Nie sprawdziła się przepowiednia, że ludzie nie będą czytać: czytają, i to całkiem sporo. Byłem niedawno na targach książki: widziałem tłumy odwiedzających, widziałem stare i nowe wydawnictwa, widziałem książki, które świetnie się sprzedają.
Ja sam pierwszą książkę samodzielnie przeczytałem... mniejsza z tym, ale wcześnie. Wcześnie też doświadczyłem tego momentu, w którym w trakcie zimowych wieczorów domownicy gromadzili się, a ktoś (albo moja mama, albo jej siostra, ciocia Litka) głośno im czytał. W ten sposób poznałem „Trylogię” i „Krzyżaków”. Dzięki głośnej lekturze zapamiętałem je tak dobrze, że później już nigdy ich w całości nie przeczytałem. Po prostu je pamiętam.
Oczywiście dziś pisze się inaczej niż w czasach Sienkiewicza. Nie wiem, czy Jon Fosse, którego czytam teraz dużo, jest dobrym przykładem na ten inny sposób pisania – ale nie narzekam na tę zmianę. Tak samo jak nie narzekam na książki napisane bez talentu. To nie jest przecież żadną winą – nie mieć talentu, a pisać bez talentu czasem warto.
Książka, którą pochłonąłem, choć nie była wielką literaturą
Dam przykład: przeczytałem ostatnio gruby tom, wspomnienia pewnej pani. Miała wspaniałego syna, sama też pewnie była wspaniała, lecz nie była wspaniałą pisarką. Opracowanie tomu wspomnień, chyba na podstawie jej zapisków, musiało kosztować sporo trudu, a i tak wyszła z tego książka słaba jako pamiętnik, za to bezcenna dzięki odnotowaniu bardzo wielu postaci. Wydarzenia są opisywane – co tu mówić – na ogół nieudolnie, z reguły dość powierzchownie, ale poznajemy z imienia i nazwiska osoby biorące w nich udział. W ten sposób informacja o nich została uwieczniona i może dotrzeć do ludzi, dla których byli bliscy – w tym do mnie. Książkę, dość sporą, pochłonąłem od deski do deski, nawet jeśli nie jest to wielka literatura.
Wróćmy więc do literatury. Hanna Krall jest tu szczególnie godna uwagi. Ona nie pisze niepotrzebnych słów. To bynajmniej nie jest proste ani łatwe, a Hanna Krall to potrafi. Czasem – przyznaję – też próbowałem tak pisać. Nic z tego nie wychodziło. Być może to mój własny defekt. Nie wiem: w myśli czy na papierze, Krall wyrzuca z tekstu wszystkie słowa, które nie są konieczne do wyrażenia tego, co chce wyrazić. To jest trudne. Czytasz i myślisz: „jacy to jesteśmy rozgadani” i „tyle tych zupełnie niepotrzebnie słów” – widzisz to, skreślasz, ale wtedy tekst robi się niezrozumiały albo koślawy. No to przywracasz. Trudno, nie każdy styl jest dla każdego. Jest styl epoki i własny styl, z którego się łatwo nie wyzwolisz.
Sądzę, że do końca świata ludzie będą pisali książki. Styl się będzie zmieniał, ale one będą powstawały: powieści, pamiętniki, książki o problemach, naukowe i popularne. I książki religijne.
Na przykładzie tych ostatnich właśnie widać, jak pisanie się zmienia. Bo zmienia się mówienie religijne, ba: zmienia się myślenie religijne. I, co może być dziwne dla tych, którzy na ogół książek religijnych nie czytają, zmienia się sposób ich lektury. Nie wiem, czy dawne książki religijne były blisko człowieka religijnego, ale jeśli tak, to znaczy, że także zmienił się człowiek religijny. Przykładem mogą być książki księdza (kardynała) Grzegorza Rysia. Czyta się je świetnie, bo są jak rozmowa, nie kazanie czy wykład.
Na koniec napiszę więc tylko, że książka nie umarła, nie odeszła do składu ze starociami. Czytajmy, choćby nie wiem co się zdarzyło.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















