Nazwijmy ją Maríą Rodriguéz. Prawdziwego nazwiska boi się podać ze względu na swoją rodzinę. Ona sama mieszka dziś w Danii – należy do dużej, wielomilionowej społeczności wenezuelskich emigrantów rozsianych po świecie.
– Kiedy rano zadzwonił do mnie brat, mówiąc, że Caracas zostało zbombardowane, serce podeszło mi do gardła – opowiada María Rodriguéz. – Mam kuzynkę, która mieszka dosłownie naprzeciwko Fuerte Tiuna, największego kompleksu wojskowego w Caracas, który został zbombardowany. Na całe szczęście akurat tej nocy wraz z rodziną była poza miastem – dodaje z ulgą.
Wenezuelczycy liczą na zmiany po ataku USA na cele wojskowe
María Rodriguéz przyznaje, że jej rodzina, podobnie jak większość Wenezuelczyków, cieszy się z takiego obrotu spraw. Przyznaje, że w jej otoczeniu, w Danii, mało kto jest w stanie zrozumieć, jak można się cieszyć z takie ataku na własny kraj.
– Ciężko jest wytłumaczyć komuś spoza Wenezueli, dlaczego się cieszymy – komentuje María w rozmowie z „Tygodnikiem”.
– Jeśli ktoś nie wie, jak wygląda życie w moim kraju, to zazwyczaj komentuje to zdaniem „Jak Amerykanie mogli coś takiego zrobić?!”.
María podkreśla, że nie chodzi o radość z samej interwencji USA, tylko o nadzieję, że po dekadach dyktatury w końcu coś się zmieni.
Sytuacja w Wenezueli po ataku USA: bojówki w Caracas, spokój na prowincji
– Byłam na urodzinach koleżanki, kiedy przyszła mi na WhatsAppa wiadomość o bombardowaniach w Caracas i La Guaira – opowiada w rozmowie z „Tygodnikiem” Daniela Salazar (imię także zmienione). Podczas rozmowy przez internetowy komunikator Daniela pokazuje filmiki, na których widać gruzy i rozwalone blachy leżące na środku drogi w miejscowości La Guaira.
Daniela, która mieszka w Barquisimeto, w północno-zachodniej części kraju, co chwila dostaje relacje od przyjaciół ze stolicy.
– W Barquisimeto jest spokojnie, ponieważ całe miasto jest prorządowe. Od 20 lat mamy tego samego burmistrza, który wspierał rewolucję Hugo Cháveza od samego początku – opowiada.
Spokój, o którym mówi Daniela, polega na tym, że w przeciwieństwie do Caracas na ulice nie wyjechały tu bojówki, które zastraszają ludzi i upewniają się, aby wrogowie reżimu nie wyszli na ulice i nie zaczęli świętować.
– Od jakiegoś czasu jeżdżę na Uberze. Dzisiaj ceny za przewóz skoczyły nawet do 50 dolarów, bo nagle cały transport został zawieszony, ale wolę nie ryzykować – tłumaczy. Chce kończyć rozmowę, z obawy, że służby reżimu namierzą telefon.
Wenezuelczycy – i ci w kraju, i ci na emigracji – czekają teraz na rozwój wydarzeń. Nie wiedzą, co nastąpi. Na razie pewne jest tylko to, że jesteśmy świadkami największej interwencji sił USA na kontynencie południowoamerykańskim od wielu dekad.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















