Grupy są różne, w zależności od regionu i okresu, w którym kolędnicy odwiedzają domy – mówi Adóm Hébel, kaszubski działacz kultury, pisarz i twórca kanału „Kaszëbë i swiat”.
– Na północy są Panëszczi, gdzie indziej Gwiôzdczi i Gwiżdże. W Gniewowie w gminie Wejherowo są Kòzelbòczi (Kozły), gdzie indziej Baranë, choć wiele osób zarzeka się, że postać barana w kaszubskich Gwiôzdkach nie występuje. Co wieś, to inna pieśń. Do tradycyjnych grup zwykle należeć mogli tylko kawalerowie, choć bywało i tak, że wolno było się przebierać jedynie żonatym. Dziś coraz częściej rogi pùrtka (diabła), dziób bociana czy inny kostium przywdziewają dziewczyny.
Kaszubscy przebierańcy: jak magia łączy się z teologią
Wizyty rozśpiewanych przebierańców sięgają czasów przedchrześcijańskich. Postaci zwierząt od tysiącleci symbolizowały siłę, której ludziom brakuje, zwłaszcza zimą. Bocian, który kojarzy się z narodzeniem dziecka, też nie jest chrześcijańskim symbolem.
– Śmierć z kosą zdaje się mówić „memento mori”, bo nawet w radości Bożego Narodzenia nie powinniśmy zapominać o przemijaniu. Święta zresztą często przypominają nam o zmarłych bliskich. Oni przychodzą do nas pod postacią baby i dziada, ubranych byle jak starszych ludzi, którym pod koniec kolędy daje się do kosza poczęstunek – wyjaśnia Hébel.
Jest też Gwiôzdór – postać pokryta słomą, symbolem bogactwa i dobrobytu. Ubrany w maskę, która w pierwotnych kulturach była przecież atrybutem magicznym. – Brzmi to mało po chrześcijańsku, ale dawne wierzenia zaadaptowały się w nowych realiach. Dlatego pochód zwierząt jako żywo nasuwa nam skojarzenia z grotą betlejemską i pasterzami. Przypomina, że na „Jego Imię zegnie się każde kolano” – dodaje pisarz.
Z kolei Rom prowadzący niedźwiedzia to przedstawiciel innej, obcej Kaszubom kultury. W dawnych czasach „obcy” kojarzony był z nadnaturalnymi zdolnościami. Dziś może przypominać nam o gościnności czy też uniwersalizmie Bożego odkupienia.
Wizyta kaszubskich kolędników: hałas, psoty i bałagan
Wizyta kolędników to nie tylko śpiewanie kolęd. Towarzyszy jej teatralna narracja, życzenia błogosławieństwa, a także sporo spontaniczności, hałasu, bałaganu i psot. Kominiarz rozrzuca popiół czy brudzi twarze gospodarzy, pùrtk dokazuje. Panuje harmider, który stara się opanować szandara (policjant).
– Jeśli miałbym doszukać się w tym niezwykłym widowisku jakiegoś przesłania, to byłoby to stwierdzenie, że Jezus trafił do takiego właśnie świata: ludzi dobrych i złych, nieokiełznanych, głośnych, brudnych, zajętych dokuczaniem i wyjadaniem z garnka. Różnorodnych. On nie wyklucza nikogo, a każdy odnajduje radość, którą przeżywa na swój osobliwy sposób – wyjaśnia Adóm Hébel.
Ludwik Szreder z Masłowic w gminie Tuchomie, kierownik tamtejszego ośrodka kultury, kolędował od dzieciństwa.
– Wszystkiego nauczyła nas mama. Jasełkowych tekstów, kolęd, np. „Jezu, òstaw szopã, słomã, sano w żłobie, przińdz do naszi chëczë, zaspiéwómë Tobie”. Wędrowaliśmy z rodzeństwem i znajomymi w głębokim śniegu, poprzebierani. Do dziś pamiętam swoje kwestie, te emocje. Przyjmowano nas serdecznie, częstowano, dawano trochę grosza. To była zawsze niesamowita przygoda. Ale kolędowanie miało też dla nas ważny wymiar edukacyjny – wspomina z nostalgią.
Jak przetrwała tradycja kaszubskiego kolędowania – historia jednej rodziny
Pokoleniowa sztafeta kolędnicza to duma rodu Gruchałów z Dannachowa w powiecie kartuskim, który od niemal stu lat kultywuje tę unikalną formę świętowania. Impulsem do powstania poświęconego im filmu dokumentalnego „Idziemy dla pradziadka!”, dostępnego na YouTubie, stało się odnalezienie archiwalnego materiału „Gwiazdka”, zrealizowanego w 1973 r. na zlecenie Muzeum we Wdzydzach.
Film sprzed pół wieku opowiadał o grupie kolędniczej prowadzonej przez Bronisława Gruchałę. Gdy muzeum pokazało archiwalny dokument jego potomkom, okazało się, że tradycja nadal jest kontynuowana, zachowała się też część oryginalnych strojów. W 2024 r. Marcin Gruchała, prawnuk Bronisława, zadedykował kolędowanie pradziadkowi, co nadało tytuł filmowej produkcji, przygotowanej przez Muzeum – Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach.
