Reklama

Świat, jaki jest, każdy widzi... inaczej

Świat, jaki jest, każdy widzi... inaczej

15.06.2020
Czyta się kilka minut
Dla jednych świat przesłania swoimi widzialnymi formami niewidzialne tło, dla drugich niczego poza swoją powierzchnią nie skrywa. Jednym i drugim – by zrozumieli swe doświadczenie – przydałaby się literatura.
ANDRZEJ WIERNICKI / EAST NEWS
T

Trzy powieści

Mężczyzna koło trzydziestki budzi się pewnego ranka i widzi, że nie wszystko jest tak, jak było dotąd. Gospodyni nie przyniosła mu, jak zwykle, śniadania. Zamiast niej do pokoju wszedł jakiś obcy człowiek, oznajmiając mu, że został zatrzymany. Zatrzymany? Przez kogo? Dlaczego? Na te pytania mężczyzna nie może znaleźć odpowiedzi. Wszyscy na niego patrzą, łącznie z sąsiadami wyglądającymi z okien pobliskich kamienic, ale on sam widzi tylko kunsztownie uszytą kamizelkę opinającą ciało nieznajomego. Jego usilnie podejmowane od tej pory starania, by zobaczyć sąd i jego przedstawicieli, spełzną na niczym. Odtąd będzie chciał zobaczyć sąd, który prowadzi wobec niego dochodzenie, i sędziego, który może go skazać, ale nie uda mu się to. Wszystko, co wpędziło go w nieprzezwyciężalne kłopoty, zostało usunięte z pola widzenia i tkwi poza zasięgiem jego wiedzy. Mężczyzna widzi wiele, ogląda nawet obraz najwyższego sędziego, ale nie może przeniknąć wzrokiem wskroś muru mylących znaków do niewidzialnej sfery, w której być może kryje się wytłumaczenie jego niepowodzeń. Gdy w końcu przybędzie na miejsce kaźni, zapyta sam siebie: gdzie sędzia, którego nigdy nie widział, gdzie sąd, przed którym nigdy de facto nie stanął?

Inny mężczyzna, w tym samym wieku, przybywa do wsi u stóp zamku, szukając pracy. Podobno został zatrudniony przez urząd jako mierniczy, ale nie jest to wcale pewne. Chce dostać się do zamku, aby sprawdzić, czy faktycznie jest zatrudniony, ale mu się to, mimo wielu prób, nie udaje. Wciąż pada śnieg, drogi są zasypane, zamek spowija nieprzenikniona mgła. Wieśniacy drżą na samą myśl o władzy wydającej nakazy i rozkazy z niewidzialnych kancelarii. Mężczyzna męczy się, chcąc przeniknąć – dosłownie i w przenośni – tuman otaczający zamek, ale w końcu traci siły, poddaje się i godzi na swój los. Nie zostaje zabity przez wysłanników niewidzialnego sądu, jak jego kolega w mieście. Znajduje pocieszenie wśród pokojówek w gospodzie, z dala od ukrytego i złowieszczego (choć całkowicie dysfunkcyjnego) centrum władzy.

Trzeci mężczyzna, najmłodszy z nich, jeszcze chłopiec, wyprawia się za ocean, by znaleźć swoje miejsce z dala od ciasnoty starego kontynentu. Stara się jako tako oswoić z nowym światem, ale w chwili, w której zaczyna mu to wychodzić, coś niezrozumiałego – jakaś niewidzialna siła – wypycha go z ledwie co oswojonego kontekstu i katapultuje w coraz bardziej niezrozumiałe rejony egzystencji. Chłopak z trudem przyswaja nieznane dotąd kształty nowoczesnej cywilizacji – osobliwe formy widzialnego – ale nie umie przebić się przez otaczającą go chmurę niewiedzy: błąka się po przepastnym kontynencie, rzucany z kąta w kąt przez nieznany mu żywioł.

Streściłem w najogólniejszych zarysach trzy niedokończone powieści Kafki – „Proces”, „Zamek” i „Zaginionego” – kładąc nacisk na uderzające podobieństwa. Tym, co łączy te utwory, jest zderzenie widzialnego z niewidzialnym. Bohater stara się przebić wzrokiem warstwę widzialnych pozorów, by zrozumieć własne położenie i dotrzeć do niewidzialnej sfery sensu, której odkrycie pozwoli mu pokierować swym życiem. Jednak jego wysiłki idą na marne. Jest tak, jakby Kafkowski człowiek skazany był na obracanie się po omacku w kręgu tego, co widać, bez najmniejszej szansy na rozświetlenie kurzawy zjawisk. Gdy tylko zdaje mu się, że już, już bliski jest rozgonienia mgły, ta gęstnieje jeszcze bardziej, przesłaniając wszystko.

