W co się bawić? Jak przez stulecia ewoluował świat zabawek i dokąd nas zaprowadził

Dawniej nie tworzono takich zabawek jak dziś. Misiom nadawało się imiona, wymyślało historię, szyło ubrania, odgrywało role. Teraz dziecko bardziej jest widzem zabawki niż kreatorem jej historii. - Daniel Zasada.
Czyta się kilka minut
Angielski domek dla lalek z 1915 roku. Muzeum Zabawek w Krynicy. 6 lutego 2026 r. // Fot. Natalia Karpenko
Angielski domek dla lalek z 1915 roku. Muzeum Zabawek w Krynicy. 6 lutego 2026 r. // Fot. Natalia Karpenko

Marcin Tusiński: Skąd się tu wziąłeś?

Daniel Zasada: Ja się w tę kolekcję wżeniłem. Jak na nowoczesne czasy przystało, poznałem żonę przez internet, a spotkaliśmy się na zjeździe grupy graczy w Warcraft. Potem ślub, praca w IT. Po kilku latach małżeństwa teściowie zaproponowali nam poprowadzenie oddziału muzeum, no i od szesnastu lat jesteśmy tutaj. 

W Krynickim Muzeum Zabawek powitał mnie wielki chłop, który z pasją opowiada o... lalkach. Zaskoczyłeś mnie.

Zaczęło się od tego, że oprowadzałem pewną grupę po muzeum i przez 45 minut nie wychodziliśmy z jednego pomieszczenia – przyszli drugi raz po więcej. Kiedyś pracowałem tu „z ukrycia”: admin, rozliczenia, organizacja. Uważałem się za introwertyka, bo lubię posiedzieć w domu sam, ale kiedy zacząłem opowiadać klientom o ekspozycji, zakochałem się w tym. Sprowadziłem do muzeum komputery i klocki LEGO, bo w dzieciństwie o nich marzyłem, a nie miałem. 

Lalkami zafascynowałem się dzięki teściowej, Marii Ozierańskiej, która od dziecka uwielbiała tę estetykę: stroje, zabawki, z którymi dorastała w poniemieckim domu na Pomorzu Zachodnim. Zaczęli tworzyć kolekcję wspólnie z mężem, a z czasem narodził się pomysł, by nadać jej szerszy sens i podzielić się nią z innymi. Po Kielcach i Karpaczu to było trzecie takie muzeum w Polsce. Teściowa z wielką pasją zwracała mi uwagę na elementy, których nie widać gołym okiem. 

Jakie?

Zamiast smutnej z pozoru twarzy zacząłem dostrzegać detale i subtelności, które zdradzają ręczną pracę i ogromny kunszt dawnych twórców. Dzięki temu zabawki do dziś potrafią opowiadać swoją własną historię. 

Rozmawiamy na terenie dawnego zaboru austro-węgierskiego. Większość z zabawek bardzo odpowiada duchowi tamtej epoki. 

Wystawa zaczyna się od eksponatów z początku XIX wieku, ponieważ przed erą industrialną tego rodzaju przedmioty były zazwyczaj dziełem przypadku. Rzeźbiarze, garncarze, stolarze robili je przy okazji swojej pracy. Zabawka powstawała zazwyczaj jako efekt uboczny wyrobu np. przedmiotów sakralnych. 

Czy zabawki służyły utrwalaniu ról społecznych?

Najczęściej tak. Dzieci uczyły się poprzez naśladownictwo czynności wykonywanych przez rodziców, którzy traktowali je jak małych dorosłych. Szczególnie na wsi. Ojciec był leśniczym, rolnikiem albo cieślą, więc syn naśladował to, co robił, bo rodzic nie poświęcał mu uwagi. Dla dziewczynek lalka była natomiast przedmiotem przygotowującym je do roli matki

Zabawki pojawiały się jednak od święta, np. podczas odpustów. Ta tradycja przetrwała zresztą do dzisiaj.

Kiedy nastąpił przełom w ewolucji zabawkarstwa?

Era industrialna stworzyła nową klasę społeczną. Pojawili się właściciele fabryk i zamożniejsi pracownicy. Rozkwitł handel, bogacili się sklepikarze, hurtownicy. Rosły armie, a z nimi zastępy rodzin oficerskich. Mieszczanie stawali się siłą, także nabywczą. Ludzie zaczęli chodzić do teatru, kupować dzieciom ubrania, dawać wykształcenie. W ślad za tym pojawiły się fabryki i sklepy, które specjalizowały się w sprzedaży zabawek. 