Film o Gruchałach pokazuje kolędowanie nie tylko jako zabawę, ale formę głębokiego zobowiązania wobec tradycji, hołdu dla przodków i żywej wciąż z nimi relacji, które są ważnym elementem rodzinnej tożsamości. W jednej z archiwalnych scen mężczyzna wspomina, jak płakał, że nie może „pójść z Gwiżdżami”, podczas świąt spędzanych w koszarach wojskowych, w czasach PRL.
Ewelina Karczewska-Luhm, scenarzystka i reżyserka nowego filmu, podkreśla, że poprzez takie projekty Muzeum we Wdzydzach wychodzi poza rolę konserwatora przeszłości, stając się kustoszem żywej tradycji i rejestrując zachodzące w niej zmiany. Opowieść o Gruchałach i ich zaangażowaniu już inspiruje młodsze pokolenia do zainteresowania się i praktykowania kolędniczych zwyczajów.
Dlaczego kolędnicy przyjmowani są w garażu
W latach 90. tradycja pochodów kolędników zaczęła zanikać. Jedną z przyczyn, według Adóma Hébela, był coraz większy dobrobyt.
– Coraz mniej ludzi chciało przyjąć hałasujących i bałaganiących przebierańców, zwłaszcza że domy były wysprzątane i wyposażone w sprzęt, na który można sobie było pozwolić po transformacji gospodarczej i otwarciu na Zachód. Zachłysnęliśmy się świętami w skomercjalizowanym wydaniu, zapominając o własnych korzeniach – mówi.
Ale tęsknota za dawnymi zwyczajami okazała się silniejsza. W wielu miejscach grupy kolędników wróciły, mniej lub bardziej zorganizowane. Tyle że Gwiôzdków przyjmuje się na podwórkach, gdzie mogą do woli bałaganić, a poczęstunek dla nich szykuje się w garażu. Wysprzątane domy, wyczyszczone dywany i wykrochmalone obrusy nie są już zagrożone.
– Kluczowe dla zrozumienia obrzędowości ludowej jest postrzeganie świata w sposób dualny – my i oni, porządek i chaos, znane i obce – mówi Hébel.
– Najważniejsze rzeczy dzieją się na granicy tych światów: na progu domu, podczas przesilenia, albo gdy przechodzimy ze stanu kawalerskiego do małżeństwa. Garaż czy podwórko jest właśnie taką granicą światów – trochę oswojonym domem, trochę obcym światem zewnętrznym. Tam domownicy spotykają się z kolędnikami, pulsujące życie młodych ludzi z pamięcią o tych, których ziemski żywot dobiegł końca. Nie obawiam się zmian w tradycji, one zawsze zachodziły. Ważne, żeby drzwi do domu, albo przynajmniej garażu, były otwarte, a ten gest wyrażał także naszą otwartość w szerszym tego słowa znaczeniu – tłumaczy.
Opowiada, jak z zaprzyjaźnioną grupą z Luzina odwiedzał domy, grając zupełnie nietradycyjną postać reportera radiowego, który opisuje niepokój na świecie, dla którego przeciwwagą są kolędnicy niosący Dobrą Nowinę.
– W kolędowaniu najbardziej lubię spontaniczną radość, która umyka nam w nostalgicznym i melancholijnym charakterze świąt. W polskich kolędach bardzo podkreśla się nędzne warunki, w których Jezus przyszedł na świat, i jest to piękne, ale moim zdaniem powinniśmy też pamiętać o radości, która nas spotkała i powinna się nam udzielać – dodaje Hébel.
Kolędnicze tradycje w erze mediów społecznościowych
Ludwik Szreder zachęcił do kolędowania dzieci z Masłowic, niewielkiej miejscowości koło Tuchomia, oraz członków tamtejszego zespołu muzycznego. Wozem kolędników była wielka, rolnicza maszyna, przystrojona kolorowymi lampkami. Szreder sam zrobił gwiazdę, pozostali kolędnicy przygotowali sobie stroje. Scenki odgrywane w domach są improwizowane, każda jest inna, wszystkie w języku kaszubskim.
– Ja niczego nie narzucam, sami uczestnicy wszystko wymyślają. Jesteśmy bardzo dobrze przyjmowani, wieść o naszej wędrówce szybko się rozchodzi, ludzie sami dzwonią i nas zapraszają. Wszyscy mają z tego dużo frajdy – opowiada Ludwik Szreder, zapewniając, że tradycja będzie kontynuowana.
O kultywowanie zwyczaju na Kaszubach dba też Stowarzyszenie Miłośników Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy, które już trzeci raz zorganizowało akcję „Powrót Panëszków”.
– To szereg wizyt kolędników w instytucjach publicznych, szkołach, na puckim rynku. Dzieci, młodzież i dorośli mogą wypożyczyć bezpłatnie kostiumy z zasobów muzeum, jednocześnie są zachęcani, by wzbogacać kolekcję, np. dodając od siebie jakąś maskę, rekwizyt czy doszywając jakiś element do stroju – mówi Adóm Hébel.
- Pokazujemy też, że kostiumy mogą powstać z powszechnie dziś używanych materiałów, mogą być lżejsze niż te tradycyjne, a więc bardziej przystępne i poręczne, także dla dzieci. To nie jest zerwanie z tradycją, ale przybliżenie jej szerszemu gronu odbiorców. Grupy kolędników na całych Kaszubach są obecne także w mediach społecznościowych, dzięki czemu można skontaktować się z nimi i zaprosić do siebie.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















