Reklama

Moria spłonęła, lecz działa nadal

Moria spłonęła, lecz działa nadal

14.09.2020
Czyta się kilka minut
Obóz imigrantów na Lesbos niemal w całości spłonął, być może podpalony przez mieszkańców. Tydzień po wielkim ogniu tysiące ludzi wciąż śpi pod gołym niebem.
Kobieta wynosi dziecko z pożaru w obozie Moria na wyspie Lesbos, 9 września 2020 r. Fot. ANGELOS TZORTZINIS / AFP / East News
T

Ten obóz nie powinien był istnieć dłużej niż kilka miesięcy, które wystarczyłyby na ewakuację syryjskich uchodźców, w latach 2015-16 przypływających tysiącami na grecką wyspę Lesbos. Nie powinien był istnieć w formie, która szefa Międzynarodowej Federacji Towarzystw Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca zmusiła do przyznania: „Dla człowieka to miejsce nie do życia”. Maurice Joyeux, jezuita, który oprowadzał tu papieża, mówił „Tygodnikowi”, że choć podczas wojen i rebelii pomagał w obozach w Rwandzie czy Darfurze, czegoś takiego jak Moria nie widział nigdy.

To nie ograniczenia logistyczne, lecz polityka zdecydowała o tym, że przez lata na dwóch małych wzgórzach z gajami oliwnymi, bez dostępu do bieżącej wody, latem pełnych kurzu, a zimą błota, mieszkało czasem nawet po 20 tys. ludzi zdanych na często heroiczną pomoc wolontariuszy, organizacji pozarządowych i ubezwłasnowolnionej tu w praktyce ONZ. Obóz niemal w całości spłonął w minionym tygodniu (na zdj.), być może podpalony przez mieszkańców – dochodzenie trwa. Wcześniej – po tym, gdy wykryto tu pierwszy przypadek ­COVID-19 – greckie wojsko otoczyło go kordonem. Przez ostatnie miesiące na Lesbos rosło napięcie między uchodźcami i migrantami a mieszkańcami wyspy – nikt, kto tu był, nie miał wątpliwości, że kiedyś dojdzie do katastrofy. Pierwsza, spontaniczna reakcja na pożar rzecznika greckiego rządu („niektórzy nie szanują państwa, które ich gości”) zabrzmiała więc jak wyjęta z dramatu Mrożka.

Teraz, tydzień po wielkim ogniu, tysiące ludzi wciąż śpi pod gołym niebem, a pomagający im spotykali takich, którzy nie jedli od dwóch, trzech dni. Dystrybucję żywności miało organizować wojsko, ale się wycofało. Dyskutuje się o przyszłości – i migranci, i Grecy nie chcą budowy nowego obozu. Ale poza symbolicznym gestem paru krajów Europy – przyjęcia kilkuset dzieci-uchodźców z Morii – zapewne zmieni się niewiele.

W 2020 r. Moria była już bardziej obozem imigrantów niż uchodźców – połowę jej mieszkańców stanowili Afgańczycy (także z Iranu, gdzie od czasu sowieckiej inwazji osiedliło się ich kilkaset tysiecy); żyło tu też wielu Kongijczyków i Kameruńczyków, którzy do sąsiedniej Turcji dotarli samolotami. Syryjczykiem był co piąty – choć turecki prezydent Erdoğan wciąż przekonuje Europę, że to on trzyma ją w szachu, na przemian otwierając lub zamykając granice właśnie dla uchodźców z Syrii.

Niezależnie jednak od statusu mieszkańców – który w niczym nie umniejsza ich tragedii ani skandalu istnienia samego obozu – Moria i podobne, mniejsze miejsca na wyspach Samos i Kos powinny być dla nas na Zachodzie czymś więcej niż powodem do wstydu. Właśnie za sprawą Morii pierwszy raz od wielu dekad zorientowaliśmy się, że w Europie powstają miejsca, w których pewne grupy ludzi traktuje się inaczej niż inne, ograniczając ich prawa człowieka oraz lekceważąc godność. Kiedy kilkanaście tysięcy ludzi traci dach nad głową, z ust polityków płyną zwykle słowa kondolencji. Po pożarze Morii zaległa cisza. Tak wielki kłopot z przyznaniem, że jej mieszkańcy należą do Europy już od pierwszych chwil, gdy dobili pontonami do brzegów Lesbos, to zła wiadomość i koszmarny prognostyk – dla nas wszystkich. ©℗


Na wyspie Lesbos znajduje się obóz Moria - zaplanowany dla 3 tysięcy ludzi, mieści dziś 20 tysięcy uchodźców i migrantów z Syrii, Afganistanu, a także Afryki. Władze zrobiły z wyspy wielką, zostawioną samej sobie, „poczekalnię” dla uchodźców. Gdy na wyspę przyjeżdżają aktywiści skrajnej prawicy z kontynentu, zaczyna się przemoc. Opowiada reporter „Tygodnika” Marcin Żyła.

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]