Łazienki, odwilż i mrok w południe, ale krążymy. Przed nami dwie rodziny z maluchami w papierowych koronach. Orszakowi. Matka Pierwsza: „Ja sobie Trzech Króli bez pochodu nie wyobrażam”. Matka Druga: „Tak, my przecież aż z Żyrardowa jedziemy!”. Gość w koronie: „Normalnie się popłakałem: kolesie z Warszawy w metrze w koronach. Z dzieciorami. Aż prawie podszedłem, że »piona, kurcze, koleś, my Józef Pany«”. Pierwsza: „Ty się nie podpalaj, Andrzej, ty nie jesteś prawdziwy Józef”. Mała w koronie: „A święty Józef chodził w koronie?”. Gość: „Jasne! Nawet na siku”. „Andrzej!”. „No co? Mnie ostatnio ksiądz na spowiedzi powiedział, że musimy uczłowieczać Jezusa i jego rodzinę, bo nie wyrobimy...” „Andrzej!”. „...no, tego udawania, że człowiek kupy nie robi”. Mały w koronie: „A Jeziusiek? Czi Jeziusiek miał kojonę?”. Druga: „W niebie ma”. „A tu czi miał?”. Krępująca cisza. Mała: „Miał, ale potem zgubił. Pewnie jak go pobili w szkole”.
Spotkanie wigilijne z kuzynami, warszawskie. Ruda z dziećmi rozplątują dodatkowy łańcuch lampek. Wyciągam pierogi, zaczyna się sępienie (mój wkład – pierogi z kapustą i grzybami na przesmażanym dwukrotnie farszu). Najmłodsza strzela focha: „Ja chcę jajecko”. „Jajeczka są na Wielkanoc” – temperuje mama. „A dlacego?”. Wuj: „Bo to symbol narodzin życia”. Mała, zezując w moje pierogi: „Ale teraz są urodziny Jezuska”. Podchodzi Ruda: „Nie chcesz pierogów? Pingwin, ty zjesz rybę” – śmieje się. „Owszem, jak to Pingwin” – przytakuję. „Ale to śledź!”. Ruda z dziećmi idą w zgodną pantomimę „afuuu!”. „Zjem”. „Ja chcę jajecko!” – mała nie daje za wygraną. Ciotka się włącza z kanapy: „Jezusek będzie płakał, jak zjesz”. Mała spogląda poważnie na mnie: „Będzie?”. „Jestem Pingwin i mogę ci przynieść jajecko” – oferuję się. „Też coś! – słyszę z dystansu kilku metrów – dzieciak rządzi!”. Pokątnie prokurujemy jajko. Ruda: „Florka, nie ma takiej potrawy”. Przechwytuję: „Wigilijnej? Pewno nie”. Florka: „To ja jej nie będę jesc”. „Jak to? To co zrobisz?!”. „Zobacys”. Jajko sobie stygnie. Mała bierze je w rączki i znika z pola widzenia. Krzątanina, podsmażania, podgrzewania. W końcu wszyscy siadają. Florka wspina się na krzesełko. Brat Florki: „Gdzie masz jajko?”. „Nie będę go jesc”. Mama: „Flo, gdzie jajko?”. Mała poprawia okularki na nosie: „Tam!”. W żłóbku pod choinką, otoczonym pasterzami, leży jajko. „Gdzie Jezusek?!” – wuj w amoku. „Jesce się nie wykjuł”.
Tramwaj 16, wieczór późny. Tuż obok matka z chłopcem na oko pięcioletnim. „Nie nudź, Piotruś”. Piotruś zaczepia mnie spojrzeniem: „Mas usy jak pies”. No tak, pilotka. „Nie zaczepiaj pani!”. Zezwalam gestem. Piotruś: „Kim chces zostać?”. Ja: „Uuu, hm, tramwajarką”. Podniecił się: „I poprowadzis ten tramwaj?!”. „A czemu nie?”. Piotruś do mamy: „A jak pani tego masynistę wykopie, to nas sama zawiezie?”. Matka na irytacji: „Co ty gadasz!”. Mały do mnie: „A mas prawo jazdy?”. „Nie”. Zmartwił się: „A chocias na konika?”. „Tylko takiego na biegunach”. „Nie nadajes się”. „Wiem”. „To kim chces zostać?” – nie daje za wygraną. Matka: „Co panią męczysz, pani jest dorosła, pani już kimś jest". Posmutniał: „To ty jus się nie bawis”. Puszczam mu oko, podchwycił: „A kim ty jesteś jako duza?”. Siedzę, milczę. Piotruś do matki z triumfem: „Ona nie jest! Ona się moze bawić!”.
Pociąg do Olsztyna, miejsca stolikowe. Przede mną dwie kiele trzydziestki. „Ja to ci powiem, że z facetami jest tak ogólnie tragedia”. „Wiem”. „Dobrze, że Bartka złapałaś na oazie. Katolik formacyjny tak ogólnie, wiadomo, będą dzieci, rodzina…”. „Wiem”. „…no chyba, że pójdzie na księdza. A ty pamiętasz Grześka z oazy?”. „Tak”. „On był najprzystojniejszy. I kurcze, seminarium. A myślałam, czy go nie wyjąć”. „Wiem”. „No ale trudno, mleko tak ogólnie się rozlało. Co ja mówiłam. Jest tragedia z facetami. Ja bym chciała dziecko tak ogólnie”. „Wiem”. „Matka mi kazała konto założyć w portalu randkowym, ale ukierunkowanym, katolickim. Nie wyszło”. „Tak”. „Wiesz, ja jestem wierząca, ale mam wadę, że facet musi mi się podobać”. „Wiem”. „I w tajemnicy przed matką założyłam tindera. I spałam z trzema facetami tak ogólnie, w intencji rodziny, no, rozumiesz”. „Tak”. „Za każdym razem się spowiadałam tak ogólnie, ale oni nie chcieli się żenić, tylko spać dalej”. „Wiem”. „A ostatnio sobie pomyślałam, że w sumie to mój ojciec jest fajniejszy. Tak ogólnie”. „Tak”. „I w sumie to mógłby być jakiś przepis katolicki na bycie żoną ojca, nie? Haha. Przy tacie bezpiecznie”. „Wiem”. „A on już nie śpi z matką tak ogólnie”. „Tak”. „No, zrobili mnie i matka powiedziała, że teraz oddzielny tapczan”. „Wiem”. „No, tak ogólnie to musiałby jakiś biskup pozwolić, ale ja bym była za tym, żeby było można użyć ojców jako własnej rodziny. Bo z facetami jest tak ogólnie tragedia, ja ci powiem”.
Łazienki, ławka. Doskakują wiewiórki. „A jakie to zwinne”. Uśmiecham się. Staruszek o lasce, poważnieje: „Przez wiewiórkę siostrę straciłem”. „?”. „Udomowiła, nierozłączne były. Nawet nasz kot się przystosował. Wiewiórka wskakiwała mu na grzbiet”. „Pięknie”. „Raz siostra poszła do koleżanki, a do mnie przyszli koledzy. I jeden zechciał sprawdzić, czy wiewiórka spada na cztery łapy”. „Oj”. „Wybrukowane podwórko. Zmarła tego samego dnia”. „Uhm”. „Siostra nie żyje od lat. O pogrzebie mnie nie powiadomiono. Ale wie pani: wczoraj byłem na grobie. I w jej alejce widziałem wiewiórkę. To było jak wybaczenie. Chyba”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














