Knebel na niepokorne media. Lokalna demokracja w brudnej soczewce

Lokalna demokracja wcale nie wygląda tak pięknie jak w micie o najbardziej udanej z polskich reform. Świadczą o tym losy ludzi, którzy uwierzyli, że w III RP będą mogli patrzeć władzy na ręce i pisać prawdę.
Czyta się kilka minut
Agnieszka Mazuś wraz z innymi byłymi pracownikami redakcji „Dziennika Wschodniego” protestują przeciw likwidacji dziennika. Lublin, 3 marca 2021 r. // Fot. Małgorzata Genca / Polska Press / East News
Agnieszka Mazuś wraz z innymi byłymi pracownikami redakcji „Dziennika Wschodniego” protestują przeciw likwidacji dziennika. Lublin, 3 marca 2021 r. // Fot. Małgorzata Genca / Polska Press / East News

Prezydent miasta obnosi się po społecznościówkach z fotografią, na której trzyma w rękach płonącą lokalną gazetę. Starosta publicznie nazywa manipulantką dziennikarkę, która nawet nie zaczęła pisać o tym, jak bezprawnie zajmował w jednym czasie dwa stanowiska. Radna namawia, żeby urząd nie kupował miejsca na ogłoszenia w mediach, które źle piszą o gminie. Deweloper, który jest współwydawcą gazety, mówi, że krytyczni wobec władzy dziennikarze powinni poszukać sobie pracy poza miastem, w którym on robi interesy. 

To nie są rozdziały scenariusza groteski z elementami grozy. To przykłady z życia.

Cienie lokalnej demokracji

Założenia były trochę marzycielskie. Decentralizacja władzy miała służyć samorządności i tworzeniu lokalnych wspólnot obywatelskich. Na ich czele mieli stawać autentyczni liderzy, a mieszkańcy – załatwiać swoje sprawy na miejscu, w atmosferze przyjaznej, nienaznaczonej politycznymi waśniami i układami. 

Pod koniec wprowadzania w życie reformy samorządowej, w 1998 roku, jeden z głównych jej orędowników Jerzy Stępień mówił mi, że do decentralizacji systemu trzeba się będzie stopniowo przyzwyczajać, tak jak trochę czasu zajmuje kierowcy przyzwyczajenie się do używania subaru po przesiadce z malucha. Ale w końcu samorządność będzie działać jak to subaru.

W ostatnich latach coraz rzadziej słychać opinie, że reforma samorządowa była najbardziej udaną z polskich reform. Coraz częściej przebija się przekonanie, że władza lokalna przejęła wszystkie wady władzy centralnej i dodała swoje. Szerokich analiz na ten temat jeszcze nie ma, jest za to książka „My, lokalni. Historie dziennikarzy i mediów lokalnych w Polsce”, którą napisałem wraz z Andrzejem Andrysiakiem. Została wydana przez Fundację Media Forum, która w ramach programu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności wspiera dziennikarzy mediów lokalnych w Polsce. 

Założenie projektu było takie, żeby utrwalić w jednym miejscu historie najbardziej znaczących postaci z tego środowiska oraz przez pryzmat ich doświadczeń pokazać realia życia w Polsce powiatowej i gminnej, funkcjonującej z dala od wielkich ośrodków. Te rozproszone obrazy przyniosły trzy wnioski. Władza nie znosi krytyki i nie chce, by patrzono jej na ręce. Niezależny obieg informacji zamiera, a rośnie propaganda władzy. Poczucie misji wśród lokalnych dziennikarzy miesza się dziś z gorzkim uczuciem, że „nie tak miało być”.

Władza nie lubi odkrywania jej tajemnic

Niezależne inicjatywy medialne tworzyli na początku lat 90. różni ludzie. Tacy, co wyszli z podziemia i mieli doświadczenie w drukowaniu niezależnej myśli. Albo dziennikarze z czasów komuny, chcący pisać wreszcie całą prawdę i przekształcający dawne „organy prasowe” w niezależne gazety. Media zakładali też ludzie bez doświadczenia, którzy chcieli zrobić coś pożytecznego dla innych. 

