Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Między fistułą a filozofią

Między fistułą a filozofią

01.02.2011
Czyta się kilka minut
Mowa wygłoszona z okazji wręczenia Nagrody im. Kazimierza Wyki 19 stycznia 2011 r. w Krakowie.
C

Chciałbym czytać książki krytyków nie od strony ich poglądów, nie od strony tego, co o świecie mówią, ale od strony ich życiowego uwikłania.

"Instytucja nagród literackich już sama przez się nie jest czynnikiem wywołującym harmonię, a cóż dopiero, kiedy wyróżniony zostaje krytyk, którego działalność z natury jest powołana do budzenia zadrażnień, niechęci i uraz". Tak Kazimierz Wyka w roku 1937 pisał z okazji przyznania Nagrody Państwowej Wacławowi Borowemu. Miał rację.

Krytyka, przynajmniej od czasów Brzozowskiego czy Irzykowskiego, wywołuje w Polsce więcej nieporozumienia niż porozumienia, więcej urazów niż refleksji . Ale też nie miał racji, mówiąc, że działalność krytyka z natury rzeczy musi wywoływać zadrażnienia i  niechęci. Krytyka bowiem nie jest rzeczą naturalną, nic w niej nie dokonuje się "z natury", albowiem - od czasów Mochnackiego, Brzozowskiego i Irzykowskiego - krytyka jest pracą kulturalną, w której chodzi nie o to, jak jest, ale jak się różnym ludziom z różnych powodów wydaje. Krytyka bowiem w moim rozumieniu to ani recenzenctwo, ani objaśniactwo, lecz majstrowanie przy jednostkowym i zbiorowym imaginarium.

Co mnie w czytaniu krytyków interesuje najbardziej? Czytam ich niemal od zawsze, przynajmniej od czasu, gdy po raz pierwszy, przygotowując się do olimpiady polonistycznej, przeczytałem "Rzecz wyobraźni" Kazimierza Wyki. Było późne lato 1980 r., Wyka już nie żył, w Polsce było jakoś pusto, a moje podróże autostopem na południe podsunęły mi dziwną myśl o studiowaniu w Krakowie.

Jak więc czytać krytyków? Jak pisać o nich? Co z nimi robić? Oczywiście najpierw trzeba zapytać, o kogo pytamy, kto ma czytać krytyków? Wiadomo, że krytyków czytają wyłącznie inni krytycy, żeby z nimi polemizować, skrycie im zazdrościć lub na nich się powoływać. Żadna z tych trzech strategii w najmniejszym stopniu nie oddaje sprawiedliwości krytykowi, ale też nawet tego nie ukrywa. Polemista w sposób oczywisty ustawia sobie przeciwnika i z rozkoszą godną lepszej sprawy - nie wiem, czy akurat ja powinienem używać takiej metafory - pierze go po pysku.

Krytycznoliteracki frustrat - brat bliźniak ignoranta - choć udaje, że innego krytyka czyta, to jednak tego nie robi, doprowadzając do perfekcji znaną i skuteczną tezę teoriopoznawczą, że czego się nie czyta, tego nie ma. Ten natomiast, kto się na innych krytyków powołuje, chce jedynie udowodnić, że skoro Błoński albo Jarzębski napisali coś, co przypomina jego elukubracje, to on także musi mieć rację.

W żadnym z tych trzech przypadków nie chodzi tak naprawdę o to, co powiedział inny krytyk, ale o to, żeby samemu mieć rację. Bo w świecie krytyki racja - nie Polska - jest najważniejsza. Tu trzeba zacytować Antoniego Słonimskiego i jego "Kronikę tygodniową" z 26 czerwca 1927 roku: "Nie ma ludzi bardziej nudnych od tych, którzy mają rację".

Na szczęście poza złośliwymi pieniaczami krytykami są jeszcze skromni literaturoznawcy, których znana powszechnie powściągliwość i benedyktyńska praca naprawdę oddaje sprawiedliwość krytyce. Niemal wszyscy zawodowo zajmujący się literaturą gramy w jedną i tę samą grę, zwaną rekonstrukcją poglądów. Jest to, jak wiadomo, abecadło każdej roboty metakrytycznej: przeczytać pisma krytyka i następnie opowiedzieć własnymi słowami, co on sam powiedział albo też co powiedzieć chciał, ale nie potrafił albo nie zamierzał.

