Kubańska dyktatura dogorywa. Upadek reżimu to wciąż wielka niewiadoma

Kuba pogrąża się w kryzysie gospodarczym i energetycznym. Coraz więcej wskazuje na schyłek reżimu. Jednak nie wiadomo, jak miałby wyglądać jego upadek. Oraz czy przyniesie wolność, czy chaos.
Czyta się kilka minut
Hawana bez prądu, 21 lutego 2026 r. // Fot. Yamil Lage / AFP / East News
Hawana bez prądu, 21 lutego 2026 r. // Fot. Yamil Lage / AFP / East News

Film dokumentalny niemieckiego reżysera Floriana Borchmeyera z 2006 r. nosi tytuł „El Arte nuevo de hacer ruinas”; w wolnym przekładzie: „O nowej sztuce ruin”. Już 20 lat temu był on alegorią cywilizacyjnej ruiny całego kraju. Przejmującym świadectwem, do jakiego stanu doprowadziła totalitarna dyktatura Hawanę, niegdyś „Perłę Karaibów”. 

Oglądany dziś (można go obejrzeć w sieci) film ten brzmi także jak prorocze memento – dzwon na trwogę dla niespełna 10 mln Kubańczyków żyjących na wyspie i trzech milionów na wychodźstwie. Wstrzymując oddech, wyglądają, co ich czeka, gdy dyktatura się zawali.

Kubańczycy mają dość

Bo że musi się zawalić, niemal nikt nie ma wątpliwości. Mówią to już bez strachu sami Kubańczycy, krzątający się po pustych ulicach w pogoni za żywnością i podstawowymi artykułami codziennego użytku, których coraz bardziej brakuje w coraz bardziej pustych sklepach.

Piszą to w sieci na swoich telefonach komórkowych, wściekli, tłukąc nocami w garnki, gdy kolejne „apagony”, czyli przerwy w dostawach prądu, na kilkanaście godzin na dobę pogrążają dzielnice, miasta, a w ostatnim tygodniu cały kraj w ciemnościach.

Skandują to jak refren emigranci i opozycjoniści w Miami na Florydzie, których wielu przebiera nogami, by wrócić do kraju w „dzień po”. Schyłek diagnozują Yoani Sanchez i inni świadkowie czasu na łamach niezależnych mediów, jak „14yMedio” czy „Diario de Cuba”.

„Terminalny i krytyczny kryzys” dyktatury relacjonuje Dagoberto Valdes, niestrudzony katolicki intelektualista (niegdyś, za czasów Jana Pawła II, członek papieskiej rady Iustitia et Pax). Valdes żyje na Kubie, w mieście Pinar del Rio i prowadzi w sieci własny portal Convivencia.

Jeszcze bardziej dojmującą alegorią kubańskiego upadku są od kilku tygodni czarne dymy zasnuwające niebo nad Hawaną – biją ze stosów śmieci płonących na ulicach. Palą je sami mieszkańcy, bo służby miejskie już ich nie sprzątają. 

Reżim czuje schyłek

Po 67 latach od rewolucji Kuba wygląda jak dogasające wielkie zgliszcza, gruzowisko totalitarnej dyktatury, której Polacy nie znali od połowy lat 50. XX w., a zarazem cmentarzysko lewicowego marzenia o lepszym wspaniałym świecie Przodującego Ustroju. 

Prawdopodobnie schyłek czuje także sam reżim. Choć utracił ideologiczną krzepę, nadal usiłuje prężyć wiotczejące muskuły i osacza w domach dysydentów, rozsyła nocami zbrojne konwoje po pustych ulicach, próbuje mobilizować naród do stawienia zbrojnie czoła nadciągającej inwazji „jankeskich imperialistów”, którym grozi „niezwyciężonym oporem całego narodu”. Ale robi to wszystko coraz bardziej rytualnie, bez wiary i wcześniejszego wigoru ideologicznego.

Bo „cały naród” wcale nie szykuje się gorliwie na wojnę z najeźdzcą. Tydzień temu w mieście Moron setki ludzi przeszły pogrążonymi w ciemnościach ulicami, już nie tylko waląc w garnki. Krzycząc „Precz z dyktaturą!” i „Już się nie boimy!”, wtargnęli do lokalnej siedziby partii komunistycznej, usypali na ulicy stos z mebli i papierów, i podpalili. W starciach z „czarnymi beretami” i bezpieką byli ranni, nieznaną liczbę manifestantów aresztowano. 