Apokalipsa obraca się w swoje przeciwieństwo: zamiast odsłaniać ostateczną tajemnicę, zasłania ją na zawsze.

Nowoczesność w pigułce

Kafka dość precyzyjnie opisał doświadczenie nowoczesne, a raczej jedną z jego kluczowych charakterystyk. Świat przednowoczesny tkwił w pewności dwudzielnego porządku. Musiało istnieć jakieś niewidzialne tło nadające temu, co widzialne, znaczenie. Tłem tym był Bóg, którego bliska obecność gwarantowała stabilność podstaw świata. To, co ukryte, rządziło tym, co jawne. Wystarczyło nauczyć się tę jawność umiejętnie odczytywać. Jednak gdy człowiek zaczął powoli sam siebie stawiać na miejscu Boga, ta oczywista topologia uległa nadszarpnięciu. Szukając dla swojego życia uzasadnienia pozbawionego oparcia w boskim autorytecie, ludzkość odkryła ze zdumieniem, że może jedynie błądzić pośród obfitości znaków, które nie składają się w żaden spójny obraz, nie mają żadnego oczywistego przesłania. To, co widać, okazało się tym, co jest, i niczym ponadto. I odwrotnie: to, czego nie widać, jest niewidoczne, gdyż nie istnieje. Nowoczesność rozkleiła tradycyjny obraz świata składający się z mylących pozorów i prawdziwego podłoża zjawisk.

Nietzsche – na jednym z biegunów nowoczesności – twierdził, że wspomniana zmiana jest dobrodziejstwem, gdyż nie ma nic piękniejszego niż mieniąca się wszystkimi barwami, nieskrywająca niczego powierzchnia świata. Kafka uważał inaczej: niewidzialne skazuje nas na nieprzezwyciężalną niepewność. Nietzsche w zanurzeniu się w immanencji świata widział lekarstwo na tęsknotę za niewidzialnym. Kafka był zdania, że do niewidzialnego nigdy nie przestaniemy się dobijać.

Było objawienie czy nie?

W jednym z najciekawszych sporów o Kafkę, jakie przetoczyły się przez XX wiek, wzięli udział dwaj żydowscy ­myśliciele ­Gershom Scholem i Walter Benjamin. Pierwszy z nich uważał, że utwory Kafki stanowią zagadkowy komentarz do żydowskiego objawienia, które daje się wykładać na wiele sposobów, wedle zasad wywodzących się z tradycji komentowania Tory (zwłaszcza z kabały, która, dowodził Scholem, bez Kafki jest dziś mało zrozumiała, podobnie jak Kafka bez niej). Drugi natomiast uważał, że dzieło Kafki należy czytać jako świadectwo odcięcia od wszelkiego objawienia, jest bowiem to dzieło zbiorem tekstów, które odsyłają do samych siebie (w nieskończonym ruchu odwlekania sensu), a nie do transcendencji (jakkolwiek byśmy jej nie zdefiniowali). Scholem uważał, że bohaterowie Kafki nie potrafią odczytać świętego tekstu rzeczywistości, nie miał jednak wątpliwości, że tekst ów, objawiający niewidzialny świat, w ich rękach jakoś się znalazł. Benjamin z kolei sądził, że nic takiego nigdy nie nastąpiło i że Pismo od samego początku było kolekcją świeckich tekstów, w których na próżno szukamy prawdy.

Według Scholema objawienie (czyli transfer niewidzialnego w widzialne) nastąpiło i trzeba szukać sposobów na jego zrozumienie. Według Benjamina tym, co zostało objawione, jest niemożliwość samego objawienia. Innymi słowy, Scholem był przekonany, że bohaterowie Kafki mogą dotrzeć do tego, co niewidzialne, mimo że to, co widzialne, jest zagadkowe, a nawet nieodczytywalne. Benjamin z kolei wolał drobne zdarzenia pojawiające się na powierzchni samego tekstu, jak na przykład gesty pani Czyżyk, aktorki prowincjonalnego teatru żargonowego, opisane przez Kafkę na pierwszych stronach „Dziennika”.

Orfeusz i inni

Można te dwa stanowiska łatwo zredefiniować w kontekście czytania literatury jako takiej, a nie tylko tekstów pochodzących z tradycji żydowskiej.

