Jak mówi lis? Dziwny, jakby ptasi głos. Niepodobny do psiego, do wilka. Jak syrena lasu

Sopot, idę w górę, ku Goyki. Ze skarpy schodzi kobieta trzydziestoletnia. „Przepraszam, to pani napisała zieloną książkę?”. Uśmiecham się, że tak. „Wie pani, bo lis…”. „Aha?”. „Lis to jest naprawdę zwierzę opiekuńcze”.
Czyta się kilka minut
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Lidzbark Warmiński, ulica Kromera, spacer z ojcem. Przysiadamy na ławce. Z balkonu wychyla się gość z petem na dolnej wardze: „Pan Andrzej?!”. Potwierdzam skinieniem. „Nasz weteryniarz! Chodź tu, Halinka!”. Z mieszkania wytacza się kobieta kiele siedemdziesiątki z żelazkiem w ręku. „Halutka, poznajesz pana Kąckiego?”. „Aaa” – mówi Halutka. Gość: „Ja ten pchlarz, pan pamięta, panie Andrzejku?”. Halutka do ojca: „Panie Andrzejku, pokonaliśmy pchły!”. Ojciec uśmiecha się bezradnie. „Haha, pamiętam, pani Elizka taka mała siedziała u nas na kanapie. A ja ganiałam z tym proszkiem, tony pudru”. Ojciec patrzy na mnie bezradnie: „Wiesz, nie chcę im zrobić przykrości, że tego nie pamiętam”. Pani Halinka odstawia żelazko i gestem daje znać, że zbiega do nas. Po chwili wychodzi z bloku. Poprawia podomkę, rozgląda się, czy mamy świadków. „Panie Andrzejku, pan się nie martwi”. Ojciec się uśmiecha, ja mówię jej, że smutek jest gdzie indziej. „A, rozumiem, ale przynajmniej nie mamy pcheł”. Do ojca: „Panie Andrzejku, już wszystko będzie dobrze. Pchły pokonane, niech pan się nie martwi. Teraz wszystkie drogi do Pacyfiku”. Gość z balkonu: „Pacyfiku?!” „Ja chciałam, żeby pan Andrzej się nie martwił”. Do mnie: „Pani Elizka się nie martwi, lekarz jest lekarz. Pokona wszystko, każdą pchłę”. Wcisnęła mi do torby czekoladę: „Pamięta, Pacyfik, tam się spotkamy”. Karczma Pacyfik. Poszliśmy z ojcem ku Łynie.

Pociąg z Gdyni. Obok dwóch w wieku zbliżonym do mojego. Jeden pod krawatem, drugi elegancko wyswetrzony. Obaj w kancik, z sałatkami i latte w wysokich kubkach. Kardiganowy: „Mogłem bez pianki wziąć, niewygodny ten patyczek”. Jedzą. Krawatowy: „Żona nie widzi, to grzeszę nabiałem”. „Moja ostatnio włączyła rybę”. „Aż tak?! My na roślinach…”. „Zamawiam do paczkomatu ekologicznego łososia, wiesz. I jaja”. „Łososia?”. „Gospodarskie. Wolny wybieg, ale taki prawdziwy”. Piją latte na akord. „Wiesz, kura musi mieć świadomość swobody. Niby to nie jest jakaś wyższa psychika, ale to się odkłada w jajku”. „Żona uważa, że nie doceniamy mózgu ptaków. Dlatego mnie oduczyła jeść drób”. „Gołębie w sumie są bystre”. „No, mają coś w oczkach, nie?”. „Głębię”. Dojadają. Krawatowy: „Ważna jest kolejność. Teraz kończę białkiem, ale zacząłem od pomidora. Co masz?”. „Żona mi spakowała kryminał”. „Wiesz, przestawiłem się z książek na obrazy”. „Ej, dużo kupowałeś!”. „Ale śledzę przemiany i wychodzi, że już nie trzeba”. „A, ok!”. „Nowy trend”. „Nie wiedziałem”. „Poza tym książki mnie dołują”. „Ciekawe”. „Kładę się pomyśleć do winka. Muza. Obrazki mi projektant kupił, pod kafelki ogólnie”. „Jasne”. „Mówię: »Baśka, te książki są brzydkie«. Dałem wynieść na makulaturę”. „Jasne”. „Ja stadny nie jestem. Noble jakieś”. „Nie lubię mody”. „Ototo! Umówmy się: wyniosłeś coś z książek?”. „W życiu”.