Protesty wracają, strach słabnie

Podobne manifestacje powtarzają się od kilku tygodni. Niezależny dziennik „14yMedio” Yoani Sánchez (oblężonej w tych dniach w swoim domu w Hawanie przez agentów bezpieki) cytuje coraz częściej jawnie i bez strachu złorzeczących Kubańczyków: „Chcemy wolności” i „Niech już przyjdzie Trump!”.

Nie sposób nie skojarzyć tych nastrojów z klimatem warszawskiej ulicy pogrążonej w mrokach stalinizmu, gdy – jak pisał w „Dzienniku” Leopold Tyrmand – ludzie urągali pod nosem: „Panie Truman, spuść ta bania, tu jest nie do wytrzymania”.

Dyktatura, która wciąż ma uszy i oczy za rogiem każdej ulicy i pod progiem każdego domu, wie o tych nastrojach doskonale. Jednak powtarza propagandowe zaklęcia o „zrozumiałym niezadowoleniu z powodu przerw w dostawach prądu”, wykorzystywanym tylko przez „elementy odrzucające wartości Rewolucji” w niecnym celu „siania nienawiści” i „podważaniu zaufania do najwyższych władz”.

Reżim komunistyczny zdaje sobie zarazem sprawę, że tym razem kleszcze amerykańskiej blokady paliwowej zacisnęły się szczelnie – w przeciwieństwie do wcześniejszego embarga handlowego, które przez dekady były tylko mityczną, rzekomo morderczą „Blokadą”, tłumaczącą jak najbardziej realne klęski komunistycznej gospodarki. 

Koniec wenezuelskiej kroplówki

Wbrew propagandowej mantrze, tamto embargo było jak grube sito. Z Kubą nie tylko handlował cały świat, ale w ostatnich dekadach to akurat amerykańska żywność ratowała niezdolną do wyżywienie się Kubę od głodu – 80 proc. żywności reżim sprowadzał z USA, choć musiał za nią płacić gotówką.

Tym razem nikt nie przyjdzie Kubie na ratunek. Po rozpadzie Związku Sowieckiego, który utrzymywał komunistycznego sojusznika miliardowymi dotacjami, sponsorem dyktatury została na ponad 20 lat Wenezuela pod wodzą Hugo Cháveza, wiernego ucznia Fidela Castro.

Na mocy układów z roku 2000 i 2004 Wenezuela przysyłała Kubie za półdarmo ropę, którą ta mogła napędzać sowieckie jeszcze elektrownie. Dostawy były szczodre, a nadwyżki Kuba sprzedawała na rynku (czasem kilkakrotnie drożej, niż ją kupowała w Caracas). Według wyliczeń Miranda Center for Democracy (think tanku z USA), przez 25 lat paliwowe dotacje wenezuelskie dla Kuby sięgnęły 63 mld dolarów (według dzisiejszej wartości dolara).

Ropa za lojalność wobec Caracas

W zamian Kuba wysyłała Wenezueli swoich lekarzy oraz wojskowych i policyjnych „doradców”, czyli wytrawnych oficerów bezpieczeństwa, wywiadu i kontrwywiadu. Jako szpiedzy i komisarze polityczni utrzymywali oni w ryzach wenezuelską armię.

Od próby puczu w 2002 r. (stłumiono go w 48 godzin) i po przegranym konstytucyjnym referendum w 2007 r., Chávez nie był pewny lojalności swej armii. Wiedział, czego się bać, bo sam przeprowadził w 1992 r. wojskowy zamach stanu – i choć wówczas przegrał i poszedł do więzienia, to odzyskał wolność po wielkodusznej amnestii demokratycznego rządu.

Na mocy traktatu „usługi represyjne za ropę”, w 2008 r. Wenezuela utworzyła Grupę Koordynacji i Łączności (Grupo de Coordinación y Enlace), która szkoliła dyktaturę w sprawowaniu kontroli i egzekwowaniu posłuszeństwa w armii, policji, straży granicznej i więziennej, służbach celnych i administracji państwowej. Innymi słowy – Kubańczycy uczyli reżim Wenezueli, jak być prawdziwą totalitarną dyktaturą.

W tym czasie ropę sprzedawały Kubie także Algieria, Rosja, a zwłaszcza Meksyk.

Wszystko to jednak urwało się z dnia na dzień, gdy w styczniu amerykańscy komandosi porwali dyktatora Nicolása Maduro i zarządzili całkowitą blokadę paliwową Kuby. W rajdzie marines zginęła cała ochrona Maduro, złożona z kubańskich oficerów, a rząd USA zabronił reżimowi w Caracas, Meksykowi i wszystkim innym wozić ropę na Kubę.

