Na instagramowym koncie Emmanuela Guerisolego roi się od zdjęć fantazyjnych, argentyńskich murali. Gdyby ulec tej iluzji, można by pomyśleć, że Emmanuel świetnie się bawi i odkrywa nowe zakątki Buenos Aires.
W rzeczywistości ten 40-letni socjolog i historyk wrócił do Argentyny – kraju, w którym się wychował i gdzie mieszkają jego rodzice: jego matka jest Argentynką, a ojciec Włochem. Emmanuel mówi „Tygodnikowi”, że po raz pierwszy od 20 lat nie mieszka na własną rękę i nie ma stałej pracy. Gdyby nie rządy Trumpa, jego życie wyglądałoby inaczej.
Trump i tematy „radykalnie lewicowe”
Cofnijmy się o ponad rok. Jesienią 2024 r. Emmanuel dostał propozycję etatu na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Miał tam prowadzić badania dotyczące kolonializmu i dyskryminacji rasowej w USA. Jego szanse na stały kontrakt przekreśliła jednak administracja Trumpa, która wiosną obcięła lub zamroziła fundusze federalne na badania naukowe.
Pod nóż poszły granty w przeróżnych dziedzinach: od biomedycyny, rolnictwa i badań nad zmianami klimatu po nauki humanistyczne, w tym te związane w jakikolwiek sposób z płcią i rasą. Te ostatnie tematy postrzegane są przez ludzi Trumpa jako „radykalnie lewicowe”.
W wyniku tych cięć uczelnia, która miała zatrudnić Emmanuela od lipca tego roku, straciła na to środki. Naukowiec opowiada, że zaproponowano mu inną pracę, jednak ostatecznie jej nie podjął, bo kończyła mu się wiza, na podstawie której przebywał w USA.
Coraz więcej naukowców rozważa opuszczenie USA
Według prawników Emmanuel miałby problem z przedłużeniem wizy ze względu na swój obszar badań. Naukowcowi zdarzało się też krytykować w social mediach Trumpa oraz sposób, w jaki Izrael prowadził działania wojenne wobec Strefy Gazy (to drugie było już podstawą do prób deportacji zagranicznych studentów z USA).
– Wyjechałem ze Stanów, choć na karierę naukową w tym kraju poświęciłem 15 lat. Nie tak wyobrażałem sobie pożegnanie z USA – mówi „Tygodnikowi” Emmanuel. Zna on kilku naukowców, w tym fizyków z Arizony i Luizjany, którzy po utracie środków na badania wyjechali za granicę.
Jeszcze w marcu – w okresie dużych trumpowskich cięć – prestiżowe czasopismo naukowe „Nature” opublikowało wyniki ankiety. Według niej aż 75 proc. z ponad 1,6 tys. respondentów – ludzi ze środowisk naukowych – rozważało wyjazd z USA. Według danych przeanalizowanych wiosną przez „Nature”, liczba naukowców aplikujących rok do roku o pracę w Kanadzie wzrosła o 41 proc., w Europie o 32 proc., a w Chinach o 20 proc.
Cięcia w badaniach nad klimatem
Amerykę opuścił już Patrick – klimatolog. Od czerwca jest badaczem ekstremalnych zjawisk pogodowych w jednej z irlandzkich instytucji.Zaczął rozglądać się za nową posadą tuż po tym, jak rok temu, w listopadzie 2024 r., Trump wygrał wybory prezydenckie. Patrick mówi, że przeczuwał, co się szykuje, bo Trump już za pierwszej kadencji ciął środki na badania nad klimatem. Już wtedy ubiegający się o fundusze naukowcy unikali we wnioskach grantowych takich słów, jak „zmiany klimatu” czy „zmienność klimatu”.
Przeczucia Patricka nie zawiodły. Nowa administracja Trumpa obcięła ponad miliard dolarów funduszy na granty przyznawane przez Narodową Fundację Nauki (NSF). To instytucja finansująca badania na uczelniach i w laboratoriach federalnych. Cięcia objęły również kluczową dla badań nad klimatem Narodową Administrację ds. Oceanów i Atmosfery (NOAA).
Właśnie na funduszach z tych dwóch instytucji polegała prestiżowa uczelnia z tzw. Ligi Bluszczowej, na której pracował Patrick (naukowiec nie chce podawać jej nazwy, ze względów bezpieczeństwa poprosił też o zmianę swojego imienia).
