„Mała Hawana”: Kubańczycy, którzy już nie wrócą z Miami

Ta dzielnica Miami to lustro, w którym odbija się historia gorącej relacji Kuby i USA ostatnich 60 lat. Także dziś, gdy – jak tu mówią – prawdziwy Kubańczyk głosuje na Trumpa. Odwiedziliśmy to miejsce.
z Florydy
Czyta się kilka minut
Uciekinierzy z Kuby przybijają do portu Key West na Florydzie, kwiecień 1980 r. W tej fali emigracji, na którą zezwolił reżim Castro, do USA przybyło 125 tys. Kubańczyków. // Fot. ZUMA Press / Alamy / Be&W
Uciekinierzy z Kuby przybijają do portu Key West na Florydzie, kwiecień 1980 r. W tej fali emigracji, na którą zezwolił reżim Castro, do USA przybyło 125 tys. Kubańczyków. // Fot. ZUMA Press / Alamy / Be&W

Niech nikt nie myśli, że „Mała Hawana” to gorsza wersja prawdziwej Hawany. Pequeña Habana jest bardziej kubańska od Kuby. Tak mówią o niej mieszkańcy, a ja muszę im wierzyć, bo na Kubie nigdy nie byłem. Podobnie jak zdecydowana większość z nich.

Prawdziwi Kubańczycy z „Małej Hawany”

Taksówkarz, który wysadza mnie przy słynnej Calle Ocho, jest Kubańczykiem. Po drodze z dumą pokazuje miasto, ale narzeka, jak drogie jest życie na Florydzie. – Taniej jest pływać po Karaibach! – wie, co mówi, razem z żoną i dziećmi byli na rejsach prawie pięćdziesiąt razy.

Jak się żyje w Stanach? Macha ręką: – Z roku na rok coraz gorzej. Nie tylko w Miami, wszędzie jest drogo, nie ma pracy.

W dzielnicy „Mała Hawana”. Miami na Florydzie, czerwiec 2023 r. // Fot. Giorgio Viera / AFP / East News

Pytany o Trumpa, ożywia się. – To oszust! Sam nie głosuję, ale moi rodzice i teściowie, wszyscy na niego głosowali. Wmówił im, że zna się na rządzeniu, na ekonomii. Twierdzi, że ma big picture i zrobi huge deal – śmieje się. – Oni mu wierzą, biedni ludzie. No ale nic dziwnego, tacy są Kubańczycy.

Zaraz, Kubańczycy? Czy on też nie jest Kubańczykiem? Mężczyzna śmieje się: – Pewnie, że tak! Żona też. Ale dla naszych rodziców żadni z nas Kubańczycy. Prawdziwy Kubańczyk mówi tylko po hiszpańsku, popiera Trumpa i gra w domino. A w gębie ma cygaro.

Minie kilka dni, zanim zrozumiem, co miał na myśli.

Kubańczycy przybyli do Miami tylko na chwilę

Pequeña Habana w pierwszym momencie rozczarowuje: przypomina skansen. Wcześniej znałem tę dzielnicę z „GTA: Vice City”, gry komputerowej, w której odwzorowane jest Miami. Czuję się, jakbym już tu był. Wokół mnie wszystko krzyczy, że to kubańska dzielnica.

Statystyki pokazują jednak, że żyje tu coraz mniej Kubańczyków. Jeszcze w latach 80. XX w. stanowili ponad 80 proc. mieszkańców, dziś połowę. Dzielnica wciąż jest latynoska i katolicka, gdyż zamieszkali tu emigranci z Hondurasu i Nikaragui.

Co stało się z Kubańczykami? Niestety, raczej nie to, co było marzeniem ich rodziców, którzy wyobrażali sobie, że razem z dziećmi, najpóźniej wnukami, wrócą na Kubę, uwolnioną od Fidela Castro, który rządził nią od 1959 r.

