Reklama

Nie byłam tam, bo byłam gdzieś

Nie byłam tam, bo byłam gdzieś

15.05.2016
Czyta się kilka minut
Chęć „przeżycia czegoś” wydaje się odwrotnie proporcjonalna do udziału w rzeczywistości. Przechodzimy z gry do realnego świata i zaraz uciekamy w szum mediów społecznościowych.
D

Dziś konferencje naukowe wyglądają inaczej niż kiedyś. Zawdzięczamy to reformowanej bez wytchnienia nauce, która ostrożnie premiuje udział w takich wydarzeniach, przyznając sporo punktów „jednostce naukowej”, która je wytwarza. Lubiłam konferencje, uważałam je za podstawową formę życia intelektualnego, dającą częstą okazję do turystyki krajowej i rzadszą do międzynarodowej. Zwiedzałam najpodlejsze hotele i akademiki w Polsce, biorąc udział w najlepszych dyskusjach na tematy, które wywarły na mnie niezatarty wpływ. Od wojny, przez postmodernizm, do niewyrażalności i jej obfitych objawów literackich.

Teraz to co innego. Hotele lepsze, dyskusje zredukowane do minimum, bo trzeba upchnąć więcej referatów, koleżanki i koledzy profesura rzadko zaszczycają. Ba, nawet młodzi ledwo na własne występy przyfruną, już wychodzą „na pociąg”, ponieważ nie mają czasu i mogliby siedząc na uniwersytecie coś przegapić. Konferencje są parodią, a może metaforą nauki. Czasem uda się ludzi wywieźć do jakiegoś ośrodka zamiejskiego, skoszarować i wycisnąć z nich głosy. Kiedy indziej temat jest na tyle atrakcyjny, że przytrzyma przez pół dnia – od otwarcia do obiadu – grupkę pasjonatów.

Na jednej z takich konferencji pojawili się eksperci od tematu, chcący świadczyć udziałem własnym. Powiedzmy – choć chodziło o coś innego – że byli to uczestnicy grupy rekonstrukcyjnej, którzy odegrali bitwę pod Grunwaldem w autentycznej scenerii. Konferencyjny mainstream przyjął ich nieufnie, więc zbili się w grupkę wyższościowo-niższościową w pobliżu drzwi. Ostateczny cios zadała im zawodowa reporterka, kwestionując wiarygodność scenerii, którą odwiedzali dużym nakładem finansowym i z narażeniem zdrowia. Otóż okazało się, że tubylcy zostali najpewniej dowiezieni autobusem i w ogóle nie w tym miejscu leży Grunwald.

Byłam z mainstreamem, ponieważ nie rozumiem, dlaczego trzeba wszystkiego dotknąć, pomacać, polizać, przeżuć, żeby zrozumieć. Ta chęć „przeżycia czegoś” wydaje się odwrotnie proporcjonalna do faktycznego udziału w rzeczywistości. Przechodzimy prosto z gry komputerowej do realnego świata i zaraz uciekamy w szum mediów społecznościowych. Z drugiej strony, kiedy już dobito ową grupę, wykazując naiwność i powierzchowność zamysłu, odruch bycia z mniejszością zaczął brać we mnie górę. Tego też się nauczyłam na niegdysiejszych konferencjach: nie dać się nieść dyskusji, gdy jej celem jest zniesienie z powierzchni ziemi słabszych. Jasne, ci tutaj nie są „słabsi”, przyjechali z innej planety i może nawet litują się nade mną, nagle starowinką w porównaniu z nimi samymi. Powinnam trzymać ze starszyzną plemienną, niedługo nie będzie wypadało przyznawać się do posiadania tytułu profesorskiego, symbolizującego ogólne nienadążanie, koniunkturalizm i sklerozę.

Jednak pomyślałam o zwolennikach bezpośredniego doświadczenia jako o tych, którzy wybierają metodę mającą dość mocne podstawy w teoriach ukutych przez moje pokolenie. Czyż nie mówimy od dekady o wadze doświadczenia i świadectwa? Czy nie przyjmujemy z entuzjazmem kolejnych książek reporterskich, napisanych przez bezkompromisowych reporterów, którzy wpadli na chwilę, prześwietlili, sfotografowali podwórko i już książkę wydają? Czy nie podkreślamy (przyznaję, ja też) znaczenia form autobiograficznych we współczesnym filmie, powieści, teatrze? Więc może jest w tym jakaś niekonsekwencja, gdy mamy za złe wiarę w poznawczą wartość przejechania się pod Grunwald, gdy postulujemy, by zrozumieć obozy zagłady, czytając o nich, nie zaś rekonstruując zachodzące w nich zdarzenia? Oczywiście, można by rzec, że wszystko zależy od okoliczności i choć doświadczanie jest ważne, powinno mieć granice. Prawdopodobnie jednak nie da się tych granic postawić, a zwłaszcza zadekretować, kto ma prawo za nie zaglądać.

Odkryłam ostatnio, że nie mogłam być na pewnej konferencji, którą pamiętam. Być może przeczytałam materiały pokonferencyjne, a nawet przygotowałam do nich artykuł. Okazało się jednak, że spotkanie miało miejsce 11 września 2001 roku, a tego dnia pływałam w Morzu Śródziemnym, co można odtworzyć tylko przez tragiczne wydarzenie, od którego znajdowałam się bardzo daleko. To stary sposób porządkowania wiedzy o świecie. Być może kiedyś będziemy mogli teleportować się do epicentrum, żeby nie przegapić okazji na doświadczenie czegoś. Bo przecież turystyka post- katastroficzna nikomu nie wystarczy, tak jak książki i gadanie o nich wydają się dziś za mało wiarygodne. Potem wszystko to się ładnie pokaże w iluś-D i znów będzie po co jeździć na konferencje. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]