Widziała pani te wrony?
– Wiecują.
– Nie znoszę wron. Atakują moje małe.
Małe? Park Promenada, Mokotów dolny, ławki wokół stawu. Siedzę w starym płaszczu zielonym, płaszczu starego wiarusa, rogatywki by mi tylko brakowało. Za to mam pilotkę, może uniesie to ciężkie płaszczycho o gram w górę, jak już rozkręcę wewnętrzne śmigło. Kręcimy. Zrzucam plecak z zakupami i zerkam ku sąsiedniej ławce. A tam lekko przygarbiony, skulony ku smutnym myślom, siedzi gość z fajką, w kapelutku. Czyta, ale zapiera się obcasem w gotowości. Czyta, ale śledzi wszystko.
Pokrywa mroku, jeszcze półprzezroczysta, nasuwa się powoli nad park. Kiedy skończymy rozmowę, będzie już nieprzepuszczalna. Co druga latarnia daje światło. Pewnie układają się w gwiazdozbiór. Chciałabym unieść się nad parkiem, by zobaczyć, który to (jaką konstelację tworzymy z przyziemnymi gwiazdami, chtonicznymi diodami na słupie). Płomyk z fajki dodaje kolejną kapryśną gwiazdę do chybotliwych zodiaków.
– Powiedział pan, że małe...
– Pani nie wie, jak wrony prześladują wiewiórki, zabijają młode. Boję się, że znowu mi narobią szkód.
– Mówi pan jak o gospodarstwie – uśmiecham się.
– A tak, tu jest mój rewir opiekuńczy. Obejmuje Mokotów, no, może poza drobnymi wyjątkami, ale nadzoruję ten teren.
– Strzeże pan?
– Owszem, wiewiórek. Nie miałem wyboru, wie pani, jak się przejmuje pałeczkę po kimś tak charyzmatycznym, to co powiedzieć... Ale trudno, ja się nie będę cackał, mam swoje zadania.
Siedzimy i patrzymy w czerniejące niebo. Park zamiera w górnych partiach, między gałęziami. W dolnych poniewierają się sny i ludzie. Właścicieli wyprowadzają psy.
– Wie pani, nigdy nie miałem psów, wolałem koty. Aż pojawiły się wiewiórki, ta subtelniejsza forma istnienia.
– No ale, zdaje się, niedająca się udomowić.
– Ech, proszę pani, pani nie znała mojego ojca. Pani nie wie, co można wycisnąć z wiewiórki.
– Haha, wiewiórka pod prasą...
– Świetnie. Pani nie wie, że to jest świat osobny. Co mówię z absolutną powagą.
Pyk-pyk i kolejna smużka korzennego dymu dryfuje ku stawom, by po chwili rozmyć się w sinym powietrzu. Pędzelek aury rozciera dziś szybko. Żadna nie dotrze nad wodę.
– Wiewiórki są charakterne – przytakuję.
– Eee, to wie każdy idiota.
– Przyjaciele dokarmiają. Zamawiałam orzechy włoskie do paczkomatu, haha. Matka karmiąca.
Spojrzał życzliwiej. Zasłużyłam się jego przyjaciołom.
– Pewnie pani myśli, że one się od siebie nie różnią – aż mu się profil od tej zaczepki wyostrzył nad fajką.
– E, gdzie tam. Mają różne dynamiki, osobowości. Rozmiar pędzelków, kształt ogona.
Zwrócił się ku mnie:
– Przede wszystkim: mówią. Mój ojciec mnie o tym przekonał.
– O!
– Bywa tu pani? W tym parku?
– A bywam. Chodzę tu sobie.
– Jutro będę. Jeśli chce pani posłuchać o Królu Wiewiórek. Dziś nie mogę, wzruszyłem się, a muszę jeszcze przejść się Belwederską pod górę.
– Zwizytować stadko.
– Nie, to są indywidualności. Dobierają przyjaciół. Proszę nie używać takich słów – przyciął.
Wstał, pogroził wronom i ruszył, nucąc, ku Śródmieściu.

Nie powiedział, o której mam się stawić, więc celowałam w tę samą porę. Siedział przygarbiony, z fajką w dłoniach. Wyczuł, że się zbliżam, przesunął się zapraszająco:
– Czytała pani? – „Cudowna podróż” na kolanach.
– Oj tak.
– Ulubiona książka taty – rozczulił się. Inaczej dziś wyglądał. Jak dziecko, z którego ciężka noc zrobiła starca. – Tato chciał tak polecieć, jak u Selmy. Ile to lat już minęło, a ja wciąż... Dobrze, ale ja miałem pani opowiedzieć o Królu Wiewiórek.
– Słucham.
– Widzi pani, legenda mojego życia. I ta scheda wiewiórcza po nim. Ale zacznijmy od początku. Poznałem go jako dorosły człowiek. Nigdy jakoś szczególnie nie interesowałem się zwierzętami. W przeciwieństwie do ojca: on zawsze miał się kim zająć, zawsze kogoś hodował. Nigdy by mi nie pozwolił powiedzieć: „coś”.
– O, mój tato, lekarz weterynarii, też mówi o zwierzętach jak o osobach.
– Tak! Nie zdawałem sobie sprawy, że mnie to przejmie. Lubiłem naszego kota, bardzo nawet. Nazwał ją Masza, to z Czechowa. Twierdził, że jest mądrzejsza ode mnie, to bardzo możliwe. Dużo pisał przy biurku, zalegała z nim. Na pewno pomagała mu w badaniach. No, ale miałem mówić o Królu Wiewiórek.
