz ochotę na piwko?”.

Rafał, leżąc w łóżku, opowiada sobie szeptem wszystko, co działo się poprzedniego dnia. Ponieważ obchodziliśmy urodziny kolegi, śpiewa pod nosem: „Sto lat”, składa życzenia i upomina tych, którzy przeszkadzają, zamiast się skupić. Potem opowiada sobie dzień, który właśnie się zaczął. Jego myśli biegną torami, na które ja nigdy nie wskoczę, a bardzo chciałbym. Od czasu do czasu pyta mnie o coś niespodziewanego, na przykład co się dzieje z kimś, kto był z nami na obozie dwadzieścia lat temu. Swoje pytanie i moją odpowiedź powtarza sobie szeptem. Nie zawsze go rozumiem, bo mówi niewyraźnie i lekko się jąka. Jest najpogodniejszym i najbardziej zgodliwym człowiekiem, jakiego znam. Nie lubi, kiedy ktoś krzyczy albo się rządzi. Kiedy na niego patrzę, zawsze się uśmiecha. A kiedy się ubiera, rozrzuca swoje rzeczy po całym pokoju, a potem ich szuka. „Jestem masakra. Ma-sa-kra”, powtarza.

Ja wiem, że świat ludzki to nie idylla, ludzie czepiają się jedni drugich, jedni drugim koniecznie chcą coś udowodnić, kosztem drugich leczą swoje kompleksy. Wiem, że człowiek człowiekowi wilkiem, duże ryby pożerają małe, trzeba się rozpychać łokciami, i tak dalej. Znam te wszystkie powiedzonka, te ciemne zaklęcia, te gnuśne usprawiedliwienia. Ale życie, choć może tak wygląda, nie musi tak wyglądać. Można żyć bardziej miękko, mniej zachłannie, nie tak szybko. Nie sposób uniknąć konfliktów w ogóle, ale można ich nie eskalować, cofnąć się dwa kroki, spojrzeć na nie i na siebie w nich z dystansu. Dosyć ma dzień swojej biedy. Nie potrzeba do tej, która już jest, dodawać swojej złości czy zniecierpliwienia. Lepiej dodać coś, co tę biedę uczyni znośniejszą.

No więc świat na zewnątrz może wygląda inaczej, niż ja go widzę. Ale może być i tak, że to ja – dzięki Jackowi, Rafałowi i innym – widzę go wyraźniej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Inny świat