Wciąż kochają to, co robią, ale mają świadomość, że sztuka, jej twórcy i instytucje są w Polsce dramatycznie niedoceniane. I nikogo to specjalnie nie obchodzi. Zwłaszcza teraz, gdy wali się porządek światowy, artyści coraz częściej słyszą, że to nie czas, by martwić się kulturą.
Artyści skazani na nomadyzm
– Mieszkam w Krakowie, a pracuję w Teatrze Śląskim w Katowicach. Mąż ma angaż w Tarnowie. Na szczęście Kraków leży pośrodku i jest autostrada – opowiada Karina Grabowska. Oboje z mężem są aktorami, wykładają w szkołach teatralnych i okazjonalnie grają w reklamach. Projekty planują na zmianę – np. gdy on gra we wrześniu, ona robi to w październiku – a w wychowywaniu dwojga ich dzieci bierze udział cała rodzina. – Kiedyś w Tarnowie siedmioletni syn zagrał z nami w spektaklu, bo tyle wysiedział na próbach, że reżyser postanowił go zaangażować – wspomina Grabowska.
Na podobny nomadyzm godzi się większość aktorek i aktorów w Polsce, bo „poza Warszawą wszystko jest prowincją” i ciężko związać koniec z końcem – etat w kulturze to rzadki klejnot. Zresztą średnia płaca w instytucjach teatralnych w Polsce wynosi ok. 5050 zł brutto, a 30 proc. osób pracujących w całym sektorze kulturalnym deklaruje dochody niewiele przekraczające minimalne wynagrodzenie i sytuujące ich tuż nad progiem ubóstwa. Na dodatek 90 proc. przyznaje, że ich zarobki są nieregularne.
– Osoby, które wybierają pracę artystyczną, dużo częściej pracują na umowy o dzieło – mówi Anna Karpińska z Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS, współautorka badań nad sytuacją pracowników instytucji teatralnych. – Szczególnie trudne było doświadczenie pandemii w teatrze, bo ci, którzy pracowali na umowy cywilnoprawne, tracili angaże z dnia na dzień. Teraz etat z formy skrępowania zamienił się w wizję stabilizacji – tłumaczy. – Młodzi po szkołach godzą się na pół etatu za dwa tysiące, choć pracują całymi dniami, wieczorami i w weekendy.
Przemoc i mobbing od kulis
Taka intensywność rodzi silne więzi między ludźmi, tworząc zarazem szerokie pole do nadużyć. Sześć na dziesięć kobiet w teatrach twierdzi, że doświadcza złego traktowania. Wśród mężczyzn przyznaje się do tego połowa. Najczęściej jest to mobbing pionowy: ze strony przełożonych. – Jeszcze do niedawna królowało przekonanie, że na próbach jest przyzwolenie na wszystkie emocje – mówi Karina Grabowska. – Zdenerwowany reżyser miał prawo nakrzyczeć na cały zespół. Przemoc tę nazywano „wydobywaniem talentu”.
Na takie traktowanie nie ma już przyzwolenia, ale aktorstwo siłą rzeczy pozostanie zawodem opartym na pracy z ciałem i silnymi emocjami. To rodzi zagrożenie mobbingu poziomego, czyli przekroczeń ze strony współpracowników. – Przez lata musiałam słuchać masy seksistowskich żartów. Zdarzało się, że w akcji scenicznej któryś z kolegów dotknął mnie w nieumówiony wcześniej sposób. Kiedyś stało się tak, gdy nago grałam osobę martwą. Ciężko było zareagować i dać mu w pysk – opowiada aktorka.
Nic dziwnego, że w badaniach Uniwersytetu SWPS blisko połowa artystów przyznała, że odczuwa wypalenie zawodowe. Jednocześnie aż 70 proc. odpowiedziało, że gdyby mieli wybierać jeszcze raz – zrobiliby to samo.