Sztuka streszczania nie jest łatwa, a sztuka dobrego streszczania jest jeszcze trudniejsza, i po tym widać klasę krytyka, że to, co inni powiedzieli na trzystu stronach, on streścił w jednym akapicie. Bardziej wtajemniczeni powiedzieliby: badacze nie zajmują się streszczeniami, ale ambitniejsze dzieło przedsiębiorą i traktują dzieła krytyków, tak jak dawniej traktowało się utwory literackie: nie pod kątem treści, ale formy.

Odkąd odkryto, że krytyk jest też pisarzem, nastąpiła inwazja analiz tego, jak są zrobione teksty krytyczne. Widocznie przeczytano już uważnie wszystkie teksty literackie, skoro zaczęto dłubać przy ich analizach. Niedługi jest czas, kiedy to prace doktorskie będzie się pisać z analiz analiz dzieł literackich. Poziomy zresztą można skomplikować jeszcze bardziej. W fascynującym dziełku "Roland Barthes par Roland Barthes" autor pisze o sobie w trzeciej osobie i zastanawia się nad swoimi obsesjami literackimi. On sam jest krytykiem samego siebie, a więc pisze o sobie z poziomu zarezerwowanego dla kogoś innego.

To jednak nie wszystko, albowiem jest on także autorem recenzji z własnego dziełka, w której, z dystansu, czyta nie tylko to, co mówi w pierwszej, ale także to, co mówi o sobie w trzeciej osobie. Kiedy więc Henryk Markiewicz, udatnie konkurując z rosyjskimi formalistami, bada, jak jest zrobiony "Beniaminek" Karola Irzykowskiego, pamflet na Boya-

-Żeleńskiego, to jasne jest, że kiedyś będzie musiała powstać dysertacja na temat tego, jak Markiewicz czytał Irzykowskiego czytającego Boya czytającego literaturę. A jeśliby się okazało, że autor takiej dysertacji w przyszłości zasłynie z podobnej roboty wykonanej na Janion, Głowińskim i innych wielkich polskich krytykach uhonorowanych Nagrodą im. Kazimierza Wyki, to będzie musiał pojawić się doktorant (albowiem tak właśnie, jako reprodukujące się fatum, rozwija się Akademia), który i naszego meta-meta-meta-autora odpowiednio zanalizuje i dostanie za to Meta Nagrodę Kazimierza Wyki. I to będzie prawdziwa meta naszego wyścigu.

Niby żartuję, ale jednak nie bardzo. Wszystko się na tym świecie wyczerpuje: ropa naftowa, Małysz, paradygmat romantyczny, poezja Bronisława Maja, więc dlaczego nie miałyby się wyczerpywać języki, jakimi o krytyce mówimy? Oczywiście nadal można streszczać i nadal trzeba streszczać, ale co zrobić, kiedy już streszczone i to streszczone dobrze? Co zrobić, kiedy już wszystko streszczone na dziesiątą stronę i streszczenia nowe coraz gorsze?

Bardziej wyrafinowani badacze powiadają wtedy: kontekstualizować! Dopisywać konteksty, dorysowywać wąsy, przebierać i transwestować, przepraszam: trawestować, czyli przepisywać na inny język, dołączać towarzystwo, dopisywać genealogię.

Krytyka, pisał Irzykowski równolegle do Bachtina, w ogóle go nie znając, jest "mówieniem z cudzej myśli". Więc trzeba by pokazywać, z jakiej myśli cudzej wybitni krytycy mówili, co przemycali obcego, co cytowali skrycie, co przekręcali, co fałszowali, co mówili całkiem po swojemu, czyli - w poważnym sensie tego słowa - parodiowali.

To bardzo ciekawe zajęcie skądinąd, piekielnie ważne: wpisać Brzozowskiego w Patera czy Irzykowskiego w Simmla, ale zauważmy: im bliżej naszych czasów, tym mniej tych kontekstów, jakby niewidzialne nici, łączące nas z innym światem się pourywały, a my asystujemy pochodowi samorodnych talentów. Kto wie, czy ostatnim takim krytykiem, który czerpał właśnie skądinąd, i którego przedwojenne zadłużenia często się opisuje, nie był Kazimierz Wyka, ale Wyka powojenny, w oczach krytyków, już siedzi sam i bada polski romantyzm albo modernizm, stróżuje polskiej tradycji.