Wielu z nich nie dożyło śmierci dyktatora (zmarł w 2016 r.; kubański komunizm trwa), a ich dzieci dorobiły się i wyjechały z Miami. Tak jak taksówkarz, który mnie tu przywiózł: choć wychował się niedaleko, od lat mieszka pod Miami, a z rodzinną dzielnicą ma kontakt tylko, gdy przywozi tu turystów.

Jak narodziła się „Mała Hawana”

Kubańczycy zaczęli osiedlać się na Florydzie w ramach Los vuelos de la libertad, Lotów Wolności. Ich historia łączy się z ruchem praw obywatelskich, który w latach 60. XX w. przyczynił się do zniesienia w USA prawa faworyzującego imigrantów z Europy.

Po tym, jak komuniści opanowali Kubę, emigrować zaczęły najpierw najbogatsze grupy społeczne, utożsamiające się z poprzednim reżimem – np. przedsiębiorcy, których pozbawiono majątku. W 1965 r. prezydent Lyndon B. Johnson ogłosił, że prześladowany naród kubański może znaleźć schronienie w USA, co spowodowało emigrację już masową.

Stany obawiały się wówczas, że Kuba może stać się wzorem dla lewicowych rewolucji, a Związek Sowiecki wykorzysta strategiczne położenie wyspy. To motywowało Waszyngton do inwestowania w program Lotów Wolności, które dwa razy dziennie, od poniedziałku do piątku, przywoziły do Miami Kubańczyków (łącznie setki tysięcy).

Co ciekawe, odbywały się w porozumieniu z władzą w Hawanie. Powodem było to, że nowy reżim nie chciał kojarzyć się z niewygodnymi obrazkami, wolał pozbyć się problemu. Na liście oczekujących na emigrację było około miliona osób. Z czasem reżim zaczął ich gnębić – propaganda nazywała ich gusanos, robakami, które szkodzą społeczeństwu.

Ostatecznie w ramach tego programu w latach 1965-73 do USA trafiło 300 tys. ludzi – pierwsza tak duża fala kubańskiej imigracji. Tak powstała Pequeña Habana, „Mała Hawana”.

Pokolenie Lotów do Wolności

Dziś ci, którzy wtedy przybyli, są uważani za pionierów. W społeczności nazywani są la primera generación. Pierwsze pokolenie. Stanowili niezwykłą jak na imigrantów mozaikę: byli tu antykomunistyczni inteligenci, przedsiębiorcy, specjaliści.

Wśród nich był Jorge Mas Canosa, król kubańskiego lobby. Do USA przybył jako 21-letni antykomunista, założył Narodową Fundację Kubańsko-Amerykańską. Wpływową organizację, która latami kształtowała politykę USA wobec Kuby, zwłaszcza wśród Republikanów.

Mas Canosa odniósł też sukces biznesowy. Stworzył firmę MasTec, która zajmuje się budową i modernizacją infrastruktury energetycznej, telekomunikacyjnej i wodociągowej. Ta historia nie jest jednak bez skazy: Mas Canosa latami spierał się z mediami, które zarzucały mu wręcz mafijne praktyki.

Po latach trudno powiedzieć, kto miał rację. Pewne jest, że komunistycznego reżimu nie udało mu się obalić, a MasTec zatrudnia dziś kilkanaście tysięcy osób i wciąż jest w rękach rodziny Mas Canosa (nestor rodu zmarł w 1997 r.).

Tak jak Mas Canosa, wielu Kubańczyków z la primera generación charakteryzowała specyficzna bezczelność: nie czuli się jak przegrani, którzy szukają w życiu drugiej szansy, lecz jak rebelianci, których los jest chwilowy.

Kubańskie serce w amerykańskim ciele

Niewielu pasażerów Lotów Wolności spodziewało się, że spędzą tu więcej niż kilka miesięcy, może parę lat. Reżim miał przecież upaść. Kierowali się prostymi zasadami: pielęgnowali kubańską kulturę i język, ciężko pracowali i nienawidzili Castro.

