Miejsce niech pozostanie anonimowe, by uniknąć zarzutu kryptoreklamy. Z okien rozciąga się monumentalny widok na Pieniny, a przy lepszej pogodzie również na dalsze pasma górskie. W środku typowo, jak to w polskim schronisku. Zaskoczenie przychodzi dopiero z chwilą, kiedy trzeba sięgnąć po portfel. Porcja szarlotki, której kucharz nie żałował soczystego jabłkowego nadzienia – 8,6 zł. Nawet z trzydaniowym obiadem dla jednej osoby trudno przekroczyć tu 50 zł. Dla mieszkańca dużego polskiego miasta, który przywykł, że w konfrontacji z gastronomią niebieski banknot z wizerunkiem Kazimierza Wielkiego ma znikomą wartość, to przyjemne zaskoczenie. Wraz z nim przychodzi jednak niepokojące uczucie dysonansu. Bo czy to tu, blisko tysiąc metrów nad poziomem morza, jest podejrzanie tanio, czy raczej to w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu lub Trójmieście ceny oderwały się od rzeczywistości?
Po powrocie z wycieczki sprawdzam ceny szarlotki w kilku losowo wybranych lokalach w centrum Krakowa. Najtańsza kosztuje 19 zł, ale trafiam i na podaną frymuśnie na talerzu, w towarzystwie gałki „rzemieślniczych lodów”. Wyceniono ją na 38 zł.

Poniżej średniej
Restauracja serwująca to rzekome arcydzieło sztuki cukierniczej mieści się przy jednej z ulic prowadzących do Rynku Głównego. Kamienica lśni czystością po niedawnym remoncie, większość stolików zajęta. Nauczona doświadczeniem kelnerka bez zbędnych pytań od razu podaje menu w języku angielskim. W takiej lokalizacji wśród klientów dominują turyści z zagranicy.
W ubiegłym roku Kraków odwiedziło – na dłużej i przejazdem – ponad 12 mln gości, tylko o dwa miliony mniej niż Wenecję. Mieszkańcy stolicy Małopolski na co dzień mają więc do czynienia z tym samym wachlarzem problemów i uciążliwości, z którym od lat borykają się wenecjanie. Centrum dawno zmieniło się w turystyczny lunapark, który nigdy nie zasypia. Miejsce sklepów i niezbędnych na co dzień punktów usługowych zajmują kolejne puby i restauracje, a wynajęcie mieszkania zaczyna graniczyć z cudem – o ile nie jest to najem z myślą o turystach. Tylko w 2023 roku w Krakowie przybyło 249 oficjalnie zarejestrowanych lokali oferujących najem krótkoterminowy i ich łączna liczba wzrosła w ten sposób do 2210. Niezarejestrowanych może być – jak szacowała swego czasu firma doradcza HRE Investment – nawet siedem tysięcy. Część mieszkańców Krakowa żyje oczywiście z turystyki i ani myśli narzekać na popularność rodzinnego miasta. Dla reszty to jednak głównie hałas i dodatkowe koszty.
Odzwierciedleniem ich skali do pewnego stopnia mogą być dane z badania firmy GfK, która co roku sprawdza siłę nabywczą i budżety mieszkańców poszczególnych regionów Polski (patrz: infografika). Według badania, przeciętne gospodarstwo domowe w Krakowie w ubiegłym roku przeznaczyło na zakupy, czynsze i opłaty oraz oszczędności blisko 13 tys. euro na osobę – czyli niemal 56 tys. zł. Kwotę tę niemal na pewno wyśrubowali wysoko wynagradzani specjaliści, których do stolicy Małopolski ściągał w ostatnich latach szybko rozwijający się sektor usług dla biznesu oraz branża IT. Ważniejsze jest jednak co innego. Kraków – obok otwierającej zestawienie Warszawy, a także Katowic, Wrocławia, Poznania i Gdańska – należy do wąskiej grupy polskich miejscowości, w których mieszkańcy dysponują siłą nabywczą zbliżoną do średniej europejskiej. Według GfK statystyczne gospodarstwo domowe w Europie w 2023 r. wydawało na tak zdefiniowaną konsumpcję 17 688 euro rocznie na osobę. Średnia dla Polski wyniosła tymczasem 10 903 euro, czyli niespełna 62 proc. średniej unijnej, ponad którą z wydatkami na poziomie 17 980 euro na głowę wybiła się u nas jedynie Warszawa. Na drugim krańcu skali uplasował się powiat kolneński z 6765 euro na osobę rocznie – aż o 38 proc. niższymi od średniej krajowej.