Można czytać teksty literackie jako narzędzie objawienia prawdy, która wciela się w widzialne znaki, ale można też czytać literaturę jako dowód na to, że jakaś zewnętrzna prawda nie ma do niej żadnego dostępu. Pierwszy sposób niewątpliwie czerpie z obszaru teologicznego: tak jak dawniej poprzez święte teksty przemawiał Bóg, tak teraz – w epoce zeświecczenia – coś niewidzialnego wciela się w widzialne znaki. Naszym, czytelników, zadaniem jest przejście tej drogi w przeciwną stronę: rekonstrukcja sensu, którego wpierw nie było widać, ale który stanie się widoczny, gdy zastosujemy właściwe instrumenty egzegezy. Nic w tym zabiegu wyjątkowego czy hermetycznego: niemal wszyscy tak właśnie czytamy, wierząc, że teksty literackie kryją w sobie coś głębszego, jakieś sekretne znaczenia, które trzeba z niewidzialnej strefy powoli wyprowadzać, tak jak Orfeusz wyprowadzał z podziemi Eurydykę. Jeśli tym wyprowadzaniem sensu z niejawnego w jawne zajmuje się hermeneutyka, to jasne jest, że wszyscy czytelnicy domagający się oczywistości przesłania tekstu literackiego są zawołanymi hermeneutami. Kto niewidoczne na pierwszy rzut oka znaczenia nazwie i pokaże światu, ten czuje się wtajemniczony (Hermes był bogiem wtajemniczeń) i chełpi się przewagą nad innymi, profanami.

Nie sposób przecenić wagi tej postawy: od chwili, w której pozaświatowe źródła sensu zaczęły bezpowrotnie ubożeć (bo Bóg umarł i tak dalej), literatura traktowana była jako rekompensata tej utraty. Ten, dla którego świat utracił głębsze znaczenie, mógł odnaleźć namiastkę sensu w świeckim tekście. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie, na przełomie XVIII i XIX wieku, w kręgu niemieckich romantyków powstało pojęcie absolutu literackiego, którego otchłań dawała nadzieję na ponowne zaczarowanie szybko odczarowującego się świata.

„Niewidzialne” stało się zawołaniem bojowym wszystkich rozczarowanych pustą widzialnością.

Barwne łuski słów

Ale to tylko jedna strona medalu, ta ukryta. Nie trzeba było długo czekać, by nowoczesność wynalazła inny sposób na uporanie się z erozją znaczenia. Skoro niewidzialne (czy transcendencja) tak łatwo dało się zawłaszczyć przez quasi-religijne czy pseudomistyczne rozumienie literatury, w myśl którego jest ona objawieniem czegoś „ponad” i czegoś „poza”, należało zradykalizować roszczenie i powiedzieć coś odwrotnego. Nie objawienie prawdy się liczy, lecz piękno samo. Piękno, które jest poza dobrem i złem, poza prawdą i fałszem. W szukaniu prawdy każdy ma jakiś interes, a skoro tak, to łatwo ten interes zafałszować. Piękno, jak sugerował już Kant, jest bezinteresowne w tym sensie, że podziw dla niego zawiesza wszelką dyskusję na temat prawdy i ogranicza się jedynie do kontemplacji widzialnych kształtów.

Nadzmysłowość została zastąpiona zmysłowością. Ale zmysłowością jakiego rodzaju? Stéphane Mallarmé uważał, że relacje między słowami przypominają grę odbić między błyszczącymi powierzchniami drogich kamieni. Później malarze zaczęli domagać się uwagi dla samej powierzchni malowidła, nie zaś dla tego, co zostało przedstawione. W ten sposób w świeckiej dziedzinie sztuki ustanowiona została nowoczesna dialektyka niewidzialnego i widzialnego, która zastąpiła teologiczną tożsamość objawienia i rzeczywistości. Dawniej tekst rzeczywistości był zrozumiały jedynie wtedy, gdy odsyłał do swego niewidzialnego zaplecza, które albo czyniło się widzialnym z własnej woli poprzez objawienie (Boga znamy przez jego dzieła), albo wycofywało się całkowicie w niepoznawalność (Boga nikt nigdy nie widział), albo okazywało się nie istnieć (Bóg nie istnieje, bo istnienie przynależy temu, co można wypowiedzieć, a Boga wypowiedzieć się nie da). W nowoczesności natomiast pozbawione boskiej opieki teksty (i szerzej: wszelkie dzieła stworzone przez ludzi) albo domagają się od nas egzegezy ukrytych znaczeń, albo domagają się samej tylko kontemplacji, podziwu dla misternej konstrukcji słów lub barw.

Tak podzieliła się nowoczesność w swoich głównych nurtach: albo niewidzialne, albo widzialne. Rzadko coś pośredniego.