Władzom z początku to nie przeszkadzało, bo wielu jej przedstawicieli w samorządach pochodziło z dawnej opozycji demokratycznej, która o wolną Polskę walczyła. Z czasem jednak nowe władze zaczęły się orientować, że te niezależne od nich media albo krytykują podejmowane decyzje, albo wręcz ujawniają coś, co chciano by ukryć. 

W Jaworznie na samym początku wolności były dwie gazety. Samorządowa i niezależna. Niezależną prowadził Józef Matysik i jego żona Mirosława. Małżeństwo dotknięte życiową tragedią: stracili córkę. Zmarła nie odzyskawszy zdrowia, po wstrząsie w wyniku podania penicyliny. Dorosły dziś syn Franciszek mówi, że ojciec „wymyślił całe to gazeciarstwo głównie ze względu na mamę po śmierci siostry”, bo „mama to osoba społeczna, dobrze się w takiej działalności czuje”. 

Józef Matysik dwa tygodnie po pogrzebie córki został dyrektorem kopalni piasku posadzkowego. Po pracy zajmował się z żoną gazetą, którą nazwali „Co Tydzień”. Ale w mieście był też tytuł samorządowy, który wydawali koledzy Józefa rządzący miastem. Niezależność Matysików ich uwierała, o czym mówi w książce Mirosława. 

„Dla nich to było nie do pomyślenia. Czuli zagrożenie. Przede wszystkim, że nie mają kontroli (…) To było dla mnie bardzo przykre. Wyobrażałam sobie, że razem będziemy budować Polskę, a okazało się, że wystarczy, że napiszesz nie tak, jak władza sobie życzy, i już jesteś odstawiony na boczny tor. Już cię nie poznają”.

Dalej było tylko gorzej. Obrażony na gazetę prezydent Jaworzna proponował redakcji przez mediatora, że jak już będą coś o nim pisać, to żeby przed drukiem redakcja wysyłała mu materiały do sprawdzenia. „Grzecznościowo. Tak sobie wyobrażali współpracę. Po odmowie urząd zapowiedział, że nas wykończy. Prezydent do dziś nas ściga” – wspomina w książce Mirosława Matysik, podając przykład wciąż trwających trzech procesów wytoczonych przez władze miasta redakcji, dziś reprezentowanej przez syna Franciszka.

Najlepsza metoda na lokalne media: wziąć ich głodem

Alicja Molenda, urodzona w Chrzanowie Trzebinianka, bułgarystka z wykształcenia, zaangażowała się w 1990 roku w działalność lokalnego komitetu obywatelskiego. Na jednym z zebrań tłumaczyła działaczom, którzy chcieli, by komitet miał swój organ prasowy, że te czasy już minęły, a ludzie pragną wolnych i niezależnych mediów. Założyła więc gazetę o znaczącej nazwie „Przełom”. Szybko dostrzegła, że lokalna władza, choć demokratycznie wybrana, krytyki nie cierpi. 

Alicja Molenda, założycielka gazety „Przełom”, 2025 r., zdjęcie z książki Andrzeja Andrysiaka i Jacka Pawłowskiego „My, lokalni” // Fot. Adam Wołosz / Fundacja Media Forum

„Jak skrytykowaliśmy jakieś posunięcie burmistrza, to on zaraz zagroził, że wyrzuci nas z lokalu, który wynajmujemy od miasta. (…) Żyliśmy w strachu, że burmistrz swoją groźbę zrealizuje, bo nie lubił krytyki prasowej. (…) Nie bardzo ogarniał, na czym polega kontrolna funkcja mediów i krytyka prasowa. A wcześniej miał u nas swoją kolumnę. W ramach restrykcji ta kolumna ogłoszeniowa oczywiście zniknęła” – wspomina w książce założycielka „Przełomu”.

Dominik Księski, redaktor naczelny i wydawca tygodnika „Pałuki” w Żninie (obecnie portalu o tej nazwie), przeżył osiem kadencji lokalnych władz. Wspomina, że radni wiele razy wprost deklarowali, że „Pałuki” trzeba zniszczyć. Robili to na jawnych sesjach i do protokołu. Księski przyznaje, że teraz już się to nie zdarza. 