Poradnia kardiologiczna. Czekam na wyniki. Obok młoda matka z dzieckiem z grubsza pięcioletnim. „Puści nas pani tak poza kolejką?”. „Jasne”. „Już nie mogę”. Mały w stuporze gapi się w okno. Kot-maskotka znów sturlał mu się z kolan na podłogę. Matka beznamiętnie podnosi. „Boję się. Wie pani, Grześ już nie reaguje. Znaczy, słyszy, ale chyba mu wszystko jedno”. Staruszka spod okna: „Co też pani mówi! Dziecku wszystko jedno? Toż maluch. Zmęczony. Jeszcze pobiegnie za piłką”. „Nigdy nie biegał za piłką”. Milczymy. Matka: „Ja przez trzy lata radziłam sobie. I pękło”. Staruszka: „Słabi teraz ludzie”. Matka: „Wszyscy są daleko, on też” – wskazuje na syna. „Jakby mnie ktoś wziął za kark: i w ekran. A na ekranie bije jego serce. Nie mogę się ruszyć, odwrócić. Bo jak się odwrócę…”. „…przestanie”. „Właśnie” – potwierdza na ściśniętym gardle.

Gdynia, wieczór późny, wychodzę na plażę. Piasek chłodzi. Przede mną dwie panie z grubsza sześćdziesięcioletnie. Siadam, rozmawiają. „Mnie życie nie wyszło”. „Co ty mówisz, Hanka”. „Nie wyszło, więc uznałam, że muszę się wynieść nad morze”. „I świetnie, będę tu częściej bywać”. Milczą, oddychamy spokojnie. Hanka: „Nie martwię się. Miałam plany, teraz mam spokój”. „Haha”. „Tak. Jakbym wiedziała, że to się da wymienić, to bym podmieniła wcześniej”. „No, nie wiem. Ja tam planuję z wyprzedzeniem, żeby mieć potem spokój”. „Nie rozumiemy się”. „Spoko, inny temperament”. „Nie. Ja się dopiero zorganizowałam, jak przestałam mieć plany”. „Dziwne”. „Normalne. Planowałam mieć profesurę i rodzinę”. „Ta. Masz kota i widoki”. „Nie mam. Bardziej one mnie”. „Co cię tak zmieniło?”. „Morze. Czasem trzeba zmienić tło dla myśli”.

Sopot, idę w górę, ku Goyki. Ze skarpy schodzi kobieta trzydziestoletnia na oko. „Przepraszam, to pani napisała zieloną książkę?”. Uśmiecham się, że tak. „Wie pani, bo lis…”. „Aha?”. „Lis to jest naprawdę zwierzę opiekuńcze”. „Córka tak odczuwa”. „Ja też. Bardzo chorowałam pod koniec podstawówki. Rodzice mnie zabrali do dziadków na prawie pół roku, pod las. I przychodziły lisy, żeby pocieszyć, jak siedziałam na werandzie”. „Pięknie”. „Wie pani, jak mówi lis? Nie pytam o tę piosenkę”. Śmiejemy się. „Wiem”. „Dziwny, jakby ptasi głos. Niepodobny do psiego, do wilka”. „Tak, niepokojący”. „Kiedy przez tydzień nie mogłam wstać z łóżka, podchodziły pod dom i poszczekiwały. Dziadek mówił, że mnie pilnują”. „Bardzo możliwe”. „Po ich stronie to pewnie brzmi jak śpiew”. „Tak, syreny lasu”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jak mówi lis