A gdzie szersze konteksty jego uczniów: Jerzego Kwiatkowskiego, Andrzeja Kijowskiego, nawet Jana Błońskiego (największego z nich okcydentalisty), który w latach 60. przemycił z Francji najwięcej chodliwego towaru? Co by nam powiedziała historia powojennej krytyki polskiej, gdyby powstała i gdyby próbowała dopisać obce konteksty do rodzimych tekstów?

Mnie by bardzo taka historia polskiej krytyki podnieciła, pod warunkiem jednak, że sprostałaby w pisaniu tym, którymi miałaby się zająć. Że porwałaby czytelnika, złapała za mózg i serce i tymi dwoma organami porządnie by potrząsła. Żeby - znów Irzykowski - miała "słuch do myśli". Bo jak się człowiek słucha myśli, to i pisanie sprzyja.

Mówię o krytyce, ale myślę o krytykach. Bo tak naprawdę, to mnie interesuje najbardziej. Żadne prądy, żadne kierunki, żadne przekroje, lecz raczej idiomy i idiosynkrazje. Bo tak naprawdę, najbardziej interesują mnie ludzie, którzy piszą. Ludzie ogarnięci nieustępliwą namiętnością pisania. Bo krytyk to nie ktoś, kto wydaje sąd lub ktoś, kto coś innym uświadamia. Krytyk to przede wszystkim ktoś, kto pisze.

W tym sensie spory między literaturą a krytyką o to, która jest ważniejsza, a która pośledniejsza, która jest pierwsza, a która druga, są kompletnie nieistotne. Nigdy mnie taka alternatywa nie przekonywała i dlatego pasjonowali mnie krytycy, którzy uchylali się od jednoznacznej kwalifikacji: Friedrich Schlegel, György Lukács, Jacques Derrida, Friedrich Nietzsche, Roland Barthes.

Rzecz wszelako nie polegała nigdy na tym, by umieścić się na ziemi niczyjej, "na prawie że dziewiczym u nas pograniczu literatury i filozofii", jak pisał w 1938 r. o twórczości Bolesława Micińskiego Kazimierz Wyka. Zawsze bardziej odpowiadało mi ujęcie Karola Irzykowskiego, który starał się wytrwale pokazywać, że "nie ma ściany ani przepaści między tymi dwoma działaniami umysłu", i że choć z punktu widzenia (czy raczej słyszenia) języka mogą istnieć różnice między krytyką a literaturą (choć wcale nie muszą), tak z punktu widzenia pracy intelektualnej czy też, jak mówił Irzykowski, "warsztatu ducha", takich różnic nie ma. Literatura bowiem, jak krytyka, albo ma coś do powiedzenia o świecie, albo nie ma się nią co zajmować.

I teraz Irzykowski mówi rzecz najciekawszą: "Krytyk tak samo jak poeta powinien żyć pełnym życiem - a nadto brać wciąż udział we wszelkich zmaganiach się myśli abstrakcyjnej: w kulturze, w polityce, w filozofii, w estetyce itd.". To, że taki właśnie powinien być obowiązek krytyka, to jasne. Irzykowski jednak taki sam obowiązek nakłada na literaturę, albowiem w obu wypadkach "jest to ten sam warsztat gospodarki ducha".

Z tej perspektywy arcydzieło - literackie czy krytyczne, to bez znaczenia - jest wytworem takiego warsztatu, z którego sypią się iskry. Nie iskanie, lecz iskrzenie: to najudatniej charakteryzuje pisarskie arcydzieło. Iskacz czy iskrzyciel: oto dylemat, przed jakim staje każdy krytyk.

Tak więc pisarz powinien myśleć, i to myśleć ciekawie. Czy jest tak teraz, dziś, tutaj, w Polsce, śmiem wątpić, ale utyskiwanie na iskający charakter polskiej literatury współczesnej odkładam na mniej świąteczną okazję. Tak więc druga strona równania Irzykowskiego jest taka, że krytyk powinien żyć, i to żyć, jak powiada Irzykowski, "pełnym życiem".

I tu dochodzę do mojej kwestii: jak czytać krytyków? Otóż chciałbym czytać ich książki albo książki o nich nie tyle, nie tylko od strony argumentów, nie od strony takich lub innych poglądów, nie od strony tego, co o świecie mówią, ale od strony ich życiowego uwikłania.