Logika paranoi

Ta nowoczesna dialektyka widzialnego i niewidzialnego nie odnosi się, rzecz jasna, tylko do sztuki. Nowoczesność z przerażeniem odkryła, że życiem ludzkim, po zejściu Boga ze sceny świata, zaczęły kierować siły, nad którymi nie mamy władzy, choć które – zapewne – sami wyzwoliliśmy. Utopia wolności, jaką człowiek zyskał, wyswobodziwszy się z krepującej go transcendencji, szybko przeistoczyła się w przerażenie potęgą niewidzialnych procesów pozbawiających jednostkę panowania nad sobą. Na tym właśnie polegała modernizacja: na podporządkowaniu człowieka nieuchronności – ale nie boskich wyroków, nie natury, tylko historii, która zaczęła pożerać swoje najmniej do nowej sytuacji przystosowane dzieci, wciąż tęskniące za utraconym rajem.

I tak niewidzialne ponownie zaczęło święcić tryumfy nad widzialnym, a my zaczęliśmy się głowić, jak odkryć jego kolejne prawdziwe oblicze. Tym razem jednak niewidzialne mieściło się już nie po stronie nieludzkiej transcendencji, lecz po stronie całkiem ludzkiej przebiegłości. Tak powstała nowoczesna logika paranoi, która – pozbawiona sakralnych narzędzi objaśniania rzeczywistości – ­źródeł ludzkiego nieszczęścia szukała w najprzeróżniejszych spiskach. ­Paranoik uważa, że bez działania obcych, niewidzialnych sił – wrogich mocarstw, Żydów, burżujów, kapitalistów, masonów, gejów (lista jest znana i długa) – nie sposób wytłumaczyć egzystencjalnej mizerii. W jego mniemaniu nie może być ona skutkiem procesu, który miał przecież doprowadzić rodzaj ludzki do powszechnej satysfakcji. Ktoś musiał w pewnym momencie przejąć kontrolę nad światem. Jeśli dawniej wiadomo było, kto – cesarz, król, papież – to teraz centrum złośliwego dowodzenia odsunęło się na bezpieczną – niewidzialną – odległość. Nie wolno – przekonuje paranoik – ustawać w odsłanianiu przyczyn świeckiego zła.

Niewidzialnego Boga zastąpił jego wróg – niewidzialny Diabeł, ale zasada pozostała ta sama: nie da się wyjaśnić świata, odwołując się jedynie do tego, co widać, bo kierujące nim mechanizmy buzują pod jego powierzchnią i nie mają – jak globalizm czy turbo-kapitalizm – żadnej twarzy, którą można by obarczyć winą za pieską kondycję życia. Tak jak człowiek przez stulecia trwożył się w obliczu boskich wyroków, tak dziś w bardzo późnej nowoczesności, pod naporem niedających się łatwo opanować sił, stara się on na próżno wyczytać z mnożących się znaków jakieś kojące lub złowieszcze przesłanie.

Wygląda na to, że niewidzialnego nie możemy się pozbyć, że nie możemy zadowolić się samym widzialnym. Znaczyłoby to, ni mniej, ni więcej, że rację mają ci badacze ludzkiej historii, którzy w jej rozwoju nie widzą wielkich cezur i skoków, lecz tylko łagodne transformacje ludzkich ­potrzeb, które z porządku religijnego przeszły do porządku świeckiego, nie tracąc żadnej ze swych głównych cech.

Świat jaki jest, każdy widzi

Tak brzmi złota zasada zdrowego rozsądku. Doprawdy? Świat, jaki jest, każdy widzi? Każdy zapewne, jeśli tylko nic nie stoi na przeszkodzie, widzi, że świat jest, ale czy każdy widzi, jaki ten świat jest? Oczywiście, że nie. Bo nie żyjemy w jednym świecie, lecz w wielu, które często nie mają ze sobą nic wspólnego.

Dla jednych świat jest piekłem, dla innych niebem. Dla jednych tylko cienką błoną rozpiętą nad przerażającą otchłanią, dla drugich twardym gruntem, na którym rosną ich nadzieje. Dla jednych przesłania swoimi widzialnymi formami niewidzialne tło, dla drugich niczego poza swoją powierzchnią nie skrywa. Jedni ufają, że ta niewidzialna siła im sprzyja, drudzy obarczają ją wszystkimi możliwymi grzechami. Inni jeszcze, mniej zapewne liczni, nie widzą poza światem widzialnym niczego, co mogłoby im wyjaśnić znaczenie ich własnego życia. Jeśli, oczywiście, takiego wyjaśnienia się domagają, czego nie można wszelako zakładać. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teoretyk literatury, eseista, krytyk literacki, publicysta, tłumacz, filozof. Dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada w Krakowie. Stefan and Lucy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]