Kaszubi nie boją się śmierci. Kòżdi ùmrze, gdy przyjdzie na niego czas. Ale nie każdy umrze dobrą śmiercią. Zła śmierć to taka, co nadchodzi nagle, kiedy człowiek nie zdąży pozamykać po sobie wszystkich spraw, albo sam sobie życie odbierze. Dlatego na śmierć trzeba się oglądać, bo zwiastuje swoje przyjście. Tym, którzy wkrótce wyruszą na tamten świat, każe odruchowo ściągać obrączkę z palca, sprawia, że w ich obejściu psy zaczynają wyć, w domu zegary same się zatrzymują i święte obrazy spadają ze ścian. Trzeba też uważać, kiedy się umiera. Lepiej nie w ostatni dzień roku, bo w następnym pociągnie się do grobu co najmniej kilkunastu sąsiadów. Źle też umrzeć o północy, bo dusza może w ciemnościach zabłądzić i paść ofiarą złych duchów.
Dlatego bliskim należy towarzyszyć w agonii, a zmarłych nie opuszczać aż do pogrzebu. Żeby umarli raz a dobrze. Temu właśnie służy pùstô noc, czyli tradycja żegnania zmarłego przez bliskich i wspólnotę. Nie wystarczy się modlić i śpiewać. Trzeba też bacznie obserwować nieboszczyka, czy nie robi się czerwony na twarzy, a palce splecionych na piersiach dłoni nie zaczynają się rozsuwać. To przestroga dla żywych, że zmarły zaczyna się przeistaczać w wieszczego albo, co gorsza, w łopiego. Tych, którzy mieli zadatki na wieszczych, łagodniejszą odmianę kaszubskiego wampira, można było rozpoznać już przy narodzinach. Albo rodzili się w czepku, albo z wyrżniętymi zębami. Można też było – choć nie bez wyrzeczeń – zapobiec pojawieniu się żeńskich upiorów w rodzinie: jeśli w domu było sześć córek, nie należało sprowadzać na świat następnej, bo wtedy najstarsza lub najmłodsza zostawała morą, która po zmroku zmieniała się w cokolwiek, żeby podduszać ludzi we śnie i wysysać życie ze zwierząt gospodarskich.
Wieszczy zabijali tylko krewnych. Łopi ściągali zgubę na całą wspólnotę. Śmierć była dla nich początkiem drugiego, koszmarnego istnienia. Jeśli więc zmarły nie chciał zesztywnieć, dawni Kaszubi próbowali go czymś zająć, żeby nie zmartwychwstał. Wkładali mu do trumny poplątaną sieć rybacką, stary sweter do sprucia albo – jeśli umiał czytać – kartkę z książeczki do nabożeństwa, na której nie było słowa „amen”, by nie mógł dokończyć modlitwy. Kiedy wszystkie fortele zawiodły, nie pozostawało nic innego, jak otworzyć grób, odciąć nieboszczykowi głowę i złożyć mu ją w nogach, żeby jej nie dosięgnął.
Tożsamość Kaszubów
Kaszubi, którzy zaczęli się osiedlać w rejonie ujścia Wisły zapewne już w połowie pierwszego tysiąclecia naszej ery, nigdy nie stworzyli osobnego państwa, a ich ziemie przez wieki wchodziły w skład obcych organizmów politycznych. Kaszubskie dzieje były zawsze historią wspólnoty etnicznej – o jej przetrwaniu na styku rozmaitych kultur, w warunkach często bezwzględnej germanizacji i polonizacji, zadecydował odrębny język i specyficzny etos, nazywany pogańskim nawet przez redaktorów reaktywowanego po II wojnie światowej pisma „Zrzesz Kaszëbskô”.
Tożsamość Kaszubów, przez tyle lat lekceważonych, gnębionych i wydrwiwanych, zaczęła się jednak rozmywać. Już pierwsi, XIX-wieczni działacze ruchu kaszubskiego, ukuli nośną metaforę „pustej nocy” jako przygotowania do nieuchronnego pogrzebu ojczystej mowy. Sto lat później ich następcy prognozowali, że nie będzie po niej nawet pamiętci ni spiéwē. Jakby zawiodły wszelkie rytuały. Jakby wieszczy i łopi spruli wszystkie swetry, naprawili sieci, zakończyli modlitwę uroczystym „amen” i sprowadzili zagładę na całą kaszubską kulturę.