A jednak zdarza się, tylko gdzie indziej. Pod koniec ub. roku media obiegło nagranie z sesji w Brzegu Dolnym, na którym radna Maria Wabińska, nie widząc w tym nic niestosownego, instruuje, jak tu wziąć głodem krytyczne media. Na przykład nie zamawiając ogłoszeń w tych, które „od lat źle piszą o gminie”.

Prezydent Zamościa ze spalonym tygodnikiem

Kolejny przykład. Prezydent Zamościa Andrzej Wnuk dwa lata temu publikuje na Facebooku swoje zdjęcie z płonącym „Tygodnikiem Zamojskim”. Wobec głosów oburzenia tłumaczy, że chciał w ten sposób… zilustrować gorącego newsa. Gorącym newsem ma być to, że prezydent osobiście informuje, iż będzie startował w wyborach. Ale wszyscy wiedzą, że ta interpretacja to tylko zasłona dymna. Powszechnie wiadomo, że „Tygodnik Zamojski” to od lat jego wróg.

Wróg w przeszłości wielokrotnie publikował artykuły o nadużyciach w miejskiej spółce, o jej nieprawidłowych przetargach czy postępowaniu CBA w sprawie budowy farmy fotowoltaicznej. Raz nawet sąd zakazał „Tygodnikowi” publikacji, a numer ukazał się bez artykułu, za to z wielkim napisem „cenzura” na pierwszej stronie. Zakazany tekst o farmie – w geście solidarności – opublikowały inne lokalne gazety, których postanowienie sądu nie dotyczyło. W drugiej instancji zakaz został na szczęście uchylony. 

Sam prezydent-performer od płonącej gazety przegrał wybory w 2024 r., a wkrótce został prawomocnie skazany za składanie fałszywych zeznań. Po wyroku zrezygnował z funkcji dyrektora szpitala psychiatrycznego, dokąd trafił wprost z urzędu.

Prawdziwą legendą Polski lokalnej stał się jednak „Tygodnik Podhalański”, który od prawie 36 lat ujawnia korupcję, konflikty interesów i łamanie prawa. Jak podkreśla jego założyciel i wydawca Jerzy Jurecki, w tej pracy nie wolno łamać swoich przekonań, z których najważniejsze mówi, że trzeba być przyzwoitym. Np. nie zwracać uwagi na to, z jakiego obozu politycznego są ci, którym patrzy się na ręce. 

Nic więc dziwnego, że władza nie lubi „Podhalańskiego”. A że liczne próby dyscyplinowania dziennikarzy się nie udały, to odcięła go skutecznie od zamówień na płatne ogłoszenia urzędowe. To zresztą rutynowa praktyka samorządów oraz jedno z głównych źródeł problemów lokalnych mediów. Pracują w nich niemal wyłącznie ludzie z pasją, którzy wiedzą, że za swą pracę nie dorobią się domu z basenem, ale stosu kłopotów.

Zawsze możecie się wyprowadzić

Szczególnie znacząca jest historia Agnieszki Mazuś i grupy dziennikarzy „Dziennika Wschodniego” z Lublina, którzy fizycznie bronili redakcji przed wejściem likwidatora. Zorganizowali demonstrację przed budynkiem, wieszali transparenty, przedzierali się przez kordon policjantów, żeby uniemożliwić likwidatorowi wejście do redakcyjnych pomieszczeń. 

Bronili gazety, bo większościowy jej wspólnik, lubelski deweloper, chciał zlikwidować wydawnictwo i pozbyć się niewygodnych dziennikarzy. A zainwestował w „Dziennik” po tym, jak państwo, w imię zwalczania monopolu na lokalnym rynku prasy, nie pozwoliło na przejęcie pisma przez grupę Polska Press.

Szybko okazało się, że nowy wspólnik chce mieć duży wpływ na publikowane treści. Nie podobało mu się, jak dziennikarze piszą o inwestycjach i zagospodarowaniu miasta. Czyli o środowisku, w którym prowadził biznesy. Swoim reporterom publicznie poradził, by pisali „dla gazet, które niekoniecznie są lubelskie”.

