Lobbing? W Kościele uprawia się raczej dworskie gry na korytarzach, snuje intrygi, wyświadcza przysługi

Trochę mnie połechtało, że wpływowy kardynał uznał kobiety domagające się reform w Kościele za grupę lobbystyczną. Potem jednak ogarnął mnie pusty śmiech.
Czyta się kilka minut
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara

„Nie należy być częścią grupy lobbystycznej” – odparł kard. Jean-Claude Hollerich, dopytywany przez Crux Now o sprawy kobiet na nadchodzącym synodzie. To było zaskoczenie, bo arcybiskup Luksemburga i sekretarz trwającego synodu jest znany raczej z życzliwości wobec spraw kobiet w Kościele. Ciągnął: „Lobbing nie jest częścią kultury Kościoła, nie powinien być. Mamy inne narzędzia, takie jak modlitwa, dyskusja i słuchanie siebie nawzajem itp.”. Rozumiem, że metropolita niewielkiego państwa, które jest jednym z centrów finansowych świata i siedzibą europejskich instytucji oraz samo słynie z nieprzejrzystości udziału partnerów społecznych w procesie legislacyjnym, może być lobbingiem nieco sfrustrowany. Zresztą słowa „lobbysta” i „lobbing” nabrały negatywnej konotacji, ale niech mi dane będzie lobbystów nieco wybronić.

Choć jasne: lobbing to koszty, a zatem kasa i budowany z jej pomocą wpływ. Nawet robiony przejrzyście, zależy od kapitału, możliwości i doświadczenia politycznego ludzi, na których zatrudnienie ich stać.

W moim mieście podobno jest lobbystów 15-20 tysięcy, bo różne stowarzyszenia branżowe, organizacje społeczne oraz firmy i grupy biznesowe chcą mieć swoich przedstawicieli w Brukseli. Podobnie zresztą, jak chcą mieć przedstawicieli w Warszawie i innych stolicach. Mam więc sporo koleżanek i kolegów lobbystów, którzy pracują i dla korporacji, i dla nowych rozwiązań medycznych, i dla bliskich mojemu sercu organizacji pozarządowych. Są odzwierciedleniem grup interesów naszego kontynentu i nie ma powodu – zwłaszcza gdy spojrzeć na realne kompetencje posłów parlamentu krajowych i europejskiego – by im samym i ich rozumieniu świata pozostawiać decyzje, które oparte są na dość specjalistycznej wiedzy, a kształtują nasz rynek, życie i przyszłość. Udział różnych interesariuszy w tej rozmowie jest ważnym elementem tworzenia prawa. Powinien być przejrzysty, ale nie trzeba go demonizować. Można by nawet powiedzieć, że tak rozumiany lobbing ma wiele wspólnego z dyskusją i słuchaniem, które przeciwstawia mu arcybiskup Luksemburga.

Przez dekadę woziłam polskie delegacje, by słuchały, jak działają organizacje pozarządowe w USA. Jednym z najciekawszych spotkań było to o lobbingu w Waszyngtonie. Prowadzący zwykle zaczynał, rzucając na biurko grubą książkę telefoniczną. Był to rejestr waszyngtońskich lobbystów. Organizacje, nawet gdy nie były lobbystami, starały się mieć biuro lub przedstawiciela w stolicy, śledzić proces legislacyjny, spotykać się z reprezentantami tworzącymi prawo, informować o swoich obawach i pomysłach. Jeśli takie działanie nie zjadało zbyt dużej części ich budżetu, kwalifikowało się jako advocacy, czyli orędownictwo. Jeśli wysiłki organizacji i jej budżet budowanie wpływu pochłaniało w większym stopniu, zajmowała się lobbingiem, a dane jej pracowników lądowały w rejestrze. Organizacje, próbując wpływać na politykę, wchodziły w rozmaite sojusze. W tym samym miesiącu w sprawach związanych z Izraelem żydowska organizacja potrafiła działać w koalicji z ewangelikalnymi chrześcijanami, żeby jednocześnie w sprawie migracji stanąć po drugiej stronie politycznej barykady z lobbystkami reprezentującymi katolickie zakonnice.

Wróćmy jednak do przekonania kard. Hollericha, że lobbing nie należy do kultury Kościoła. Biorąc pod uwagę, że w Kościele żyjemy w monarchii absolutnej, zarówno w wersji watykańskiej, jak i rozsianych po świecie miniwersji kurii biskupich, może faktycznie to słowo nie należy do epoki, z której pochodzi kultura kościelna. U nas uprawia się raczej dworskie gry na korytarzach, snuje intrygi, wyświadcza przysługi. Przynosi prezenty, załatwia sprawy, uzyskuje dostęp do biskupiego ucha. I nie, nie ma tu żadnej wielkiej księgi rejestrującej szepczących do biskupich i kardynalskich uszu duchownych i polityków. Kto jednak raz stał w kolejce do biura biskupa za przedstawicielem grupy diecezjalnej dzierżącym prezent w postaci kompletu Rosenthala, słyszał o kopertach lub obserwował kariery lojalnych księży, ten wie, o czym mówię. Tak, lobbing nie jest naszą kulturą. Naszą jest fundamentalna nieprzejrzystość. No i oczywiście modlitwa (a jakże), dyskusja (kogo z kim?) i rzecz jasna modne w dobie synodu o synodalności słuchanie...

Trochę mnie połechtało, że kard. Hollerich ma nas za grupę lobbystyczną, bo to w sumie zakłada jakąś siłę, nowoczesność i profesjonalizm w budowaniu wpływu. Potem przypomniałam sobie jednak nasze mizerne budżety i marną pozycję wobec watykańskiego dworu. Lobbowanie? Tam się nawet nie da umówić na spotkanie! Przypomniałam sobie ten niezbyt czytelny i zmieniający się co chwilę proces synodalny, który obiecał globalne słuchanie, ale teraz zakitrał tematy kobiet w sekretnych komisjach. I jeszcze niejawny skład tych komisji, które mają decydować o miejscu kobiet w Kościele. Ogarnął mnie smutny, zrezygnowany śmiech. Takie z nas lobbystki, że musimy protestować na ulicach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Jak zostałam lobbystką