– Jeszcze przed wyjazdem z USA zaczynałem dzień od sprawdzania doniesień o nowych prezydenckich dekretach. Bałem się, że Trump ogłosi kolejne cięcia dla nauki i z dnia dzień stracę środki na badania. A że byłem naukowcem na stażu podoktorskim, to moja pensja całkowicie zależała od zewnętrznych grantów – tłumaczy Patrick w rozmowie z „Tygodnikiem”. Razem z żoną mają na utrzymaniu czteroletnią córkę.
Co czeka naukę w USA w roku 2026
Gdy w połowie marca Patrick dowiedział się, że przyjęto go do pracy w Irlandii, poczuł ogromną ulgę. Jak mówi, jeśli tylko będzie miał taką możliwość, zostanie na stałe w Europie.
Patrick obawia się, że polityka Trumpa pogrąży amerykańskie badania nad klimatem, i to w momencie, gdy w USA dochodzi do coraz częstszych anomalii pogodowych: od huraganów i tornad, po rekordowe upały, powodzie i pożary.
Tymczasem pod wielkim znakiem zapytania pozostaje sposób finansowania nauki w 2026 r. Administracja Trumpa chciałaby obciąć aż o ponad połowę budżet dla NSF, o niemal 40 proc. dla Narodowych Instytutów Zdrowia (przyznają one granty na badania medyczne) oraz o ponad 24 proc. dla agencji kosmicznej NASA.
Choć zatwierdzenie tak dużych cięć przez Kongres jest mało realne – na co wskazują projekty budżetu przygotowywane jeszcze przed zakończonym właśnie shutdownem, paraliżem budżetu federalnego – to naukowcy wciąż czekają w niepewności.
Organizacja American Association for the Advancement of Science alarmowała wiele miesięcy temu, że jeśli jakimś cudem Biały Dom dopiąłby swego i obcięto by cały roczny budżet na naukę ze 198 do 154 mld dolarów, to byłaby to najniższa kwota, jaką przeznaczono na badania w USA w wieku XXI.
Obserwatorzy przestrzegają, że taki obrót spraw może pogrzebać rolę Ameryki jako światowego lidera w nauce i dziedzinie innowacji.
Awantura o Indian we wniosku grantowym
O tym, jak trudne staje się dziś prowadzenie badań w USA, opowiada mi Andrew, doktor nauk o Ziemi pracujący na Zachodnim Wybrzeżu (imię zmienione, on również prosił, aby nie podawać jego personaliów, nawet prawdziwego imienia).
Wylicza, że stracił już dwa granty z Narodowej Administracji ds. Oceanów i Atmosfery. I to jeszcze zanim zdążyły się one rozpocząć. Jeszcze inny grant jest obecnie poddany audytowi. Trafił na „czarną listę”, bo według administracji Trumpa zawiera „radykalnie lewicowe” słowa – jak „klimat”, „edukacja” i… „Indianie”.
Andrew tłumaczy, że „Indianie” w jego wniosku grantowym wzięli się stąd, że jeden z modułów projektu przewiduje zajęcia dla licealistów w szkole na terenie rezerwatu dla rdzennych Amerykanów. Miejsce jest nieprzypadkowe, bo badania naukowe mają być prowadzone w pobliskim centrum obliczeniowym.
– To pokazuje szaleństwo tej administracji. Jeśli rząd zakręci nam kurek z pieniędzmi na badania, będziemy skończeni – mówi Andrew. – Nie mamy gdzie aplikować o nowe granty, bo Narodowa Fundacja Nauki i inne agencje nie mają jeszcze zatwierdzonego budżetu na przyszły rok.
– Teoretycznie możemy próbować zdobyć pieniądze od prywatnego sektora, ale trudno o fundusze, jeśli prowadzi się badania mające na celu wyjaśnianie zjawisk, a nie stworzenie wynalazku lub produktu. Bill Gates i inni amerykańscy filantropi raczej pieniędzy nam nie dadzą – spekuluje Andrew, który nie wyklucza wyjazdu za granicę, jeśli sytuacja w amerykańskiej nauce nie ulegnie poprawie.
Chiny składają ofertę naukowcom z USA
Już teraz mówi się o wywołanym przez politykę Trumpa drenażu mózgów. Jednak tym razem to nie Stany ściągają do siebie największe talenty.
