Od głównego wejścia do mniejszego ołtarza jest tak daleko, że dziś musiałabym włożyć okulary, żeby namierzyć rozmazujące się w półmroku sylwetki. Ale wtedy widzę wyraźnie. Stare kobiety już zasiadły.
Właściwie w większości widzę tylko ich bordowe, fioletowe i czarne głowy w czapkach robionych na drutach, ale są też ze trzy filcowe kapelusze z kokardą. Widzę niektóre wyświecone kołnierze i dwa karakułowe, ale taki widok przysługuje tylko tym, którym udało się wyrosnąć ponad metr sześćdziesiąt. Reszta tonie w ławkach. Najniższym nad oparcie wystają jedynie głowy. Leżą jak na tacy.
Szukam swojej, w chustce ze złotą nitką. Jest. Moja głowa ma dwie chustki, jedną na dzień powszedni i jedną do kościoła. „Chustka” mówi się miękko, bo jest przez „ch”. „Jak bedzisz wiedziała, jak mówić, to bedzisz wiedziała, jak pisać”.
Po Babce od razu widać, że nie jest stąd, nie musi się odzywać. Przyszłam z nią, bo jest stara i przygłucha, a spowiada się u jeszcze starszego i głuchego jak pień, bo u niego nie ma kolejek. U innych trzeba stać i godzinę, u niego zawsze puchy.
„Do mnie, do mnie!” – nawoływał z marnym skutkiem, machając fioletową stułą przez okno konfesjonału. Podchodzili tylko ci, co niechcący złapali kontakt wzrokowy i już się nie mogli wywinąć. Reszta w skupieniu kontemplowała gotyckie sklepienie, przyglądała się witrażom albo ubłoconym czubkom wypastowanych butów.
Babce nie przeszkadzało, że u niego trudno o tajemnicę spowiedzi. Bo czego ma się wstydzić? Że nikogo nie zabiła?
– Głośniej mówić! – krzyczy.
– Co robić?! – odwrzaskuje Babka zaciągając.
– Głośniej!!
– Aha! – Babka odchrząkuje i podkręca głośność.
Nie wiem, gdzie oczy podziać, jak ona się spowiada, więc celuję tak, żeby ją doprowadzić i dać nogę przed kościół.
Policzyć do tysiąca, początkowo dwie liczby na sekundę, w połowie zwolnić do jednej i wytracać tempo liczenia, ale nie jakoś gwałtownie, tylko z wyczuciem, tak jak się uspokaja melodię, żeby miękko dobrnęła do pomyślnego zakończenia, wrócić, odebrać ją sprzed konfesjonału i zabrać do domu.
Ale żeby jednak nie przyjść po nią za wcześnie i nie usłyszeć, co i ile razy. Ale też nie za późno, żeby nie zdążyła dołączyć do bab.
Nie zdążyłam.
Dołączyła.
Zaczęły.
Zacznijcie, wargi nasze, chwalić Pannę Świętą...
Babka macha do mnie, że tu siadaj.
Poruszenie wśród głów. Rozsuwają się, przesuwają, przegrupowują, przewieszają torebki. Jest, wygospodarowały wąskie miejsce dla mnie.
Wciskam się między chustkę ze złotą nitką a filcowy kapelusz bordo. Mój biały pompon kręci się, znika pod ławką, wynurza na powierzchnię, znowu znika, dopóki Babka na mnie nie syknie, żeby prosto siedzieć. Siedzę prosto. Jakby Michał Archanioł się wkurzył i wszystkie teraz ciął mieczem wzdłuż oparcia ławki, to tylko ja bym przeżyła.
Na Jutrznię
Zawitaj, Pani świata, niebieska Królowa,
Witaj, Panno nad panny, gwiazdo porankowa!
Zawitaj, pełna łaski, prześliczna światłości,
Pani, na pomoc świata spiesz się, zbaw nas z złości.
Ciebie Monarcha wieczny od wieków swojemu
Za Matkę obrał Słowu Jednorodzonemu,
Przez które ziemi okrąg i nieba ogniste,
I powietrze, i wody stworzył przezroczyste.
Ciebie, Oblubienicę, przyozdobił sobie,
Bo przestępstwo Adama nie ma prawa w Tobie.
Chucham w futerko zmarzniętych rękawiczek z jednym palcem i szybko wkładam w nie skostniałe dłonie. Zaciskam pięści, bo tak jest cieplej.
Pustymi łapkami poklepuję przemarznięte uda w takt wyśpiewywanych słów. Koniuszki palców rozgrzane oddechem przyjemnie mi pulsują ziemią, niebem, powietrzem i przezroczystymi wodami.
Zamykam oczy. Płynę niespieszną melodią w spokojnym rytmie bez wstrząsów. Mijam ziemi okrąg i nieba ogniste. Oddycham równo.