Dziennikarze będący mniejszościowymi udziałowcami poszli do sądu, protestując przeciwko zamknięciu gazety. Początkowo sąd odwołał likwidatora, surowo oceniając jego działania, jak też decyzje referendarza, który zbyt pochopnie zgodził się na zamknięcie spółki. W uzasadnieniu cofnięcia tej decyzji sąd stanął w obronie wolności słowa; dobra chronionego konstytucyjnie. To zwycięstwo nie było jednak ostateczne – zapisy dotyczące „Dziennika Wschodniego” w sądowym rejestrze przedsiębiorców zmieniały się niemal dziesięć razy. 

W końcu, po wielomiesięcznych bojach, dziennikarze ustąpili. Dwóch poszło pracować do ogólnopolskich portali, a troje nawiązało współpracę z aktywistą Krzysztofem Jakubowskim i zaczęło po dziennikarsku redagować społecznikowski wcześniej serwis „Jawny Lublin”. Ujawnili między innymi, że pięcioro radnych z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka mieszka w willach poza granicami Lublina, choć prawo wymaga, by wyłoniony w wyborach reprezentant lokalnej społeczności mieszkał w granicach swojej jednostki samorządowej. 

Szef klubu poskarżył się na tę publikację do Rady Etyki Mediów, na gruncie urzędowym zaś organy kontrolne zadowoliły się deklaracjami podatkowymi i oświadczeniami pań radnych, że mieszkają w Lublinie. Fakty, dowody i zdjęcia dziennikarzy urzędników nie interesowały.

Folklor Polski lokalno-samorządowej zawiera też zdarzenia śmieszne – choć tylko z pozoru. Sześć lat temu starosta z Łosic zarzucił dziennikarce Joannie Gąsce z portalu Losice.info manipulacje, nierzetelność i pisanie nieprawdy, choć ta… niczego jeszcze nie opublikowała. 

Informację o tym, że Janusz K. przez pewien czas bezprawnie łączył funkcję starosty ze stanowiskiem szefa powiatowego biura jednej z państwowych agencji rolnych, podała wcześniej redakcja z sąsiedniego powiatu. Starosta przegrał w sądzie proces o zniesławienie Gąski, a na sali rozpraw wyszło na jaw, że pomylił dziennikarki. Obrażał tę z portalu łosickiego z powodu publikacji dziennikarki z Siemiatycz. 

Tuby samorządowej propagandy

Władza potrafi pokazać, kto rządzi w Polsce lokalnej. Również społecznikom, którzy domagają się jawności i wyrażają krytykę za nietrafione decyzje. Jolanta Mokwińska i Danuta Wojciechowska, społeczniczki z Siedliska w Lubuskiem, krytykowały wójta za wiele spraw, m.in. za nierzetelne rozliczanie dotacji dla parafii czy za użycie dla celów rozrywkowych gminnego busa przeznaczonego dla osób z niepełnosprawnościami. Albo za ukrywanie rzeczywistego zadłużenia gminy, czy wreszcie za warunki przechowywania książek w gminnej bibliotece. 

Pewnego dnia na podwórku Mokwińskiej zjawiła się komisja gminnych urzędników i kazała przesunąć w głąb płot, który stał w tym miejscu 60 lat. Ale dopiero po tym, jak kobieta zaczęła dociskać gminną władzę, okazało się, że ogrodzenie stoi w pasie drogowym. Po skorygowaniu granicy stara czereśnia, którą zasadzili jeszcze rodzice społeczniczki, znalazła się poza podwórkiem.

W lokalne dziennikarstwo i aktywizm wpisane jest ryzyko narażenia się władzy, która nie lubi dociekliwych pytań, krytycznych ocen i ujawniania niewygodnych faktów. Reakcją są zaprzeczenia nie wytrzymujące starcia z faktami oraz/lub szykany. Jest jeszcze jedna metoda walki z wolnymi mediami – zakładanie własnych gazet i portali. Oczywiście za pieniądze lokalnych podatników.

W typowej „samorządówce” miasta i gminy kwitną. W artykułach dominują słowa-wytrychy: „rozwój”, „wsparcie”, „inwestycje”, „otwarcie”. Głosów krytycznych brak, za to zdarza się, że liczba zdjęć burmistrza, wójta lub prezydenta dorównuje liczbie stron wydania. 