Kubańscy „doradcy” zaczęli wracać z Caracas na Kubę. Tutaj zaś z powodu braku paliwa elektrownie stawały, stacje benzynowe zamykano, transport publiczny przestał działać, uczelnie i zakłady pracy z braku prądu zatrzymywały się, samoloty przestały przywozić turystów z zagranicy, a hotele dla nich pustoszały. Życie zaczęło zamierać. Brak wszystkiego łagodzą tylko dostawy pomocy humanitarnej – z Meksyku i USA.

Komunistyczną Kubę porzucają dziś także Rosja i Chiny, które ostatnio ratowały poziom życia Kubańczyków a to szybkowarami, a to panelami słonecznymi (mającymi zastąpić prąd z rozpadających się elektrowni). Samopoczucie komunistycznej nomenklatury podtrzymywały zaś elektrycznymi autami i skuterami, dostarczanymi przez kubańsko-chińską firmę VEDCA. 

USA grożą, ale nie pokazują planu

Jednak wcale nie wiadomo, co rząd USA zamierza począć z Kubą. Nie wydaje się, aby Donald Trump zamierzał odpowiedzieć na zaproszenie kubańskiej ulicy i najechać wyspę.

Choć niemal codziennie, mimo trwającej wojny z Iranem, Trump lub sekretarz stanu Marco Rubio powtarzają, że „kubański reżim jest skończony”, że „zaraz padnie”, a USA „przejmą” Kubę, to nie jest jasne, o czym rozmawiają z otoczeniem sędziwego de facto dyktatora Raula Castro.

Sam fakt rozmów potwierdzili i Amerykanie, i przedstawiciele reżimu. Ale czy, jak i kiedy Trump zamierza go usunąć i ułatwić przywrócenie demokracji, wciąż nie wiadomo. Ze zwyczajową tromtadracją Trump mówi, że „zrobi z Kubą, co zechce”. Jednak jego opcje wydają się bardziej ograniczone niż jego widzimisię. Generał Francis Donovan, któremu podlega armia USA na zachodniej półkuli (Southern Command), oświadczył właśnie w Senacie, że rząd nie rozważa inwazji wojskowej.

Scenariusz wenezuelski wydaje się nie do powtórzenia. USA ustanowiły w Caracas faktyczny reżim wasalny (miejsce Maduro zajęła jego dotychczasowa zastępczyni), któremu Trump dyktuje, co ma robić, a demokrację odkłada na niepewną przyszłość.

Jest to nie do powtórzenia nie tylko dlatego, że Kuba nie ma pożądanych surowców (z wyjątkiem niklu), na których USA mogą położyć rękę i doić ją tak, jak zamierzają z wenezuelską ropą za pośrednictwem koncernów Chevron, ConocoPhillips i Exxon, które już tam wkraczają. Rzecz w tym, że emigracja kubańska w USA, wpływowa zarówno w kręgach Republikanów, jak i Demokratów, nie przełknie powierniczej dyktatury.

Kubańska diaspora nie chce układu z reżimem

Odbudowa Kuby wymagać będzie kolosalnych inwestycji. Ale udział w nich reżimowej nomenklatury byłby trudny do przełknięcia dla kubańskiej diaspory.

Raczej na nic nie zdadzą się rozpaczliwe gesty reżimu, który już zaprasza emigrantów do inwestowania. Owszem, bogaci i mniej bogaci Kubańczycy na wychodźstwie chętnie pomogą w odbudowie – tak jak dotąd pomagali dolarowymi transferami rodzinom na wyspie. Ale raczej nie wejdą w spółki nomenklaturowe – np. z koncernem militarnym GAESA, który zarządza wszystkim, co przynosi na Kubie dochód (jak turystyka zagraniczna i finanse; reżim pobierał haracz od przekazów od emigrantów dla rodzin).

Dla kubańskiej diaspory – i tej „burżuazyjnej” z lat po rewolucji, i tej biednej, ale młodej i energicznej z lat ostatnich, gdy wyspę opuściło 1,5 mln ludzi – reżim po prostu musi odejść. Dla nich zdradą byłby jakiś układ z dyktaturą z Hawany – na podobieństwo tego zawartego przez USA z dyktaturą z Caracas. 

To, że taka opcja jest rozważana, sugerował „New York Times”, powołując się na osoby zaangażowane w tajne pertraktacje ekipy Trumpa z Hawaną (USA miałyby poluzować sankcje i blokadę paliwową w zamian za odejście ekipy nominalnego prezydenta Miguela Díaza-Canela).