Na Prymę
Zawitaj, Panno mądra, domie poświęcony,
Siedmioma kolumnami pięknie ozdobiony.
Od wszelakiej zarazy świata ochroniona,
Pierwej święta w żywocie matki niż zrodzona.
Echo monotonnych głosów unoszone ciepłym powietrzem miesza się z chłodem wysokiego sklepienia.
Widzę, jak przenika dach i leci pod kopułę nieba, przenika kopułę nieba i posrebrzone znika w ciemności. Głosy wełnianych czapek i filcowych kapeluszy nie ustają, choć zaraza świata ich nie oszczędza. Mądry dom.
Ktoś kiedyś widział mądry dom? Słyszę szelest cicho zdejmowanych butów. I to bynajmniej nie jest Duch Święty.
Tyś matką wszech żyjących, Tyś jest świętych drzwiami,
Nowa gwiazdo z Jakuba, Tyś nad Aniołami.
Ogromna czartu jesteś, w szyku obóz silny,
Bądź chrześcijan ucieczką i port nieomylny.
Oddycham głęboko żywicą egzotycznych drzew. Chustka i kapelusz grzeją mnie z prawej i lewej. Jest mi błogo i chce mi się spać.
Czuję, jak przez moje pulsujące od mrozu palce przesypuje się ciepły piasek, jak dwa lata temu na plaży, kiedy jeden chłopak cmoknął mnie w policzek i uciekł, a potem na stołówce udawał, że mnie nie zna.
Widzę, jak leci ziarnko po ziarnku. Jedno po drugim pojawia się i znika w złotej godzinie. Słyszę szum skrzydeł Michała Archanioła i mew.
Na Tercję
Witaj, Arko przymierza, tronie Salomona,
Tęczo wszechmocną ręką z pięknych farb złożona.
Tyś krzak Mojżeszów, Boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aaronowa, śliczny kwiat rodząca.
Widzę wielkie ognisko, w którym piekliśmy kartofle jesienią. Czuję, jak goreją mi policzki od słupa ognia, widzę swoje czarne jak święta ziemia ręce od obierania spalonych kartofli.
Siedzę w kinie i wiem, że Indiana Jones nigdy nie znajdzie prawdziwej Arki Przymierza. Różdżki Aarona, dekalogu i manny.
Chucham w rękawiczki. Ale chcę, żeby nie ustawał w poszukiwaniach. Bo jest piękny i odważny. Musi się zmęczyć szukaniem. Inaczej nie zrozumie.
Bramo rajska zamkniona, runo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.
Przystało, aby Cię Syn tak zacny od winy
Pierworodnej zachował i zmazy Ewinej,
Który Ciebie za Matkę obierając Sobie,
Chciał, by przywara grzechu nie powstała w Tobie.
Widzę suche runo na wilgotnej ziemi. Widzę wilgotne runo na suchej ziemi. Skoro przywara grzechu mnie nie ominęła, skąd mogłam wiedzieć, że idąc za czymś, co piękne, skończę na manowcach? Skąd mogłam wiedzieć, które piękne znaczy dobre? Chucham, rozgrzewam rękawiczki. Skąd mam wiedzieć, czyj głos słyszę, skoro nawet nie mam runa?
Na Sekstę
Witaj, świątynio Boga w Trójcy Jedynego,
Tyś raj Aniołów, pałac wstydu panieńskiego!
Pociecho utrapionych, ogrodzie wdzięczności,
O palmo cierpliwości, o cedrze czystości!
Ziemia jesteś kapłańska i błogosławiona,
Święta i pierworodną zmazą niedotkniona.
Miasto Pańskie i brama na wschód wystawiona,
Wszelkąś łaską, jedyna Panno, wypełniona.

Zniknął biały pompon, przyszedł czas na czapki o najdziwniejszych kształtach i kolorach. Na ciepłą kominiarkę z daszkiem, komin, przez który dostałam zapalenia uszu, grubą nasuniętą na oczy, a potem odsuniętą jak najdalej od oczu na tył głowy, od której dostałam zapalenia zatok, i znowu nasuniętą na oczy, po której długo noszę ściągacz na czole.
Żadnych chustek. Żadnych złotych nitek. Chucham w rękawiczki. Zastanawiam się, czy zdążę stać się Miastem Pańskim, zanim zostanę miastem na zawsze opuszczonym.
Na Nonę
Witaj, miasto ucieczki, wieżo utwierdzona
Dawidowa, basztami i bronią wzmocniona.
Tyś przy Poczęciu ogniem miłości pałała,
Przez Cię władza piekielnych mocarzów stajała.
O mężna białogłowo, Judyt wojująca,
Od niewoli okrutnej lud swój ratująca.
Rachel ożywiciela Egiptu nosiła,
Nam Zbawiciela świata Maryja powiła.