Gdy w lutym noblista Ardem Patapoutian przestrzegał na platformie Bluesky, że trumpowskie cięcia zniszczą badania biomedyczne w USA, ponoć natychmiast dostał propozycję z Chin. Według doniesień dziennika „New York Times” naukowiec – nagrodzony w 2021 r. za odkrycie receptorów temperatury i dotyku – dostał ofertę, by prowadzić własne laboratorium na dowolnej uczelni w Chinach, z promesą finansowania na 20 lat.
Patapoutian, któremu administracja zamroziła środki na jeden z grantów, z oferty nie skorzystał. Korzystają za to inni. Według wyliczeń badaczy z Uniwersytetu Princeton, tylko w pierwszym półroczu do Chin wyprowadziło się ok. 50 naukowców chińskiego pochodzenia.
Walizki po czterech dekadach życia w Stanach spakował też Liu Jun, światowej klasy statystyk z Uniwersytetu Harvarda – uczelni od miesięcy atakowanej przez administrację Trumpa.
Pismo „Nature” twierdzi, że chińskie prowincje biją się nawet o doktorantów i naukowców ze stopniem doktora. Np. ponoć za przeprowadzkę z USA do prowincji Hunan doktoranci na „dzień dobry” mogą dostać nawet 140 tys. dolarów.
Wiele krajów świata chce pozyskać naukowców opuszczających Stany
W tym wyścigu uczestniczą także Australia, Kanada i Europa. W maju szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosiła, że Unia w latach 2025-27 wyda pół miliarda euro na przyciągnięcie największych talentów. Biją się o nie już uczelnie m.in. z Niemiec, Belgii, Portugalii, Holandii czy Francji.
Również ze Szwajcarii, nie należącej do Unii. Np. Uniwersytet w Zurychu od przyszłego roku zatrudni laureatów Nagrody Nobla z ekonomii – Esther Duflo i Abhijita Banerjee, którzy mają tworzyć na tej uczelni własne centrum badawcze.
Z kolei francuski Uniwersytet Aix-Marseille uruchomił w marcu program „Safe Place For Science” (Bezpieczne miejsce dla nauki), do którego w ciągu zaledwie miesiąca zgłosiło się niemal 300 naukowców z USA. W tym osoby z najbardziej prestiżowych uczelni, jak Uniwersytet Johnsa Hopkinsa, Columbia, Yale czy Stanford.
Jak amerykański naukowiec trafił do Marsylii
Wśród kandydatów do programu „Safe Place For Science” jest profesor historii Brian Sandberg, już teraz przebywający na stażu naukowym na Uniwersytecie Aix-Marseille.
Sandberg tłumaczy w rozmowie z „Tygodnikiem”, że pierwotnie przyjechał do Marsylii na rok, aby robić badania dotyczące francuskich wojen religijnych w wiekach XVI i XVII. Jednak w obliczu głębokich cięć funduszy na naukę nie widzi dużych szans na pracę w USA. Uważa, że za rządów Trumpa jest mało prawdopodobne, by badacze nauk humanistycznych otrzymali nowe granty. Narodowy Fundusz na rzecz Humanistyki (NEH), który w dużej mierze finansował badania Sandberga, wstrzymał większość bieżących grantów i ogłosił, że przeznaczone na nie środki posłużą realizacji „prezydenckiej agendy”.
Fundusze trafią więc na badania dotyczące, przykładowo, kluczowych wydarzeń w amerykańskiej historii – co wpisuje się w przygotowania do przyszłorocznych obchodów 250. rocznicy niepodległości USA.
Migracje ze stanów republikańskich do stanów rządzonych przez Demokratów
Brian Sandberg wspomina moment ogłoszenia trumpowskich cięć: – To był czwartek 3 kwietnia. Razem ze współpracownikami z mojej uczelni mieliśmy spotkanie online z koordynatorką projektów z Narodowego Funduszu na rzecz Humanistyki. Przygotowywaliśmy wniosek grantowy i chcieliśmy skonsultować z nią kilka kwestii. Parę godzin później dowiedziałem się z mediów, że 80 proc. pracowników tej agencji wysłano na przymusowy urlop. Być może wśród nich była kobieta, z którą rozmawialiśmy.
Sandberg dodaje, że badacze z dziedzin humanistycznych w USA obawiają się dziś nie tylko braku finansowania, ale także ograniczania ich wolności akademickiej. W tym ingerowania w ich program zajęć.