Odpowiedź na pytanie, czy polskiej konsumpcji bliżej dziś do Warszawy, czy Kolna, również przynosi opracowanie GfK. Wynika z niego, że na 314 powiatów i miast na prawach powiatu tylko w 83 mieszkańcy dysponowali w 2023 r. siłą nabywczą per capita, która przekraczała krajową średnią. Z perspektywy mieszkańca małej miejscowości ceny w stolicy, Gdańsku, Wrocławiu czy Krakowie zbliżają się dziś do stawek w Berlinie czy Paryżu (patrz: ramka).
W okolicach minimum
W 2022 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy umieścił Polskę na 81. miejscu listy 193 krajów z najniższym poziomem cen, czyli w pobliżu połowy stawki. Tadżykistan, czyli najtańszy kraj świata, w 2022 r. oferował zakupy tańsze o 48,8 proc. od polskich.
Na tle bliższych sąsiadów również nie wypadliśmy wówczas źle. Według Eurostatu polskie ceny towarów i usług były w 2022 r. na poziomie 58,5 proc. średniej unijnej. Od tamtej pory, biorąc pod uwagę dynamikę inflacji, dobiliśmy do poziomu około 60,1 proc. średniej dla krajów UE, ale statystycznie nadal jesteśmy trzecim najtańszym krajem Wspólnoty, wyprzedzając jedynie Bułgarię i Rumunię. Słowacy, jak wynika z danych Eurostatu, za zakupy i usługi płacą już średnio o 25,8 proc. więcej niż Polacy. W Czechach jest drożej o 32,9 proc. W Niemczech – aż o 81,2 proc. Jak to możliwe, że w kraju będącym „szóstą największą gospodarką Unii Europejskiej i jednym z najmocniejszych silników jej wzrostu” – jak mówił niedawno minister finansów Andrzej Domański – ceny nie urosły do poziomu choćby unijnej średniej?
Odpowiedź na to pytanie jest niestety prosta. Polski sukces gospodarczy nie budzi wątpliwości. Nominalny produkt krajowy brutto w ciągu ostatnich 20 lat wzrósł z 814,7 mld zł do 3,4 biliona zł. W takim tempie nie rozwijał się żaden kraj w Europie. Faktycznie jesteśmy szóstą największą gospodarką UE, dawno wyprzedziliśmy wszystkich sąsiadów poza Niemcami, a być może jeszcze w tym roku przeskoczymy Szwajcarię. Jeśli jednak użyć bardziej precyzyjnej miary, jaką jest PKB w przeliczeniu na mieszkańca, szósta gospodarka UE okaże się piątą od końca. Z produktem krajowym per capita poniżej 15 tys. dolarów plasujemy się dziś mniej więcej na poziomie Rosji.
Według najnowszego raportu Eurostatu w 2023 r. konsumenci w Polsce mogli sobie pozwolić średnio na zakup 86 proc. tego, na co w tym czasie stać było przeciętnego Europejczyka. W porównaniu z dekadą lat 90., gdy statystyczny Polak mógł jedynie marzyć o konsumpcji w obecnym kształcie, to oczywiście gigantyczna zmiana na plus. Rzecz w tym, że w maszynce polskiej transformacji po raz pierwszy od ponad 30 lat zgrzytnęło na tyle, że odczuliśmy szarpnięcie. Polski poziom życia w ubiegłym roku spadł do wspomnianych 86 proc. średniej unijnej – z 87 proc. rok wcześniej. Niby niewiele, ale w międzyczasie ponownie wyprzedziły nas pod tym względem Hiszpania, Portugalia oraz – po raz pierwszy – Rumunia.
Polski cud opierał się dotychczas na eksploatacji największego krajowego zasobu, jakim była tania siła robocza. W pierwszych latach wolnego rynku – wręcz rabunkowej. Polityka gospodarcza, bez względu na barwy ideologiczne, przez ostatnie trzy dekady kręciła się wokół niemal obsesyjnego pilnowania kosztów pracy. Pod tym względem centroprawicowy rząd Jerzego Buzka z wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem nie był bardziej radykalny ani od poprzedniego lewicowego gabinetu Józefa Oleksego, ani od następców z koalicji SLD–PSL pod wodzą Leszka Millera. W grze o polskie pensje argumentem-jokerem była fraza „inwestorzy tego nie zaakceptują”. Na wolnym rynku rząd nie ustala wprawdzie płac, ma jednak narzędzia do kształtowania poziomu zarobków, na czele z płacą minimalną.