Drogie porcelanowe lalki były jednak wciąż towarem z górnej półki. Kosztowały mniej więcej tyle, ile dzisiaj porządna elektryczna hulajnoga

Wasze zabawki, zarówno dla dziewczynek, jak i chłopców, mają poważne miny i poważne stroje. Z czego to wynika?

Ludzie często zwracają na to uwagę. Uśmiech uważany był w tamtych czasach za wyraz frywolnego flirtu. Odbiorcy mieli wymagania stosowne do pochodzenia klasowego. W modzie była bladość, zupełne przeciwieństwo Moulin Rouge. Dlatego te lalki mają ledwie widoczne rumieńce, smutne oczy, lekko rozwarte usta.

Jakby były kupowane bardziej dla rodziców niż dla dzieci?

To jest największa różnica pomiędzy tamtymi a obecnymi czasami. Dzisiaj dzieci się słucha, rozmawia z nimi, często spełniamy ich zachcianki. Sto lat temu to nie było na porządku dziennym, nawet w wyższych sferach. Lalki miały podobać się mamom, babciom.

Czuję tu oddech purytanizmu epoki wiktoriańskiej.

Między innymi. Różnice pomiędzy rynkiem germańskim a Francją czy Anglią były jednak spore. Niemcy byli bardziej techniczni, uwielbiali użytkowość. Francuzi stawiali na modę. Anglicy z kolei kochali pokoiki dla lalek i wielkie domki. 

Mamy tu kilka pamiętników osób, które wychowywały się z zabawkami w tamtych czasach. Można się z nich dowiedzieć, że w dobrych domach guwernantki wydawały dzieciom te przedmioty tylko na czas zabawy. Na co dzień stały wyeksponowane na szafie czy komodzie. 

Jak wyglądała produkcja zabawek? 

Największą trudnością było stworzenie porcelanowych główek. Rzeźbiarz robił prototyp, potem powstawała forma i dopiero główki. Wszystko było ręcznie malowane. Nie oszczędzano na materiałach: lalki wzbogacano elementami dekoracyjnymi w postaci prawdziwych kolczyków, wisiorków czy broszek. Buty szyto z prawdziwej skóry. Korpusy tworzono najczęściej z celuloidu, bo był wytrzymały, lekki i pusty w środku. W naszej kolekcji posiadamy lalkę, która ma ponad 90 centymetrów wzrostu, czyli tyle, co przedszkolak. 

Do lalek z czasem zaczęły powstawać pokoiki, domki, różne akcesoria...

One rozwijały się osobno od lalek. Szczególnie dużo było wśród nich sklepików, w których sprzedawcami byli faceci. Budowano też imitacje aptek itd. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobił sklep rzeźnika, super realistyczny zakład z XIX wieku. Z tyłu była biała ściana, półtusze i bardzo dużo koloru czerwonego... 

Mnie bardzo zaskoczyła gablota, w której stoją maszyny przemysłowe w skali mikro .

Dziewczynki już w XIX wieku otrzymywały funkcjonalne zabawki. Pojawiły się więc kuchenki opalane spirytusem, małe żelazka z duszą na węgiel oraz maszyny do szycia, które rozwijały potrzebne im umiejętności. 

// Fot. Natalia Karpenko

Przedmioty miały też wartość edukacyjną. Podczas rewolucji industrialnej brakowało wykwalifikowanych fachowców, a maszyna parowa, która napędzała tamte czasy, przerażała większość społeczeństwa. Ludzie przy pierwszym kontakcie z lokomotywą lub maszyną w fabryce uciekali. Potrzebna była gruntowna zmiana edukacji. Mamy tu model w bardzo małej skali, który działa dokładnie tak samo, jak pełnoprawna maszyna w fabryce. To się sprawdziło. 

Wśród chłopięcych zabawek nie dominują jednak apteki i maszyny, lecz żołnierzyki, strzelby i czołgi.

Ciężko jest znaleźć w historii Europy okres, w którym panował względny pokój. Realia wojny były w pewnym sensie codziennością. Duża część społeczeństwa musiała służyć w armii, więc siłą rzeczy zabawki pomagały oswoić tamtą rzeczywistość.

Sporo tu również czarnoskórych postaci, przedstawianych, nazwijmy to, z wyższościowej perspektywy. 

Ukazywano je z perspektywy typowej dla swojej epoki. W XIX wieku takie lalki często pełniły również funkcję marketingową – miały przyciągać uwagę i podkreślać egzotykę, która wówczas była słabo rozumiana i upraszczana. Dziś patrzymy na te obiekty jak na świadectwo ówczesnych wyobrażeń i stereotypów, a nie jako wzorce do naśladowania. Jest z nimi trochę tak, jak ze słynnym Murzynkiem Bambo w PRL.

