Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nie byłam tam, bo byłam gdzieś

Nie byłam tam, bo byłam gdzieś

15.05.2016
Czyta się kilka minut
Chęć „przeżycia czegoś” wydaje się odwrotnie proporcjonalna do udziału w rzeczywistości. Przechodzimy z gry do realnego świata i zaraz uciekamy w szum mediów społecznościowych.
D

Dziś konferencje naukowe wyglądają inaczej niż kiedyś. Zawdzięczamy to reformowanej bez wytchnienia nauce, która ostrożnie premiuje udział w takich wydarzeniach, przyznając sporo punktów „jednostce naukowej”, która je wytwarza. Lubiłam konferencje, uważałam je za podstawową formę życia intelektualnego, dającą częstą okazję do turystyki krajowej i rzadszą do międzynarodowej. Zwiedzałam najpodlejsze hotele i akademiki w Polsce, biorąc udział w najlepszych dyskusjach na tematy, które wywarły na mnie niezatarty wpływ. Od wojny, przez postmodernizm, do niewyrażalności i jej obfitych objawów literackich.

Teraz to co innego. Hotele lepsze, dyskusje zredukowane do minimum, bo trzeba upchnąć więcej referatów, koleżanki i koledzy profesura rzadko zaszczycają. Ba, nawet młodzi ledwo na własne występy przyfruną, już wychodzą „na pociąg”, ponieważ nie mają czasu i mogliby siedząc na uniwersytecie coś przegapić. Konferencje są parodią, a może metaforą nauki. Czasem uda się ludzi wywieźć do jakiegoś ośrodka zamiejskiego, skoszarować i wycisnąć z nich głosy. Kiedy indziej temat jest na tyle atrakcyjny, że przytrzyma przez pół dnia – od otwarcia do obiadu – grupkę pasjonatów.

Na jednej z takich konferencji pojawili się eksperci od tematu, chcący świadczyć udziałem własnym. Powiedzmy – choć chodziło o coś innego – że byli to uczestnicy grupy rekonstrukcyjnej, którzy odegrali bitwę pod Grunwaldem w autentycznej scenerii. Konferencyjny mainstream przyjął ich nieufnie, więc zbili się w grupkę wyższościowo-niższościową w pobliżu drzwi. Ostateczny cios zadała im zawodowa reporterka, kwestionując wiarygodność scenerii, którą odwiedzali dużym nakładem finansowym i z narażeniem zdrowia. Otóż okazało się, że tubylcy zostali najpewniej dowiezieni autobusem i w ogóle nie w tym miejscu leży Grunwald.

Byłam z mainstreamem, ponieważ nie rozumiem, dlaczego trzeba wszystkiego dotknąć, pomacać, polizać, przeżuć, żeby zrozumieć. Ta chęć „przeżycia czegoś” wydaje się odwrotnie proporcjonalna do faktycznego udziału w rzeczywistości. Przechodzimy prosto z gry komputerowej do realnego świata i zaraz uciekamy w szum mediów społecznościowych. Z drugiej strony, kiedy już dobito ową grupę, wykazując naiwność i powierzchowność zamysłu, odruch bycia z mniejszością zaczął brać we mnie górę. Tego też się nauczyłam na niegdysiejszych konferencjach: nie dać się nieść dyskusji, gdy jej celem jest zniesienie z powierzchni ziemi słabszych. Jasne, ci tutaj nie są „słabsi”, przyjechali z innej planety i może nawet litują się nade mną, nagle starowinką w porównaniu z nimi samymi. Powinnam trzymać ze starszyzną plemienną, niedługo nie będzie wypadało przyznawać się do posiadania tytułu profesorskiego, symbolizującego ogólne nienadążanie, koniunkturalizm i sklerozę.

Jednak pomyślałam o zwolennikach bezpośredniego doświadczenia jako o tych, którzy wybierają metodę mającą dość mocne podstawy w teoriach ukutych przez moje pokolenie. Czyż nie mówimy od dekady o wadze doświadczenia i świadectwa? Czy nie przyjmujemy z entuzjazmem kolejnych książek reporterskich, napisanych przez bezkompromisowych reporterów, którzy wpadli na chwilę, prześwietlili, sfotografowali podwórko i już książkę wydają? Czy nie podkreślamy (przyznaję, ja też) znaczenia form autobiograficznych we współczesnym filmie, powieści, teatrze? Więc może jest w tym jakaś niekonsekwencja, gdy mamy za złe wiarę w poznawczą wartość przejechania się pod Grunwald, gdy postulujemy, by zrozumieć obozy zagłady, czytając o nich, nie zaś rekonstruując zachodzące w nich zdarzenia? Oczywiście, można by rzec, że wszystko zależy od okoliczności i choć doświadczanie jest ważne, powinno mieć granice. Prawdopodobnie jednak nie da się tych granic postawić, a zwłaszcza zadekretować, kto ma prawo za nie zaglądać.

Odkryłam ostatnio, że nie mogłam być na pewnej konferencji, którą pamiętam. Być może przeczytałam materiały pokonferencyjne, a nawet przygotowałam do nich artykuł. Okazało się jednak, że spotkanie miało miejsce 11 września 2001 roku, a tego dnia pływałam w Morzu Śródziemnym, co można odtworzyć tylko przez tragiczne wydarzenie, od którego znajdowałam się bardzo daleko. To stary sposób porządkowania wiedzy o świecie. Być może kiedyś będziemy mogli teleportować się do epicentrum, żeby nie przegapić okazji na doświadczenie czegoś. Bo przecież turystyka post- katastroficzna nikomu nie wystarczy, tak jak książki i gadanie o nich wydają się dziś za mało wiarygodne. Potem wszystko to się ładnie pokaże w iluś-D i znów będzie po co jeździć na konferencje. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]