– Wierzę w spotkanie z widzem – tłumaczy mi Grabowska. – Graliśmy kiedyś spektakl „Żywoty świętych osiedlowych”, o opiekunach osób z niepełnosprawnością. Ludzie przychodzili do nas i mówili: „Ja też tak mam. Opiekuję się swoją mamą, mężem, dzieckiem”. Dziękowali, że ktoś się w nich wsłuchał. Dla takich momentów się to wszystko znosi.
Malować czy pisać wnioski
– Wróciłem do malarstwa po dwudziestu latach, bardzo za nim tęskniłem. Nie znam nikogo, kto by na poważnie się temu poświęcał, jednocześnie pracując na etacie – mówi Marcin Mroczkowski. Artysta ukończył z wyróżnieniem krakowską Akademię Sztuk Pięknych, a karierę zaczął od zwycięstwa w konkursie debiutantów i wystawy w legnickim BWA. I na niej też zakończył.
Miał do wyboru – asystentura na uczelni, za którą w 2001 r. dostałby mniej niż 1000 zł, albo korporacja. Po dwóch dekadach tułaczki po firmach z branży odzieżowej, architektonicznej i projektującej kampery zdecydował, że ma dosyć. – Funkcjonuję jako malarz dzięki wyrozumiałej żonie, której jestem codziennie wdzięczny, że toleruje to skrzywienie. Wróciłem do sztuki, żeby odzyskać godność, i ona to rozumie – mówi.
Wśród jego znajomych z roku tworzy dziś ledwie kilkoro. Żyją z nauczania rysunku, dotacji i grantów, malują na zamówienie. Marcin jest jednym z niewielu, którzy mają własne miejsce do pracy.
– W Krakowie rozdawanych jest rocznie kilka stypendiów dla artystów audiowizualnych – mówi Monika Drożyńska, artystka sztuk wizualnych i hafciarka, którą spotykam w popularnej kawiarni Dym. – Raz do roku miasto wyznacza też kilka lokali na pracownie. Szczęściarki i szczęściarze, których wystawia się w galeriach, dostają tysiąc złotych brutto za wystawę zbiorową i trzy za indywidualną. A takich można zrobić jedną, może dwie w roku – opowiada.
Z danych Urzędu Miasta Krakowa wynika, że w 2024 r. przydzielono zaledwie 10 lokali przeznaczonych na pracownie artystyczne, 7 stypendiów dla artystów audiowizualnych, po jednym na taniec, architekturę i design, 9 dla muzyków i kilka innych. We Wrocławiu te liczby są bardzo podobne, trochę lepiej jest w Poznaniu. W Łodzi przyznano w ubiegłym roku w sumie 12 stypendiów miejskich dla artystów. W mniejszych miejscowościach jest tylko gorzej. Dlatego – jeśli nie ma się zamożnych rodziców lub partnera – pieniędzy trzeba wciąż szukać, pisać wnioski do urzędników, starać się o dofinansowanie z unijnych grantów, które trzeba jednak potem skrupulatnie rozliczyć.
– Nawet jeśli ktoś od dziesięciu lat współpracuje z jakąś instytucją, ale robi to w systemie grantowym, czyli co roku podpisuje kolejną umowę zlecenie, to nie ma stałego miejsca zatrudnienia – mówi posłanka Daria Gosek-Popiołek z Klubu Lewicy, wiceprzewodnicząca sejmowej komisji kultury. – Tacy ludzie się nie zrzeszają, nie tworzą zespołów i nigdy nie mają pewności zatrudnienia, więc często szukają dodatkowej pracy, żeby poczuć się bezpieczniej.
W instytucjach kultury, muzeach i galeriach, które kupują sztukę, jest mało pieniędzy. Niezwykle trudno przebić się do elity, która żyje z wystawiania i sprzedawania prac. – Inwestujemy bardzo dużo w młodych na etapie liceów i uczelni artystycznych, a potem pozostawiamy artystów samym sobie – mówi posłanka.