Wciąż jest nadzieja, że aktywiści nie mieli racji. Wprawdzie kaszëbskô mowa nadal uchodzi za język umierający albo przynajmniej poważnie zagrożony, niemniej na co dzień posługuje się nią prawie sto tysięcy Kaszubów. Kaszubski jest jedynym w Polsce językiem regionalnym wpisanym w Ustawę o Mniejszościach Narodowych i Etnicznych. Od prawie dwudziestu lat licealiści mogą przystąpić do matury z mowy swych przodków.
Do kaszubskich korzeni coraz częściej przyznają się także artyści – wśród nich młody baryton Damian Wilma, absolwent Akademii Muzycznej w Bydgoszczy i uczestnik Akademii Operowej Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, który jeszcze na studiach wpadł na pomysł ujęcia tradycyjnych śpiewów kaszubskich we współczesny cykl pieśniowy. Opracowanie muzyczne wybranych materiałów powierzył innemu wychowankowi bydgoskiej uczelni, kompozytorowi Łukaszowi Godyle. „Boska wola” – opowieść o nieszczęśliwej miłości młodego Kaszuba, ujęta w cykl dwunastu pieśni na baryton i fortepian – miała prawykonanie w 2019 r., posłużyła Wilmie jako temat pracy doktorskiej, po czym stała się punktem wyjścia dla jeszcze ambitniejszego przedsięwzięcia.

Puste noce
W roku 2021 Damian Wilma – wspólnie z reżyserem Jarosławem Kilianem, który włączył do cyklu fragmenty tekstów z zapisów etnograficznych – przedstawił dyrekcji TW-ON propozycję spektaklu z udziałem narratorki Białki, matki odprawiającej obrzęd pustej nocy dla Hanuszki, której serce pękło po samobójczej śmierci ukochanego.
Hanuszkowy Jaśko błąka się między światami jako wieszczy i dręczy wyrzutami sumienia „niedobrą mamę”, co Andzi nie słuchała, aż Andzia z żalu padła i skonała. Rzecz rozrosła się do rozmiarów ponadgodzinnego przedstawienia, zyskała kaszubski tytuł „Wòlô bòskô” i akompaniament rozbudowany do dwóch fortepianów i dwóch składów perkusji. W końcu doczekała się prapremiery na małej scenie Teatru Wielkiego.
Nie dłuży się jednak ta opowieść. Przeciwnie, uwodzi pięknem i symboliką minimalistycznej scenografii Izabeli Chełkowskiej, która drewnianym pomostem złączyła nie tylko kaszubską ziemię z morzem, ale też świat doczesny z zaświatem, rozpinając nad wszystkim chmurne niebo z tiulu. Ujmuje precyzją i prostotą reżyserii Kiliana. Zachwyca sugestywną i pełną wyobraźni choreografią Anny Hop, w wykonaniu dwojga tancerzy wcielających się w martwych kochanków. Wzbudza podziw subtelnością roboty kompozytorskiej Godyli, który oprawił kaszubskie śpiewy w muzykę pełną wiatru, szumu fal i innych niosących się po wodzie odgłosów. Imponuje znakomitym przygotowaniem instrumentalistów pod batutą Grzegorza Brajnera.
Spektakl przede wszystkim zaś zapada w pamięć dzięki wrażliwym interpretacjom Damiana Wilmy w roli wieszczego Jaśka oraz brawurowej kreacji postaci Białki, w którą Danuta Stenka włożyła cały swój warsztat aktorski, kaszubską tożsamość i żal za odchodzącym językiem, który – jak sama kiedyś powiedziała – urodził się w jej ustach podczas rozmów z babcią.
Gottlieb Leberecht, zwany pastorem Lorkiem z Cecenowa, napisał w 1820 r. o Kaszubach, że brakuje im własnych powiedzeń i pieśni. Ta krzywdząca opinia pokutuje do dziś – w twierdzeniach, że melodii kaszubskich nigdy nie było, że wszystkie są zlepkiem zapożyczonych tradycji muzycznych. Tymczasem dawni folkloryści zarzucali „nieśpiewność” wszystkim kulturom, których nie rozumieli, których wierzenia i obyczaje były im obce – nie tylko Kaszubom, ale też Sasom, Fryzyjczykom, a nawet Skandynawom.
Pora oswoić tę obcość, dostrzec odmienność kaszubskich „tônów”, struktur nieodłącznie związanych z językiem, rytmem zarzucania sieci rybackich, melodią zaklęć pustej nocy. Widać wòlô bòskô, żeby Kaszuba wstał z łoża śmierci. Jeszcze nie czas przechodzić w zaświaty.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