To może być istotny problem, jeśli ich uczelnie znajdują się w republikańskich stanach, których władze są bardziej skłonne do realizacji agendy Trumpa. Dziennik „The Guardian” pisał w październiku o naukowcach z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, obawiających się likwidacji całych katedr zajmujących się gender studies czy badaniami nad mniejszościami etnicznymi.
– Słyszałem o profesorach, którzy ze względu na atmosferę panującą na swoich uczelniach próbują przenieść się na uniwersytety w stanach rządzonych przez Demokratów – mówi Brian Sandberg.
Ostrzeżenie dla włoskiego teologa
Dla Massimo Faggiolego – włoskiego teologa i historyka Kościoła, w Stanach pracującego od 17 lat (i znanego także czytelnikom „Tygodnika”) – najlepszym rozwiązaniem był wyjazd za granicę.
Faggioli wspomina, że w kwietniu dostał od prawnika ostrzeżenie, by unikał podróży poza USA, bo może mieć problem z ponownym wjazdem. Powiedziano mu, że jeśli jednak musi już podróżować poza Stany, to powinien zachować szczególne środki ostrożności.
Massimo Faggioli nie ma obywatelstwa USA, tylko jest stałym rezydentem, przez co na amerykańskich lotniskach jest bardziej narażony na kontrole ze strony funkcjonariuszy. W marcu głośny był przypadek francuskiego naukowca, któremu odmówiono wjazdu do USA, bo w jego telefonie znaleziono wiadomości krytyczne wobec Trumpa.
Dla Faggiolego ostrzeżenie dotyczące zagranicznych wyjazdów przechyliło szalę. Po powrocie Trumpa do władzy naukowiec już i tak pilnował się podczas prowadzenia zajęć. Podobnie jak liczni inni profesorowie obawiał się, że treści zahaczające o amerykańską politykę mogą nie spodobać się studentom o poglądach prawicowych, którzy zgłoszą to władzom uczelni lub umieszczą go w internecie na „czarnej liście” wykładowców.
To nie jest political fiction. W 2016 r. organizacja Turning Point USA założyła stronę internetową o nazwie Professor Watchlist, gdzie studenci mogą zgłaszać nazwiska wykładowców oskarżanych o szerzenie, jak to jest ujęte, „lewicowej propagandy”.
Decyzja najbardziej amerykańska
Massimo Faggioli miał prawo obawiać się problemów, bo wielokrotnie wypowiadał się krytycznie (także w swoich publikacjach) na temat sytuacji w USA oraz aliansu przywódców religijnych z Partią Republikańską.
Gdy w zeszłym roku skrytykował jednego z wpływowych amerykańskich biskupów katolickich za wspieranie Trumpa podczas kampanii prezydenckiej, duchowny zagroził mu procesem sądowym.
Faggioli: – Gdy po tym wszystkim dostałem ostrzeżenie od prawnika, zacząłem działać. Już pod koniec maja miałem za sobą rozmowę kwalifikacyjną o pracę w Trinity College na Uniwersytecie w Dublinie. Zaproponowano mi stanowisko profesora eklezjologii.
Miał możliwość rozpoczęcia pracy od kolejnego roku akademickiego, ale po naradzie z żoną postanowili nie zwlekać. – Jestem naukowcem, więc nie mogę odpuścić sobie wyjazdów na zagraniczne konferencje. W Europie mam też najbliższą rodzinę – tłumaczy Faggioli.
Dodaje, że przez ten pośpiech jego dzieci nie mogły nawet porządnie pożegnać się z rówieśnikami, bo decyzja o wyjeździe zapadła już po zakończeniu roku szkolnego.
– Pracując w Stanach, zawsze ceniłem sobie akademicką wolność – tłumaczy Faggioli. – Po powrocie Trumpa do władzy poczułem jednak, że zaczyna być ona ograniczana, a nawet że grozi mi autocenzura. W tej sytuacji opuszczenie Ameryki było najbardziej amerykańską decyzją, jaką podjąłem w swoim życiu.
Taką decyzję podjęło również kilku innych naukowców, którzy jednak odmówili mi rozmowy – argumentując, że obawiają się, iż to narazi ich na dodatkowe problemy. Na mojego maila jednak odpowiedzieli. Zawsze obowiązkowi, jak to naukowcy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