Od razu rozwieję zbyt łatwe podejrzenia: nie ciekawi mnie bynajmniej plotkarska historia krytyki, nie interesują tzw. życiowe problemy. Cytuję Jerzego Stempowskiego z eseju "Czytelnik o krytyce" z roku 1928: "Krytyk lub historyk literatury, wchodzący do autora przez kuchnię, zaglądający do garnków, w których gotuje się obiad dla wielkiego człowieka, badający służącą, czy wielki autor nie cierpi na fistułę lub inną chorobę, z której można by wysnuć nieoczekiwane wnioski literackie, napełniają czytelnika nudą i obrzydzeniem".

Choć nie mam nic przeciwko wchodzeniu do czyjejś kuchni i zaglądaniu do garnków wielkiego człowieka i nie mam też chyba nic przeciwko "badaniu służącej" i nawet fistuła mnie nie tak całkiem brzydzi, jak niespiesznego przechodnia, to jednak oczywiście zgadzam się ze Stempowskim, że bardzo łatwo, mówiąc o życiowym uwikłaniu, osiąść na mieliźnie taniej eksplikacji.

Interesuje mnie więc życie krytyka, które splata się z jego poglądami, które pozwala mi jego poglądy zrozumieć. A więc: czego się bał, czego pragnął, co lekceważył, czego znaczenie przeceniał, czym się zakrywał (i czym odkrywał), czego nie cierpiał i z jakiego powodu cierpiał, w czym sam siebie oszukiwał, w czym oszukiwał nas?

Nieintelektualna strona egzystencji wychodzi na wierzch w jego pozornie niewinnej pracy czernienia papieru. Interesuje mnie więc "osobista natura wewnętrznych potrzeb i tęsknot", jak nazwał to w swoim "Pamiętniku" Stanisław Brzozowski.

Kiedy przeglądam pierwsze wydanie "Pamiętnika", kupione za bezcen w bydgoskim antykwariacie, to widzę, że ćwierć wieku temu podkreśliłem mocno następujący fragment, zapis z 30 grudnia 1910 roku: "powinniśmy nauczyć się odnajdywania osobistości poza przedmiotowymi, nieosobistymi sposobami wypowiadania".

Pojęcia mają swoje ucieleśnienia, podobnie jak ciała mają swoje upojęciowienia. Życie nie obywa się bez pojęć ani pojęcia bez życia, ani rozum bez emocji, ani emocje bez rozumu. Każdy nie tylko żyje, jak myśli, ale także myśli, jak żyje, i dlatego (jak mawiał Brzozowski) co nie jest autobiografią, nie jest w ogóle.

Ale żeby się nie ześliznąć w zwykłe anegdoty z jednej strony (choć bez anegdot ani rusz), z drugiej zaś w prosty intelektualizm (bez tęgiego intelektu daleko nie zajedziemy), trzeba postępować bardzo ostrożnie, nawigując zręcznie między fistułą a filozofią. Z pewnością autor takiego dzieła, które od czasu do czasu musi przecież powstać, zasłuży w przyszłości na Nagrodę im. Kazimierza Wyki, który jako uczeń Stanisława Brzozowskiego musiał z upodobaniem czytać następujący fragment w "Pamiętniku": "Browning, Blake, Hegel. Przecież czuję, a nawet wiem, że mam o tych ludziach dużo do powiedzenia, że ich znam, że są to dla mnie żywi ludzie".

Podobnie i ja: czuję, a nawet wiem, że jest jeszcze sporo do powiedzenia o żywych, najżywszych ludziach, choćby nosili obco brzmiące nazwiska: Browning, Blake, Hegel. Właśnie, Hegel. Znajomi mnie od czasu do czasu pytają: co ty z tym Heglem ciągle? Nie odpowiadałem nigdy, bo rzecz wstydliwa, ale przy takiej okazji mogę powiedzieć. Otóż, przeczytałem kiedyś w starym senniku: "Do Hegla się odwoływać - opływać w dostatki".

Odebrawszy Nagrodę im. Kazimierza Wyki, mogę powiedzieć śmiało, że stare senniki nie zawsze wierutnie kłamią.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teoretyk literatury, eseista, krytyk literacki, publicysta, tłumacz, filozof. Dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada w Krakowie. Stefan and Lucy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]