Carlos jest obywatelem USA, ale nie traktuje tego jako czegoś ważnego. W sercu jest Kubańczykiem. // Fot. Jan Radomski

O to, jak się czuje po wielu dekadach tu spędzonych, pytam Carlosa. Przyleciał do Miami pod koniec lat 60.; na Kubie jego rodzice mieli firmę, on pracował tu fizycznie. W wieku 80 lat wygląda na zmęczonego życiem. Ożywia się, gdy pytam, czy czuje się Amerykaninem.

– Nie jestem Amerykaninem! – krzyczy tak głośno, że spoglądają ku nam trzy Kubanki, które pracują w salonie fryzjerskim obok. – Po prostu tu mieszkam. Jestem stary, pewnie już stąd nie wyjadę, ale moje dzieci, wnuki wrócą kiedyś na Kubę.

Carlos ma obywatelstwo USA, ale nie traktuje tego jako czegoś ważnego. – To amerykański dokument – mówi. – A to kubańskie serce – smutno wskazuje na swoją pierś.

Pytam go o Trumpa. Interesuje mnie, co przyciąga Kubańczyków do obecnego prezydenta. Carlos macha ręką. – Trump to buen hombre. Porządny człowiek.

Rozmawiamy po hiszpańsku. Po angielsku Carlos nie mówi ani słowa. A może mówi, ale nie chce się do tego przyznać.

Co Kubańczycy myślą o Donaldzie Trumpie

Od początku pobytu w „Małej Hawanie” dziwi mnie, jak mało użyteczny jest tu angielski. Gdy zaczynam rozmowę z kolejnymi grupkami, krzywią się i kręcą głową, nawet gdy zadaję podstawowe pytania po angielsku. Aż nie chce się wierzyć, że nie rozumieją, co znaczy How are you. Zwłaszcza że np. młodzi muszą mieć kontakt z anglojęzyczną kulturą.

Mam poczucie, że nawet nie próbują mnie zrozumieć, nie chce im się ze mną gadać. Jednak wystarczy, że powiem kilka słów w kaleczonym hiszpańskim, a ich nastawienie od razu się zmienia.

Grupa dwudziestolatków opowiada o życiu tutaj: jeden pracuje w kubańskiej restauracji, drugi na budowie, trzeci studiuje ekonomię. Na pytanie o Trumpa reagują raczej pozytywnie, ale bez większego zainteresowania. – Polityka mało nas obchodzi – mówi student. – Ale tak, głosowałem na Trumpa, bo to silny polityk. Zrobi porządek z tym wszystkim, co się dzieje dookoła.

A co się dzieje? – Świat zwariował na punkcie poprawności politycznej. Niedługo nic nie będzie można powiedzieć. Słyszałeś, co gada lewica? Nie ma dwóch płci, każdy może mieć inną.

– Kobieta może mieć jaja, a facet rodzić dzieci – śmieją się jego koledzy.

Czy interesuje ich, co Trump mówi o Kubie? – Trochę tak, potrafi postawić na swoim – mówi student. – W przeciwieństwie do Demokratów – dopowiada ten, który pracuje na budowie.

Rzeczywiście, Trump od początku drugiej kadencji zaostrzył kurs wobec Kuby. Cofnął tym niektóre decyzje Joego Bidena. Najgłośniejsze było przywrócenie Kuby na listę państw wspierających terroryzm. Trump zrobił to po raz drugi, poprzednim razem podjął taką decyzję na kilka dni przed końcem swojej pierwszej kadencji.

Komu kibicuje „Mała Hawana”

Chłopacy mówią o Kubie, ale mam poczucie, jakby słowo to nie oznaczało realnego kraju, ale było jakimś symbolem.

Przez chwilę rozmawiamy o baseballu. To też trudny temat. Kubańczycy żyjący w USA nie kibicowali reprezentacji Kuby. Chłopcy tłumaczą, że to się zmienia – w przeciwieństwie do ojców czy dziadków, młodzi niekiedy patrzą na sportowców bardziej po ludzku, jak na ofiary reżimu.

Niektórzy sportowcy ryzykują życiem, by uciec z Kuby. Kilka lat temu zyskała na tym Polska, gdy naszym obywatelem został Wilfredo León, jeden z najlepszych siatkarzy świata. Pytam o niego, wszyscy go kojarzą. – León, no pewnie, wspaniały siatkarz, macie szczęście, że gra dla Polski!