W efekcie, jak twierdzi Monika Drożyńska, sztuką zajmują się głównie osoby uprzywilejowane. – Ja też się za taką uważam – przyznaje artystka, która zasłynęła głośną przemową na gali rozdania Paszportów „Polityki”. „Dedykuję ten paszport osobom, które zajmują się robieniem sztuki, której pokazywanie dziwi, a robienie się nie opłaca” – powiedziała. Pomimo dużej rozpoznawalności, ponad połowa czasu pracy Drożyńskiej upływa na pisaniu i rozliczaniu wniosków o granty. Resztę zżerają podróże i wykłady. – Na sztukę zostaje najmniej, i to ona najbardziej na tym cierpi – pointuje.
Dzień na planie filmowym
Z badań Uniwersytetu SWPS „Policzone i policzeni” z 2024 r. wynika, że przeciętna artystka lub artysta wykonują obecnie trzy zawody jednocześnie. Od czasu pandemii i rozkwitu platform streamingowych wielu reżyserów, aktorek, oświetleniowców, charakteryzatorek czy realizatorów dźwięku odpływa z teatru do branży filmowej. Tylko czy w filmie mają lepiej?
Justyna Krzepkowska jest cenioną krakowską kostiumolożką. Przyjmuje mnie w mieszkaniu na czwartym piętrze kamienicy, gdzie mieści się też pełen garderobianych perełek magazyn kostiumów. Artystka lwią część życia zawodowego spędziła na planach filmowych, pracując od wczesnego rana do późnej nocy. Spotkanie zaczyna deklaracją, że żaden ze znanych jej oświetleniowców, operatorów, realizatorów dźwięku czy charakteryzatorów nigdy nie widział umowy o pracę. Za to kiedy po pierwszym sezonie nadawanego przez TVN serialu kryminalnego „W11” koledzy z ekip dowiedzieli się, że zaplanowano kolejnych pięć lat emisji – masowo zapragnęli mieć dzieci, kredyty, mieszkania.
Gdy w końcu telewizja zrezygnowała z samodzielnego nagrywania wielu seriali na rzecz tańszych produkcji zewnętrznych – rzesza specjalistów została z owymi kredytami. Wielu przeniosło się do stolicy, decydując się na życie z dala od rodzin. Ci, którzy zostali, z roku na rok godzą się na coraz gorsze warunki finansowe.
Dzień pracy na planie filmowym nie powinien trwać dłużej niż 12 godzin, ale to raczej martwy zapis. – Jest olbrzymia presja, żeby robić wszystko szybko, więc ludzie ci ciągną na śmieciówkach po 13-14 godzin, jeśli trzeba – mówi kostiumolożka. – Dawniej nagrywało się 6 scen w ciągu dnia. Teraz robi się ich nawet po 16.
Daria Gosek-Popiołek przyznaje, że wiele razy słyszała zarzut, iż walczy o ustawę regulującą zawód artysty i zajmuje się instytucjami kultury, a są przecież zakłady pracy, w których jest po kilkaset osób i w których też są łamane prawa pracownicze. – Tymczasem to właśnie w sektorze kultury ludzie znajdują się w wyjątkowo trudnej sytuacji – uważa posłanka lewicy. – Rzadko zakładają związki zawodowe, za to muszą się mierzyć z mitem nieomylnego dyrektora czy reżysera z wizją, który może łamać kręgosłupy, bo „tego wymaga sztuka”.
Zależni artyści niezależni
– Wczoraj biliśmy się z myślami o odwołaniu spektaklu, bo Kasia Chlebny miała zapalenie krtani. Podjęliśmy decyzję, że Kasia bierze steryd i jedziemy, bo spektakli się nie odwołuje. Gramy mimo wszystko – mówi Piotr Sieklucki.
Dyrektor Teatru Nowego Proxima walczy od lat o artystyczną niezależność prowadząc stowarzyszenie, w ramach którego działa scena. Utrzymuje się głównie ze sprzedaży biletów oraz hojności sponsorów. Środki publiczne są tu odwieczną ruletką i zależą od tego, kto kręci kołem. Odkąd po premierze spektaklu „Kora Boska” Ministerstwo Kultury za czasów ministra Glińskiego odebrało stowarzyszeniu środki na działalność edukacyjną i artystyczną (programy dla seniorów, dzieci z ośrodków społecznych i domów dziecka, premiery), Sieklucki postawił na budowanie sieci kontaktów z biznesmenami.
