Morskie opowieści

Nowy film Roberta Eggersa jest równocześnie czarno-białym horrorem, baśnią dla dorosłych, legendą marynistyczną oraz czarną komedią.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „The Lighthouse” / MATERIAŁY PRASOWE
Kadr z filmu „The Lighthouse” / MATERIAŁY PRASOWE

„Nic dobrego nie może się wydarzyć, kiedy dwóch mężczyzn zostaje uwięzionych w gigantycznym fallusie” – powtarza w wywiadach Robert Eggers, reżyser „The Lighthouse”. Mowa o XIX-wiecznej latarni morskiej, choć tak naprawdę pułapkę w jego filmie stanowi całe skaliste wybrzeże przylądka Forchu w Nowej Szkocji, gdzie dwóch odciętych od świata latarników walczy z mściwymi mewami i własnymi ciałami, ze sztormem i własnym obłędem. A staroświecki, niemal kwadratowy format kadru sprawia, że widz czuje się uwięziony razem z nimi – pośród przeciągłych odgłosów syren mgłowych i lepkich fantazji o mitycznych syrenach. Wśród rubasznych morskich opowieści i „wysokich” kulturowych tropów.

Co kryje w sobie owa latarnia? Dlaczego starszy mężczyzna broni młodszemu wstępu na jej szczyt? Akcja „The Lighthouse” tak naprawdę rozgrywa się w cieniu wspomnianego fallusa, w zapuszczonej, wilgotnej części mieszkalnej, gdzie „nowy”, niejaki Ephraim Winslow, usługuje starszemu o nazwisku Tom Wake, krząta się po obejściu i trzyma wachtę, dorzucając do latarniowego pieca. Między młodym, milczkowatym wagabundą z podejrzaną przeszłością a starym, gadatliwym wilkiem morskim toczy się nieustająca gra o władzę.

Ale mroczna i cudaczna zarazem aura filmu sugeruje, że chodzi o coś znacznie więcej niż jakieś samcze przepychanki w stylu krótkometrażowych „Ssaków” Romana Polańskiego (1962). Pańsko-niewolnicza dialektyka ma tu wyraźnie seksualne podłoże, choć równie dobrze można by skleić te skazane na siebie nawzajem postacie w jedną, bardziej skomplikowaną całość bądź doszukiwać się w nich rozmaitych inkarnacji czy projekcji. Albo, jak chce sam reżyser, znowu sięgnąć po mitologię, żeby zobaczyć w Tomie i Ephraimie ubrane w wiktoriański kostium ponadczasowe figury Proteusza i Prometeusza. A wszystko to w przebraniu cokolwiek groteskowej morskiej gawędy o szorstkiej męskiej przyjaźni, zawieszonej w ciężkich oparach whisky.

Film Eggersa, będący równocześnie czarno-białym horrorem, baśnią dla dorosłych, legendą marynistyczną i czarną komedią, nawiązuje luźno do autentycznych zdarzeń i otwiera się na lektury wszelkiego kalibru. Skłania ku temu chociażby operatorski geniusz Jarina Blaschke, oszczędnie rzeźbiącego światłem, zapatrzonego w niemieckich ekspresjonistów i wczesną fotografię. Ów formalny naddatek przebija również w złowrogiej warstwie dźwięków oraz w rozbudowanych dialogach, których scenarzyści, ­Eggers i jego brat Max, uczyli się podobno od Hermana Melville’a, Roberta Louisa Stevensona czy H.P. Lovecrafta. Jeśli dodamy do tego pijacko-poetyckie tyrady dawnego matrosa, łączące sprośny marynarski żargon z frazą na kształt Szekspira czy Miltona, efekt będzie cokolwiek brawurowy – jak gdyby ktoś postawił w salonie bogato zdobiony, acz mocno zardzewiały nocnik, do tego jeszcze pełny. Rekwizyt ów odgrywa zresztą istotną rolę w „The Lighthouse”, a w jednej ze scen przywiewa nawet skojarzenia z „Big Lebowskim” braci Coenów.

Albowiem wszystko tu pracuje na mocny stylistyczny efekt. W beznadziejnym oczekiwaniu na tender, czyli statek zaopatrujący, który umożliwi bohaterom dalsze przetrwanie na miotanym wichrem odludziu, nawiedzają ich sny, pijackie wizje i duchy zmarłych na morzu marynarzy mieszkające w okolicznych mewach. O tym, że Eggers ma ucho i oko wyczulone na lokalne bajędy, przekonaliśmy się już przy okazji jego znakomitego debiutu – „Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii” (2015) – w którym połączył temperament opowiadacza strasznych historii z etnograficzną żyłką. Rzecz osadził w pierwszej połowie XVII w. niedaleko swego rodzinnego New Hampshire, w społeczności purytanów, w bliskim otoczeniu natury, tamtejszych wierzeń i przesądów. Amerykański reżyser (rocznik 1983) został wówczas namaszczony na mistrza niezależnego i lekko „przekręconego” horroru, a dziś potwierdza swoje powołanie, tym razem z wykorzystaniem gwiazdorskiej obsady, choć warto dodać, że z równie skromnym budżetem.

Na ekranie spotykają się nie tylko dwa aktorskie pokolenia, ale wręcz dwie ikony: Willem Dafoe i Robert Pattinson. Odrażający, brudni, zarośnięci, w klaustrofobicznej atmosferze i skrajnie nieprzyjaznych warunkach pogodowych, wypełniają sobą całą przestrzeń filmu. Odstawiają przy tym aktorski pojedynek, w którym, podobnie jak między dwójką bohaterów, nieważni są ostateczni zwycięzcy, bo liczy się temperatura interakcji, a tego w „The Lighthouse” nie brakuje. Powoli (to słowo należałoby bardzo mocno podkreślić) narastające szaleństwo czy zmienna dynamika psychologiczna skłaniają raczej do ironicznej kontemplacji niż do emocjonalnego przeżywania, co w przypadku tradycyjnie rozumianego kina grozy nie byłoby zapewne komplementem. Eggersowi chodzi jednak przede wszystkim o smakowanie tajemnicy, o podsycanie niewiadomego, aluzyjnego, dziwnego, a nie o suspens zakończony rozładowaniem napięcia. I wszelkie seksualne skojarzenia też byłyby tu jak najbardziej na miejscu. ©

THE LIGHTHOUSE – reż. Robert Eggers. Prod. Kanada/USA 2019. Dystryb. UIP.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2019