W XXI wiek Polska weszła z płacowym minimum poniżej 800 zł, jednym z najniższych w Europie. Pierwszy rząd PiS pozwolił sobie na pierwszą poważniejszą jej podwyżkę do 899,1 zł. Następny też dołożył co nieco, jednak każda ekipa pilnowała, by koszty pracy w Polsce zanadto nie wzrosły. Mniej więcej do początku poprzedniej dekady płaca minimalna rosła wolniej od PKB. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero po 2015 r. Do władzy doszedł PiS z postulatami socjalnymi, ale ważniejsze zmiany zaszły na rynku pracy, gdzie po latach dyktatu warunków przez pracodawców nastał prawdziwy rynek pracownika. Pomiędzy 2015 a 2023 rokiem nominalne płace w Polsce wzrosły aż o 88,7 proc., a że przypadło to jeszcze na czas bardzo niskiej inflacji, Polacy po raz pierwszy w tym stuleciu mogli wreszcie odczuć szybką poprawę standardu życia.

Poniżej oczekiwań
Dziś znowu jesteśmy w trudnym momencie. W zeszłym roku, jak szacuje firma doradcza Sedlak&Sedlak, mediana polskich wynagrodzeń wyniosła 7144 zł brutto i tylko w ciągu roku urosła o 887 zł. W międzyczasie do gry włączyła się jednak niewidziana od dawna inflacja, i to w iście nokautującym stylu. Jeszcze na początku 2021 r. jej odczyt nie przekraczał w Polsce 3 proc. W lipcu sięgnął już 5 proc., a w grudniu osiągnął 8,6 proc. W lutym zeszłego roku dobrnęliśmy do apogeum: 18,4 proc. W efekcie – jak wyliczył ostatnio ekonomista Mateusz Urban pracujący w londyńskim City – pod koniec 2023 r. za przeciętną polską pensję można było kupić tyle samo, ile w 2021, choć w tym czasie nominalne polskie wynagrodzenia wzrosły aż o 24 proc.!
Nic dziwnego, że wielu z nas czuje dziś, jakby ktoś podkradał nam pieniądze z portfela. Wynegocjowane z trudem podwyżki zdają się topnieć w oczach. Część pracowników – choćby sektor budżetowy, któremu rząd PiS zakręcił kurek z pieniędzmi w obawie przed dolaniem oliwy do inflacyjnego ognia – doświadczyła realnego zubożenia. Decyzje nowego gabinetu, który zaoferował m.in. 20 proc. podwyżki nauczycielom, to bardziej akcja ratunkowa niż reforma.
Tymczasem ceny w Polsce będą nadal rosnąć. Prognozy MFW zakładają, że w przywoływanym wyżej rankingu 193 najtańszych państw za cztery lata będziemy zajmować już 92. pozycję, czyli przeskoczymy aż dziewięć krajów, które w międzyczasie staną się tańsze od Polski. Ostrą fazę inflacji mamy wprawdzie za sobą, ale to nie oznacza, że ceny wrócą do poziomu z 2021 r. Na szczęście dla polskich pracowników po ich stronie będzie nadal demografia, zmniejszając w naturalny sposób konkurencję na rynku pracy. W naszym bilansie gospodarczym coraz większe znaczenie odgrywa także konsumpcja wewnętrzna i pracodawcy zaczynają dostrzegać, że oszczędności na płacach są bronią obosieczną, która w dłuższej perspektywie może obrócić się przeciwko nim. Po epizodzie spadku polskiej siły nabywczej w ostatnich dwóch latach już wkrótce powinien więc zostać jedynie ślad w statystykach GUS. Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidywalnego, już w okolicach 2030 r., jak szacuje Eurostat, polskie zarobki zrównają się z unijną średnią, podążając za wzrostem cen.