Glińskiego u sterów już nie ma, ale sytuacja się nie poprawiła. Stowarzyszenie Teatr Nowy otrzymuje z ministerstwa środki na infrastrukturę, ale nie na działalność edukacyjną i artystyczną. Z urzędu miasta rocznie dostają tyle, ile często zarabia dyrektor dobrze prosperującego teatru publicznego. – Ja za te plus minus 50 tysięcy muszę utrzymać księgową, biuro, telefony, prąd, aktorów itd. Radzimy sobie dlatego, że dużo gramy, bilety są drogie i działa szeptany marketing. Ludzie przychodzą, bo wiedzą, że dostaną u nas coś innego i niezwykłego – mówi Sieklucki. Poza garstką „uprzywilejowanych” z administracji, księgowości itd., żaden z jego aktorów nie ma etatu. – Taki sobie los wybraliśmy. Nie jesteśmy instytucją publiczną. Kreujemy za to kawałek swojego świata i zapraszamy do niego ludzi – ciągnie dyrektor Proximy.
Zapytani o przyszłość i plany na starość, moi rozmówcy uśmiechają się kwaśno: nikt nie wspomina o odpoczynku na emeryturze. Najprościej ujął to malarz Marcin Mroczkowski: – Mam wyobraźnię plastyczną i gdybym sobie to zaczął wyobrażać, pewnie popadłbym w stupor i przestał malować. Zakładam, że będę pracował, dopóki będę mógł, bo nie mam wyjścia i bardziej niż na opiekę państwa liczę chyba na opatrzność.
Co zmienia ustawa o zawodzie artysty
Michał Półtorak, ponad 70-letni dziś muzyk Piwnicy pod Baranami, który koncertował m.in. z zespołem Anawa Marka Grechuty – po przeszło pięciu dekadach kariery otrzymuje od państwa niespełna 3 tys. zł emerytury. Nigdy nie miał etatu. Świadczenie zawdzięcza własnej zapobiegliwości, ponieważ sam opłacał sobie składki. – Jak przychodzą rachunki za czynsz, gaz i elektryczność, to z tej mojej emerytury zostaje niewiele. Na szczęście gram jeszcze koncerty, pracuję w Piwnicy i z tego się utrzymuję – komentuje muzyk. Jego młodsi koledzy walczą o nieliczne etaty w filharmonii i orkiestrach, żeby mieć ubezpieczenie. – Jesteśmy na straconej pozycji. Nasze państwo nie robi wystarczająco dużo, żeby status ludzi, którzy opowiadają słowem i muzyką o rzeczywistości i sami ją kreują, był doceniany – uważa Półtorak.
W Polsce nie ma ustawy o zawodzie artysty, czyli rozwiązania wprowadzonego w wielu krajach Europy Zachodniej, które porządkuje relacje państwa z twórcami. – Przez kilka lat życia w Niemczech miałem socjalny status artysty, regulowany prawnie. Prowadziłem jednoosobową działalność gospodarczą jako osoba, która udowodniła, że utrzymuje się wyłącznie ze sztuki. Miałem prawo do dużej zniżki na odpowiednik polskiego ZUS-u – mówi Michał Limboski, muzyk i producent. Ów „status artysty” gwarantuje twórcom żyjącym w Niemczech o połowę mniejsze opłaty za ubezpieczenie niż te, które płacą przedsiębiorcy, a także dostęp do branżowej kasy chorych oraz emerytury.
– Kraje, w których istnieją systemy wsparcia dla twórców kultury, są świadome, że obecność sztuki i artystów w przestrzeni publicznej poprawia wizerunek państwa. Dlatego Berlin przez lata postrzegany był jako przyjazne miasto pełne dobrej sztuki, gdyż artyści mogli liczyć tu na wsparcie. Polska jest pod tym względem krajem siermiężnym. Myślenie o dalekosiężnych korzyściach dla gospodarki płynących z obecności artystów wykracza poza horyzonty myślowe polityków – uważa Limboski.