Co zabawki mówią o modelu wychowania dziecka w Polsce Ludowej?

Przed wojną mieliśmy fantastycznych wytwórców i fabryki, które specjalizowały się w wąskich dziedzinach zabawkarskich: produkcji pokoików, misiów pluszowych lub pojazdów dla chłopców. Ta tradycja jakimś cudem przetrwała wojnę i istniała długie lata. Kiedy nadszedł okres kryzysu, strajków, a potem stan wojenny, zaczęło wszystkiego brakować. 

Zabawki stawały się jednokolorowe, bez żadnych „wodotrysków”. Pojawiły się za to akcesoria „zrób to sam” – dostajesz kawałek drewna i budujesz. Przy pomocy zabawek wprowadzano dzieci w meandry modelarstwa, uczono młotkować, piłować, robić coś z niczego. 

Tak samo było na wsi i w mieście?

Pochodzę z rodziny wiejskiej i choć moje dzieciństwo nie było kolorowe, to było prawdziwe. Obserwowałem też, jak ono wyglądało u moich rówieśników. Dla wielu z nich codzienność oznaczała ciężką pracę od wczesnego rana – wstawali o piątej, zajmowali się zwierzętami, o siódmej szli do szkoły, a po powrocie czekały na nich te same obowiązki. Poza uczęszczaniem do szkoły ich dzieciństwo niewiele różniło się od realiów znanych z wcześniejszych epok. 

W podziemiu muzeum stoją fascynujące gabloty wypełnione lalkami Barbie, Coltami i Winchesterami.

Powojenne nastolatki z czasem coraz rzadziej widziały swoją przyszłość wyłącznie w roli żony czy matki. Fascynowało je to, co oglądały w kinie i na estradzie – moda, muzyka i swoboda obyczajowa, które niosły z sobą powiew emancypacji. To czas Marilyn Monroe i kultury popularnej, która szybko zaczęła oddziaływać na cały świat. Podczas gdy u nas dominowało podejście „zrób to sam”, młodzież w USA naśladowała ekranowe wzorce, np. Jamesa Deana. 

Komercja wdarła się na rynek dziecięcy, bo zwęszyła nowego konsumenta?

Barbie nie powstała jako wynalazek komercyjny. Ruth Handler, która ją wymyśliła, tak naprawdę przerobiła pomysł z niemieckiego komiksu dla dorosłych z gazety „Bild”, którego główna bohaterka nazywała się Lili. Pani Handler zabrała do Stanów Zjednoczonych zabawkę stworzoną na podstawie komiksu, troszeczkę ją zmodyfikowała i na tej podstawie stworzyła prototyp lalki Barbie. Tym samym zrewolucjonizowała rynek pomysłem na stworzenie postaci młodej kobiety. To już nie był niemowlak czy dziecko.

Nadal jednak zabawki wyraźnie dzieliły płcie.

Tak, aż do powstania Gwiezdnych Wojen i innych wyimaginowanych światów z wielkiego ekranu. Wtedy też komercja wdarła się pod strzechy. 

George Lucas zbił fortunę nie tyle na filmach, co na sprzedaży gadżetów z nimi związanych.

Nie tylko on. W Stanach Zjednoczonych zabawka służyła coraz częściej celom niezwiązanym z okresem dzieciństwa. Dla przykładu, po traumie II wojny światowej spadało zainteresowanie karierą w wojsku, podczas gdy Amerykanie mieli wielkie aspiracje i potrzebowali żołnierzy, choćby w Wietnamie. Odpowiadała na to w latach 60. XX wieku kolekcja G.I. Joe. Amerykański super-żołnierz i wyzwoliciel świata, który wszystko potrafi, wszędzie pojedzie i zawsze wygrywa.

Mieliśmy więc żołnierzyki na półce, kolty przy pasie, z których można było „strzelać” do innych dzieci, G.I. Joe, a w końcu dzisiejsze gry komputerowe, które polegają na rozwijaniu strategii „zabijania” na ekranie. 

Jestem graczem od lat 80. i obserwowałem, jak gry zmieniały się na przestrzeni dekad. Wiele zjawisk związanych z nimi bywało jednak demonizowanych, a z czasem okazywały się mniej groźne, niż początkowo sądzono. 

Sporo zależy od kontekstu, sposobu wykorzystania i narracji stworzonej wokół danej formy rozrywki. Problemy rodzi w dużej mierze sposób, w jaki projektowane i rozpowszechniane są dziś treści cyfrowe. Brak realnej kontroli nad tym, co trafia do najmłodszych odbiorców, stał się jednym z poważniejszych wyzwań współczesnego świata. 