– Ano.
– Zobaczyłem go po raz pierwszy w Łazienkach. Mieszkam do dziś przy Podchorążych. Widziałem, jak idzie w długim, nieco wymiętolonym płaszczu, w czarnym kapeluszu, a wokół niego zaczyna się kłębić. Bo widziałem, widziałem, że tak sobie szedł, a co chwila miał do czynienia z inną wiewiórką. I wie pani, to były rozmowy, mówił do nich. Miał orzechy w woreczkach. Ale nie o to szło. Szło o kontakt.
– Piękne.
– Piękne. Śledziłem go z daleka. Przetrzepywał kieszenie. Dawał im sygnał, że coś jeszcze ma. Wróciłem do domu szczęśliwy...
– Jasne.
– ...i przychylniej spojrzałem na kota. Dostał porcję ekstra w imieniu wiewiórek. Tato mnie poklepał po plecach. Tak sobie uświadomiłem, że dzięki zwierzętom zbudowaliśmy więź. Późną więź. Wcześniej ojciec mną się nie przejmował, ale kiedy dostrzegł, że cieszy mnie widok wiewiórek na drzewie za oknem, przyniósł mi „Cudowną podróż”. „Masz, to najpiękniejsza rzecz na świecie”. Na urodziny kupił mi fajkę. „Żebyś nie palił tych obrzydliwych petów”. Krótko to trwało, zaczął mieć problemy z pamięcią.
– Uhm, znamy.
– Najpierw lekkie. Lektury przestały go bawić. Czasem tylko muzyka. Zdawał się rozkojarzony, drzemał w dzień, co mu się nigdy nie zdarzało. I do mnie przestał się uśmiechać. Zostały mu zwierzęta. Chodziłem sam do parku, płakałem, prosiłem drzewa o wsparcie. I zobaczyłem Króla po raz drugi. Daleko, u szczytu alei. Oczywiście w towarzystwie. Płaszczydło, kapelusz. Jakiś dzieciak się go przestraszył, uciekł do mamy, haha.
– Wieje grozą spod kapelusza.
– Z tatą było coraz gorzej. Wychodził już tylko na podwórko pod blokiem. Odnowiły się problemy z sercem. Przestał poznawać mamę. A do szpitala iść nie chciał, zwiewał, awanturował się, jak żeśmy go położyli na diagnozy. Mantrował tylko: „Czas mi do wiewiórek”. Mało co mówił poza tym. Kiedy się do mnie zwracał, mówił: „Powierzam ci ten park. I ten drugi, co to wiesz. Ja już nie wiem, jak się nazywa, ale pilnuj, pilnuj. To mój rejon. A ja mam już słabe nóżki, już nie mogę odganiać wron”. Nie pamiętał, jak mam na imię. Zbliżało się Boże Narodzenie. Zawsze jeździliśmy do domu rodzinnego taty, do brata. Matka uznała, że i tym razem. Że, kto wie, może coś sobie przypomni. Poza tym wiele tam zwierząt.
Otarł łzę, nabił fajkę.
– Spakowaliśmy się. Tato wyciągnął starą skórzaną torbę i nie chciał mi jej oddać do bagażnika. „Moje, nie ruszaj”. Siedział z tyłu z torbą i kotem na kolanach. Pięknie było, śnieżnie, niecałe dwie godziny drogi. Tam lepiej się poczuł. Brat mieszka pod lasem. Dzięcioły, lisy, sarenki, raj. Tato był taki szczęśliwy. Pytałem, czy się nie smuci, że osierocił dwie nasze warszawskie wiewiórki, co im sypał orzeszki pod blokiem. „One wiedzą. Przyjdą po mnie”. Nie zrozumiałem. „Czas mi”. Wigilię mieliśmy smutną. Zjadł tylko kawałek opłatka, nie chciał ulubionej ryby, wymykał się nam. Mama odprowadziła go do łóżka. Pamiętam gwiaździste niebo, niesamowitą noc. Gadaliśmy do późna, po północy nalaliśmy sobie wina, nakroiliśmy makowca, wyciągnęliśmy zdjęcia. Tato z pieskiem, tato na koniu. Tak inny, tak dziwnie solenny wyraz twarzy. Trzymane na wodzy poruszenie. Poszliśmy spać przed trzecią, nikt nie zaglądał do ojca.
– Aha.
– Obudziło nas pukanie sąsiada. Wybiegłem. „Panie Michale, tu jacyś ludzie siedzieli, jak wracałem z pasterki. Mówię: zakonnik jakiś, habit widziałem, i gość w kapeluszu, w płaszczu. I wiewiórki, kilka wiewiórek. Myślę: ki czort, chociaż nie, tfu, zakonnik. Ale skąd zakonnik. To pomyślałem, że dołożę do pieca i wrócę”. Podbiegłem do stołu w ogrodzie. Nikogo. Ślady łapek wiewiórczych. I ślady butów, świeże, po jednej stronie stołu. Tknęło mnie. „Tato”. Wbiegłem na górę. Zastałem tatę przy łóżku, w butach mokrych od śniegu. Twarz miał spokojną, uśmiechniętą. To był rozległy zawał.
– A Król?
– Przy łóżku stała skórzana torba, otwarta. A w niej mokry płaszcz, a pod nim kapelusz. Pochowałem tatę w tym płaszczu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