Bezradnie patrzę, jak wchodzą i wychodzą. Jak drobne świństwa rujnują im życie. Jak się kochają i przestają kochać. Jak rodzą się i umierają. Jak czekają na cud i ten cud nie przychodzi, albo przychodzi, ale to nie jest ten cud. Jak bardzo chcą żyć i nie żyć równocześnie, jak znajdują i nie chcą oddać, jak gubią i nie mogą znaleźć.
My. To znaczy ja. Chucham w rękawiczki. Ratuj z niewoli, o miasto ucieczki, o Judyt wojująca.
Na Nieszpory
Witaj, światło z Gabaon, coś zwycięstwo dało,
Z Ciebie Słowo przedwieczne w ciało się przybrało.
Aby człowiek z padołu powstał wywyższony,
Niewiele od Aniołów jest on umniejszony.
Słońca tego promieńmi Maryja jaśnieje,
W poczęciu swym, jak złota zorza, światłem sieje.
Między cierniem lilija kruszy łeb smokowi,
Piękna jak w pełni księżyc, świeci człowiekowi.
Widzę, jak Słowo staje się Ciałem i zatrzymuje wielki czas mierzony eonami. Mały czas płynie jak płynął, dlatego żal mi wełnianych czapek, filcowych kapeluszy, chustek ze złotą nitką i białych pomponów.
Nic nowego pod słońcem. Miałeś rację i nie miałeś, że wszystko jest ulotne, bo skoro lilija kruszy łeb smokowi, to jednak zmierzamy ku światłu, Kohelecie.
Na Kompletę
Witaj, Matko szlachetna, w panieńskiej czystości
Gwiazdami uwieńczona, Pani łaskawości.
Niepokalana, czystsza niźli Aniołowie,
Po prawej stronie Króla stoisz w złotogłowie.
O Rodzicielko łaski, nadziejo grzeszących,
O jasna gwiazdo morska, o porcie tonących.
Bramo rajska, niemocnych zdrowie w Twej obronie,
Niech Boga oglądamy na górnym Syjonie.
Wjeżdżam na oświetlony parking cały w pośniegowej brei. Widzę, że stoi w marznącym deszczu jak statek na redzie. Okręca się wokół własnej osi, bo czekanie jest długie i żmudne, a prądy silne i niestrudzone. Patrzę na niego spod cieknącej po szybach wody. Ciąży mi jego kotwica i ciężkie łańcuchy.

Dawno zgubiłam rękawiczki, więc tylko zamykam oczy i zanim wysiądę, przeliczam morskie ryby i nadmorskie ptaki. Widzę, jak ryby chcą zawołać i nie potrafią. Słyszę, jak mewy krzyczą i nie mogą przestać. Płyną lata. Płynę w lata. Oddycham równo. Szukam dwóch złotych za przypilnowanie samochodu. O, porcie tonących.
Antyfona
Tać to różdżka, w której ani pierworodnej, ani uczynkowej winy skaza nie postała.
– Babciu, tam w kilku miejscach źle śpiewasz.
– A gdzież ja źle śpiewam?
– No, teraz to tak od razu nie wiem, bo już zapomniałam, no, ale źle się nauczyłaś i tak śpiewasz źle.
– Uuu, jaka ty mądra, ojojoj. A jak co do czegu, to powiedzić nie potrafisz, gdzie niby z mojij strony źle byłu.
Biegnę i ślizgam się po długiej zamarzniętej kałuży. Czekam, aż Babka ostrożnie doczłapie na sztywnych nogach.
Nie mogę sobie przypomnieć, co było źle.
Biorę rozbieg.
A wołanie nasze niech do Ciebie przyjdzie.
Amen.
Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny
śpiewane przez wiernych o poranku, przed pierwszą mszą świętą (w wielu kościołach codziennie), to jedno z niewielu nabożeństw, które przetrwało tylko w pobożności ludowej, poza oficjalną liturgią Kościoła. Śpiewy ułożone zostały na wzór kapłańskiego brewiarza, i tak jak on podzielone są na siedem części („godzin”).
Historia Godzinek sięga wczesnego średniowiecza. O autorstwo spierają się do dziś franciszkanie i dominikanie. Do późniejszych wersji przyznają się też chętnie jezuici. Niepewne jest również autorstwo i czas powstania polskiego tłumaczenia.
Wersja, która do dziś jest śpiewana w kościołach, oparta została na oryginale łacińskim zatwierdzonym przez Piusa IX w 1875 r. Polski tłumacz korzystał z Biblii Jakuba Wujka z końca XVI w. (używanej w Polsce aż do połowy XX w.). To z niej pochodzą najbardziej poetyckie maryjne metafory, które dzięki Godzinkom wciąż żyją w naszym języku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