Poniżej progu nędzy
Pracujący zatem sobie poradzą. Gorzej z osobami wykluczonymi i rosnącą rzeszą emerytów, którym świadczenia nie zapewnią godziwej starości. W tej sferze polska polityka społeczna wciąż nie istnieje. Mechanizmy waloryzacji świadczeń socjalnych od lat lekceważą istnienie procenta składanego, który sprawia, że nawet inflacja na poziomie akceptowalnym dla NBP po kilku latach skazuje beneficjentów pomocy społecznej na nędzę. Podwyżki świadczeń są oczywiście kosztowne dla budżetu, ale zasilają go przecież podatki, które można podnosić w zależności od potrzeb. Lekceważąc proste porównania obciążeń podatkowych w różnych krajach, państwo polskie nadal w niezrozumiały sposób faworyzuje tymczasem najlepiej zarabiających, zwłaszcza przedsiębiorców. Mit chlebodawcy, który za darowane mu przez fiskusa pieniądze natychmiast tworzy nowe miejsca pracy, ma się wciąż świetnie, choć nie potwierdzają go badania ekonomistów. Na skłonność firm do inwestycji wpływ ma przede wszystkim stabilne otoczenie prawne i infrastrukturalne, a nie promocje skarbówki.
Prof. Michał Brzeziński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego badający politykę gospodarczą i jej wpływ na zamożność obywateli, mówi: – Badania, które prowadzę z kolegami, pokazują, że skala nierówności dochodowych może być w Polsce znacznie większa, niż wynika to z oficjalnych statystyk. Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że państwo polskie nie potrafi znaleźć systemowego rozwiązania tego problemu. Więcej – nie próbuje go nawet szukać. W elitach politycznych dominuje przekonanie, że lekarstwem na praktycznie wszystkie polskie bolączki będzie rosnący PKB.
Jeśli to się nie zmieni, w coraz bogatszej Polsce będzie coraz więcej ubogich Polaków.
Inflacja w wielkim mieście
W czerwcu br. ceny w Polsce wzrosły średnio o 2,6 proc. w porównaniu z czerwcem 2023 roku – podał właśnie GUS. Inflacja na takim poziomie mieści się już w celu statutowym NBP, który ma za zadanie stać na straży wartości złotego i nie pozwalać cenom rosnąć szybciej niż o 3,5 proc. rocznie. Bank centralny interesuje oczywiście inflacja w całym kraju. W rezultacie – jak podkreśla członkini Rady Polityki Pieniężnej prof. Joanna Tyrowicz – GUS w komunikatach o zmianach cen nie podaje cząstkowych danych z największych ośrodków miejskich, mimo że od dawna zbiera je w sposób umożliwiający wypreparowanie „wielkomiejskiej inflacji” z bazy ogólnopolskiej.
Na potrzeby niniejszego artykułu zgromadziliśmy więc dane o dynamice cen produktów i usług z Warszawy, Krakowa, Poznania i Wrocławia. W naszej miniankiecie udział wzięło łącznie 18 osób; każda podała nieco inny koszyk, wyniki można więc uznać najwyżej za statystyczną ciekawostkę. Rezultaty dają jednak do myślenia, bo ceny niemal wszystkich produktów i usług, które wskazali uczestnicy ankiety, w czerwcu br. rosły nadal w tempie dwucyfrowym.
Niewykluczone, że ankietowani wskazywali na pozycje, które zdrożały najbardziej i najmocniej utkwiły im przez to w pamięci (w zestawieniu w oczy rzuca się zresztą nadreprezentacja usług). Nasze wyniki można jednak odczytać i tak, że w dużych polskich miastach inflacja, zwłaszcza w sektorze usług, nadal utrzymuje się na poziomie znacznie wyższym od krajowej średniej – napędzana ruchem turystycznym i większą odpornością tamtejszych, lepiej zarabiających konsumentów na podwyżki. Z pewnością składają się też na nią horrendalne ceny mieszkań.
O ile zdrożały w czerwcu produkty i usługi w dużych miastach w porównaniu z czerwcem zeszłego roku? Oto garść przykładów.
Drożdżówka – 25 proc. (Kraków)
Pedicure – 20 proc. (Kraków)
Karnet roczny na siłownię – 20 proc. (Kraków)
Czesne w prywatnej szkole – 14 proc. (Wrocław)
Godzina korepetycji z angielskiego – 30 proc. (Poznań)
Obiad w szkole – 27 proc. (Poznań)
Sprzątanie mieszkania – 60 proc. (Warszawa)
Wymiana opon – 30 proc. (Poznań)
Strzyżenie męskie – 25 proc. (Warszawa)
Pizza w restauracji – 9 proc. (Kraków)
Cappuccino w kawiarni – 16 proc. (Wrocław)
Piwo w barze – 14 proc. (Kraków)
Pranie tapicerki – 15 proc. (Kraków)
Naprawa AGD – 25 proc. (Wrocław)

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