Jak złożona jest sytuacja Kubańczyków, pokazuje historia sprzed trzech lat. W marcu 2023 r. w ramach półfinałów World Baseball Classic rozegrano mecz między Kubą a USA. 

Na LoanDepot Park, w sercu „Małej Hawany”, przyszli tłumnie imigranci. Część gwizdała, gdy reprezentacja Kuby zdobywała punkty. Podczas meczu na boisko wtargnęło trzech aktywistów. Spotkanie zakończyło się wynikiem 14:2 dla USA. Dzień później jeden z kubańskich zawodników zdecydował się zostać w Miami.

O tym meczu rozmawiam z dwiema młodymi Kubankami, które stoją na podwórku i palą papierosy. Camila i Yan były na nim ze swoimi chłopakami, którzy są Amerykanami.

Komu kibicowały? – USA! – odpowiadają bez wahania.

Dziewczyny to najmłodsze kubańskie pokolenie w Miami. Jednak ich rodzinna historia jest inna niż potomków „pierwszego pokolenia”. One są córkami Marielitos – emigrantów, którzy do Miami przybyli w 1980 r., gdy Castro otworzył port Mariel na masową emigrację.

Fala Marielitos w Miami

Ta historia pokazuje spryt dyktatora. Pod koniec lat 70. ludzie na Kubie próbowali uzyskać azyl w latynoskich ambasadach. 1 kwietnia 1980 r. sześciu mężczyzn dostało się do ambasady Peru, a władze w Limie ogłosiły, że nie wydadzą ich kubańskiej policji.

4 kwietnia rząd Kuby ogłosił, że wycofuje służby spod ambasady. Następnego dnia na jej terenie było 2 tys. osób, a kolejnego 10 tysięcy. Kubańscy urzędnicy przez głośniki ogłaszali, że każdy, kto znalazł się na terenie ambasady, może swobodnie emigrować, jeśli inne państwo zgodzi się go przyjąć. Warunki w ambasadzie pogarszały się; legenda głosi, że przebywający tam byli zmuszeni jeść z głodu koty.

Przez kolejne tygodnie rząd Kuby prowadził kampanię, która zachęcała do emigracji, a zarazem stygmatyzowała emigrantów. Społeczeństwo podzielono na lojalnych i szumowiny. Castro mówił, że wyjeżdżają „pedałki” (flojito) i „bezwstydne stworzenia” (tak nazwał pracownice seksualne). Rząd organizował zbiorowe akty potępienia.

20 kwietnia Castro ogłosił, że każdy, kto chce opuścić Kubę, może to zrobić przez port Mariel, o ile ktoś po niego przypłynie. Reakcja rodaków z Florydy była natychmiastowa – zaczęli organizować tysiące łódek i kutrów. Tymczasem Castro celowo wsadzał na nie przestępców i osoby leczące się psychiatrycznie, aby się ich pozbyć.

W Miami zapanował chaos. W dzielnicach zamieszkanych przez czarnych Amerykanów rosła frustracja z powodu przywilejów, jakie otrzymywali Kubańczycy. 17 maja w dzielnicach Liberty City i Overtown wybuchły zamieszki, zginęło 18 osób.

W tej fali emigracji do USA przybyło 125 tys. Kubańczyków. Tak powstali Marielitos.

Dlaczego Kubańczycy z USA popierają dziś Trumpa

Alejandro przybył do USA jako chłopiec na jednej z tych łodzi. Wesoły, wysportowany, ma ok. 60 lat. Zadowolony z życia, siedzi przed domem i popala cygaro. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej kubańskiego.

 – Jestem Marielito! – mówi z dumą. – Przez lata trudno było o tym mówić, ludzie patrzyli na nas podejrzanie. Ale teraz to się chyba zmienia.