Alicja Molenda w książce „My, lokalni”: „Krytyka prasowa to coś, co najbardziej uwiera samorządowców. Dlatego dziś prowadzą swoją politykę informacyjną w zupełnie inny sposób. Zachowują się tak, jakby nas nie było. Nawet jeśli krytykujemy, to nas ignorują. Mają swój przekaz w swoich biuletynach i społecznościówkach”.

Swoje media wydaje około 1700 jednostek samorządu terytorialnego. To szacunek na podstawie badań opublikowanych rok temu przez Unię Metropolii Polskich. Andrzej Andrysiak, współautor naszej książki, który jest też prezesem Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, oblicza, że niezależnych pism i portali, czyli takich, które patrzą władzy na ręce, jest w sumie około dwustu. 1700 kontra 200 – czyli przewaga 8,5 do jednego na korzyść władzy. Taki jest w Polsce lokalnej stosunek sił niezależnych mediów wobec przekazu całkowicie zależnego od decydentów. 

Robiliśmy to dla ludzi, robiliśmy to dla Polski

Tę nierówność sił warto obudować pieniężnym kontekstem. Władza zawsze ma fundusze na prowadzenie swoich kanałów przekazu. Niezależne media muszą te pieniądze w pocie czoła zarobić. Jeszcze w drugiej połowie lat 90., jak mówi część wydawców ukazanych w książce, sytuacja materialna lokalnych mediów była zadowalająca. Potem przyszły kryzysy finansowe (najostrzejszy w 2008 r.), upowszechnił się internet i media społecznościowe. Zmieniło się też prawo – lokalne urzędy nie muszą już zamieszczać wszystkich ogłoszeń w prasie, wystarczy biuletyn informacji publicznej. 

Wszystko to przyniosło spadki dochodów – zarówno ze sprzedaży gazet, jak też z ogłoszeń i reklam. Jest tajemnicą poliszynela, że wielu przedsiębiorców obawia się reklamować w mediach krytycznych wobec lokalnej władzy. Bo władza może dać zarobić na kontraktach i zamówieniach, ale może też dokuczyć.

Nie ma też większych szans na to, by internetowi odbiorcy mediów chcieli płacić za niezależną, rzetelną informację. Tak jak ich rodzice płacili za gazety w kiosku. Stąd postulaty, by władze państwa stworzyły system sprawiedliwego dofinansowania działalności mediów lokalnych, jako niezbędnego elementu demokracji. Wysiłki trwają już wiele lat i na razie zaowocowały jednym programem rządowym dotowania treści kulturalnych. Patrzenie władzy na ręce musi poczekać. 

Wywołuje to rozgoryczenie lokalnych wydawców. Wielu z nich postawiło życie na jedną kartę, uważając, że nie da się robić prawdziwych mediów tylko przy okazji. A teraz nie mają pewności, czy ich redakcje przetrwają.

Mirosława i Józef Matysikowie: „Jeżeli nie będzie woli politycznej, żeby takie wydawnictwa jak nasze wspomóc, bo one budują demokrację na dole, zostaną zgliszcza. A z demokracji zostaną strzępy. Dla polityków ważniejsze są związki partnerskie i aborcja, które dotyczą tylko części społeczeństwa, a wolne media dotyczą wszystkich”. 

„Robiliśmy to dla ludzi. Dla Polski to robiliśmy” – mówią w książce wydawcy z Jaworzna. „Nie robiłyśmy tego dla siebie, tylko dla mieszkańców” – tłumaczą domagające się jawności społeczniczki z Siedliska.

Alicja Molenda ostrzega, że bez niezależnych mediów nie ma demokracji. Mirosława i Józef Matysikowie przestrzegają wręcz przed degradacją cywilizacji. Krzysztof Jakubowski zapytany, co zrobiliby ludzie, gdyby mieli wybierać między dostatkiem i wygodą życia a wolnością i jawnością, długo zastanawia się nad odpowiedzią. W końcu mówi, że wciąż wierzy, iż większość wybierze to drugie. Ma rację?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Knebel na krnąbrną prasę