Również zabawkarskiego?

Tak. Skończył się czas zabawki kreatywnej, wymyślonej od początku do końca. Oryginalne lalki czy planszowe gry strategiczne sprzedają się coraz słabiej. Gadżety filmowe to zaś dobry przykład odtwórczego wykorzystywania pomysłów, żeby tylko sprzedać produkt. Dzieci lubią Fortnite’a, zrobimy zabawki z Fortnite’a; lubią Star Wars, zrobimy im figurki bohaterów tej sagi. Dawniej nie tworzono takich zabawek. Zwykłym misiom nadawało się imiona. Wymyślało historię, szyło ubrania, odgrywało role. Dzisiaj te role odgrywane są za nas. 

Dzieci odgrywają przecież role – wojowników, modelek.

Dzisiejsze dziecko bardziej jest widzem zabawki niż kreatorem jej historii. Na przykład kosztowne klocki LEGO są odkładane na półkę tak szybko, jak się je złoży do kupy. Dzieci natychmiast żądają nowych modeli, ale przychodzi taki czas, że rodzice mówią: „Dosyć! To jest bardzo droga zabawka i się masz nią bawić”. A dzieci już tego nie potrafią.

Doszliśmy do momentu, w którym dzieci coraz rzadziej bawią się swobodnie, bez gotowego scenariusza – i to jest duża zmiana w porównaniu z wcześniejszymi pokoleniami.

Pochodzę z rodziny, w której zabawek było niewiele, więc dużo rzeczy wymyślaliśmy sami. To doświadczenie mocno wpłynęło na moje myślenie o zabawie. Jednak w niektórych z nas zostawiło przekonanie, że jeśli damy naszym dzieciom to, czego sami nie mieliśmy, podarujemy im szczęście. Tymczasem największym szczęściem dzisiejszego świata jest darowanie uwagi. 

Żadna gra nie zastąpi nam wspólnie spędzonego czasu. Warto na nowo uczyć dzieci zabawy, żeby zabawki nadal spełniały swoją rolę. 

Co to znaczy? 

Czasami mam wrażenie, że utraciliśmy pomysły, jak wykorzystać zabawkę do nauki, poza pierwszym etapem życia dziecka. Cezurą jest przedszkole tuż przed pierwszą klasą. Dotąd dzieci wciąż mają dzieciństwo, o ile nie jest ono zdominowane przez telefon. Od momentu, kiedy dziecko wchodzi do szkoły, otwiera się przed nim inny świat. 

Przekazujemy je pod opiekę technologii, a my w tym samym czasie pracujemy? 

Kiedyś też tak było, tylko robiliśmy inne rzeczy. Szliśmy na pole, do fabryki. Nie mieliśmy telewizora, nie mieliśmy gier, więc musieliśmy być bardziej kreatywni. Dzisiaj częściej wybieramy rozwiązania szybsze i prostsze, bo żyjemy w innym tempie niż kiedyś. Technologia jeszcze pogłębia te problemy.

Nieobecni rodzice wychowują nieobecne dzieci? 

Sposób, w jaki ewoluował rynek zabawkarski, mówi więcej o tempie i stylu naszego życia niż o samych dzieciach. Coraz częściej technologia przejmuje rolę, którą dawniej pełniły zabawki – zwłaszcza wtedy, gdy brakuje nam czasu. 

Czy dlatego jesteśmy w tym muzeum?

Nie zgadniesz, co najbardziej przyciąga do nas ludzi z pokolenia 60 plus. To klasa szkolna z okresu PRL. Część z tych ludzi nie miała dzieciństwa, ale mieli szkołę. To jest nieoderwalna część doświadczenia rodziców i dziadków. Ludzie przychodzą tutaj dla dzieci, ale także z tęsknoty za minionym. Wychodzą z uśmiechem, czasami ze łzami w oczach. Dzieci są zadowolone, bo zobaczyły część dzieciństwa rodziców, a rodzice –  bo zajrzeli w ich świat. 

Dlatego myślimy już o kolejnych pokoleniach i tych, którzy odwiedzą nas w muzeum za kilka lat. Świat wciąż się zmienia, a zabawki razem z nim. To wszystko nie byłoby możliwe bez kolekcjonerów: ludzi, którzy przez lata ratowali, zbierali i opisywali z ogromną dbałością te przedmioty, traktując je jak część dużo większej historii. 

Daniel Zasada // Fot. Natalia Karpenko
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Mądrość w porcelanie