Alejandro jest dumny z tego, że jest „Marielito”. Do Miami przybył jako chłopiec na łodzi 45 lat temu // Fot. Jan Radomski

Jest pierwszą osobą w „Małej Hawanie”, która rozmawia ze mną po angielsku. Przez lata pracował jako urzędnik, a także w szkole położonej kilka przecznic dalej: – Kubańczycy się boją. Nikt ci nie powie tego głośno, ale się boją. A później ten strach przerabiają na jakieś zasady. Ludzie tu nie integrują się, a później nazywają to dbaniem o kubańską kulturę.

A Trump? – Ten facet to ucieleśnienie naszych lęków. Ludzie głosują na niego, gdyż daje im błyskawicznie odpowiedzi. Na wszystko. A jak się boisz, to nie chcesz słuchać skomplikowanych analiz, ale chcesz jednego: przestać się bać.

Do rozmowy włącza się sąsiadka, też Kubanka; w Miami mieszka od 30 lat. – Starsi Kubańczycy lubią podkreślać swoje wartości, tylko to w dużej mierze powierzchowne. Każdy, kto myśli trochę inaczej, od razu staje się komunistą.

– Skąd jesteś? – pyta Alejandro. Entuzjastycznie reaguje na moją odpowiedź: – Z Polski? No to nas zrozumiesz. Też mieliście komunizm, starsze pokolenie zostało upokorzone, musieli uciekać jak szczury z kraju, a później odbili to sobie.

– Moi rodzice to Marielitos – dodaje kobieta. – Całe życie strasznie się tego wstydzili, a jednocześnie czuli się lepsi od innych, choćby od imigrantów z Meksyku. Mieli poczucie, że przyjechali tu ze względu na wartości, a nie tylko za pracą. Choć to była tylko częściowo prawda.

Opowieść o „Małej Hawanie” uczy pokory

Pytanie, dlaczego mieszkańcy „Małej Hawany” popierają Trumpa, można by sprowadzić do kwestii ideologicznych. Ale to nie byłaby pełna odpowiedź. Dla starszych pokoleń antykomunizm był rzeczywiście czymś definiującym, ale dla młodszych Castro to postać z innego świata – interesuje ich mniej niż koszty życia czy brak pracy.

Rozmowa z Alejandro uświadamia jednak, że jest tu coś wspólnego: lęk, który w tej społeczności dziedziczony jest razem z kubańskością. I starsi, i młodsi boją się, jak sobie poradzą. Choć trudno im to przyznać, wolą więc mówić o złości na komunizm lub polityczną poprawność.

„Mała Hawana” jest jak Miami – chyba jedyne miasto na świecie stworzone na podstawie wyobrażenia w popkulturze. Popularność serialu „Miami Vice” w latach 80. XX w. sprawiła, że miasto stało się takie, jak wyobrazili sobie jego twórcy: miejscem wiecznej imprezy, wypełnionym pastelowym przepychem i syntetycznym popem.

Tutaj jak nigdzie indziej kultura masowa potrafi zawęzić złożone losy społeczności do kilku symboli: muzyki, cygar i kolorowych aut.

Wystarczy jednak zejść z Calle Ocho, by zobaczyć, że pod tym, co zdaje się skansenem, kryje się coś więcej. To opowieść o pokoleniach emigrantów: od antykomunistycznie zaangażowanego „pierwszego pokolenia” przez Marielitos po ich dzieci i wnuki, które mają już inne priorytety. O emigracji niebędącej ani porażką, ani sukcesem. Opowieść o polityce, która nie jest ideologią, ale traumą i nadzieją, a czasem też muzyką, jedzeniem i sportem.

Przede wszystkim jednak jest to opowieść o tym, że powrót do domu nie zawsze jest możliwy, a cel cały czas się zmienia.

To wszystko uczy pokory. Bo proste odpowiedzi w tym miejscu nie istnieją.

JAN RADOMSKI jest socjologiem, wykładowcą akademickim. Publikował także w zagranicznych mediach, ostatnio we francuskim „Le Monde diplomatique” czy brazylijskim „Folha de São Paulo”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Opowieść o Małej Hawanie