„Cząstkowe zmiany na Kubie są niedopuszczalne” – mówi wpływowy republikanin Mario Díaz Balart. „Nie ma mowy o pozostawieniu u władzy klanu Castro” – mówią inni kongresmeni. Widzi to Rubio – Kubańczyk z pochodzenia i jeden z liderów kubańskiego lobby w Waszyngtonie. 

Dla niego walka z dyktaturą była głównym motorem jego politycznej kariery. Dziś Rubio codziennie coś oświadcza: a to, że reżim musi przeprowadzić „drastyczne zmiany”, a to, że obietnice licencji dla kubańskiego kapitału z USA „nie rozwiązują problemu”. 

Bez wolnych wyborów na Kubie nie będzie zmiany

Także dla opozycji kubańskiej, tej na wychodźstwie i tej na wyspie, wszelki układ USA z reżimem, który pominąłby Kubańczyków, byłby haniebną zdradą.

Również Rosa María Payá – jedna z przywódczyń młodej emigracji w USA, córka słynnego opozycjonisty Oswaldo Payá Sardinasa (zabitego przez bezpiekę w 2012 r. w sprowokowanym wypadku samochodowym) – wyklucza taki układ. 

„Istnieją wszelkie warunki do rozpoczęcia demokratycznej transformacji, ale nie chcemy żadnej Delcy Rodriguez na Kubie” – oświadczyła Rosa María Payá, nawiązując do nowej szefowej reżimu w Caracas, namaszczonej przez Trumpa. 

„Radykalna zmiana wymaga, by rodzina Castro i generałowie u władzy od 67 lat odeszli. Transformacja musi się skończyć wolnymi wyborami. Reżim nas nie kupi, nie omami, choć próbuje grać na zwłokę i oszukiwać. Nie ma mowy, by reżim sam się zreformował” – podkreślała Payá w rozmowie z agencją EFE.

Payá ostrzega, a dysydenci na wyspie to powtarzają, że nie można pomijać Kubańczyków w projektowaniu reform demokratycznych. „Jako opozycja oraz organizacje społeczne i obywatelskie, na wyspie i na emigracji, przygotowywaliśmy się latami i mamy ludzi gotowych do przewodzenia w okresie przejściowym od barbarzyńskiej dyktatury do sprawiedliwych i wolnych wyborów” – mówi Rosa María Payá.

„Społeczeństwo obywatelskie ma jasny program i musi odegrać wiodącą rolę w jakichkolwiek negocjacjach na temat demokratycznych przemian” – mówił z kolei portalowi „Marti Noticias” dysydent Manuel Cuesta Morua.

Jak opozycjoniści wyobrażają sobie takie przemiany? Trudno powiedzieć. Dla wielu z nich od lat wzorem były zarówno hiszpańskie doświadczenia w przywracaniu demokracji po śmierci Franco w 1975 r., jak też polskie rozmowy przy okrągłym stole w 1989 r. Jednak obecny reżim kubański nie przypomina ekipy Jaruzelskiego, mimo wszystko gotowej do rozmów z Solidarnością

Opozycja zdaje sobie sprawę, że obalenie dyktatury z dnia na dzień raczej się nie wydarzy. „Demokratyczna transformacja może wymagać współpracy z jakąś częścią rządzącej biurokracji, żeby uniknąć chaosu. Ale odzyskanie suwerenności przez naród kubański nie podlega negocjacjom” – mówi Rosa María Payá.

Pokojowa transformacja albo chaos

Wspomniany dysydent Dagoberto Valdes przestrzega, że pokojowe przemiany są pożądanym, ale wcale nie jedynym możliwym scenariuszem.

„Desperacja może prowadzić do wybuchu przemocy, a tego na pewno nie chce naród kubański – pisze Valdes w swoim najnowszym artykule pt. „Wysłuchać głosu narodu”. – Reżim musi odpowiedzieć na ostrzegawcze sygnały, do czego może doprowadzić ostateczny krach. Jedyna droga uniknięcia chaosu i przemocy prowadzi przez pokojowe przemiany. Kto je opóźnia i przewleka, prowokuje przemoc i desperację. Przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne potrzebne są natychmiast. Czas się kończy”.

I dalej: „Lepiej przeprowadźmy je my, sami Kubańczycy, w kraju i na wychodźstwie, jako protagoniści naszej historii, tak jak nauczał w 1998 r. święty Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Kubę. I to jak najprędzej, zanim stanie się co innego”.

MACIEJ STASIŃSKI był przez wiele lat dziennikarzem „Gazety Wyborczej” oraz korespondentem hiszpańskich mediów w Polsce. Autor książki „Diabeł umiera w Hawanie”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Agonia dyktatury