Na szczęście nie wszystkich. Posłanka Gosek-Popiołek walczy o powstanie ustawy o statusie artysty zawodowego, jeszcze w tej kadencji Sejmu. W tworzeniu dokumentu uczestniczą Ministerstwa Kultury, Finansów, Zdrowia, Rodziny oraz Pracy i Polityki Społecznej. Do 30 maja projekt będzie w fazie konsultacji z organizacjami zrzeszającymi twórców, artystami i artystkami. Czytamy w nim m.in., że osoby, które posiadają udokumentowany dorobek artystyczny, ale zarabiają poniżej średniej krajowej i często nieregularnie, będą mogły otrzymać dopłatę do składek. Wielu dostanie po raz pierwszy prawo do opieki zdrowotnej oraz ubezpieczenia. Dopłaty będą przekazywane automatycznie na konto ZUS artysty czy artystki.
– Przedstawiona przez Ministerstwo Kultury ustawa jest skierowana do osób w najtrudniejszej sytuacji. Chciałabym, żebyśmy poszli dalej i zajęli się mecenatem państwa, zarobkami w instytucjach kultury, walką z uzależnieniem od projektów, a także wykorzystali doświadczenia niemieckie. Ale najpierw wesprzyjmy tych artystów, którzy ledwo wiążą koniec z końcem – mówi Gosek-Popiołek. – Im zapewni to poczucie bezpieczeństwa, a dla odbiorców sztuka stanie się bogatsza. Dostęp do kultury zapisany jest w artykule 6. Konstytucji RP. To nasze wspólne dobro. Chcę, by osoby ją tworzące mogły liczyć na godne traktowanie.
Ale po co ta sztuka?
– Wielu moich kolegów po fachu zostało barmanami albo zaczęło pracować w zupełnie innych zawodach, ponieważ aktorów produkuje się taśmowo, bez pojęcia o chłonności naszego rynku teatralnego, telewizyjnego czy filmowego – mówi Paweł z Warszawy, krępy, serdeczny mężczyzna po czterdziestce.
Po skończeniu szkoły aktorskiej długo szukał angażu w teatrze. W końcu się poddał i od 15 lat podróżuje z własnym teatrem lalek po Polsce. Za spektakl w przedszkolu dostaje ok. 650 zł, domy kultury płacą do 2500 zł, z czego trzeba odliczyć hotel, podatek, ZUS, paliwo i inne opłaty. Miesięcznie zarabia od 5 do 8 tys. zł. Owszem, pracuje ciężko i boryka się czasem z lekceważącą postawą opiekunek przedszkolnych albo niekompetencją dyrektorów.
Jednak „dobrych ludzi jest więcej”, a poza tym lubi to robić, bo „praca z dziećmi jest bardzo wynagradzająca”. Wierzy, że to ważne, by uczyć je wrażliwości na sztukę już od najmłodszych lat. No i cieszy się wolnością, której nie mają znajomi zatrudnieni na etat.
– Książką, która mocno wpłynęła na moje postrzeganie świata, był przeczytany w piątej klasie „Martin Eden” Jacka Londona – mówi Daria Gosek-Popiołek. – Ta lektura ukształtowała moje poczucie sprawiedliwości społecznej i nauczyła dostrzegać nierówności. Podobne refleksje wywołują we mnie działania artystów takich jak Cecylia Malik, która wspinała się codziennie przez rok na kolejne drzewo, przypominając, jak bardzo jesteśmy zanurzeni w przyrodzie, nawet w miejskim krajobrazie. Takie gesty realnie wpływają na naszą wrażliwość. Artyści potrafią nazwać niesprawiedliwość, znaleźć język do zrozumienia rzeczywistości. A to, co nazwane, może zostać przekute w decyzje polityczne czy gospodarcze. Właśnie dlatego warto o nich walczyć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















