Sygnalista to nie donosiciel. Ustawa o ochronie sygnalistów w praktyce

Ustawa o ochronie sygnalistów ma pomóc w ujawnianiu naruszeń prawa i innych nieprawidłowości w miejscu pracy. Czy nowe przepisy mają szansę zakorzenić się w naszym kraju?
Czyta się kilka minut
Fot. Arkadiusz Ziółek / East News
Fot. Arkadiusz Ziółek / East News

Julian Assange ujawnił na portalu WikiLeaks setki tysięcy dokumentów obrazujących ogrom strat cywilnych podczas wojskowych interwencji w Afganistanie i Iraku. Frances Haugen, pracowniczka Facebooka, opublikowała wewnętrzne dokumenty, z których wynikało, że władze korporacji zdają sobie sprawę z negatywnego wpływu jej flagowego portalu na społeczeństwo, ale ważniejsze dla nich są zyski firmy. Zarówno Assange, jak i Haugen byli sygnalistami (ang. whistleblower), czyli osobami ujawniającymi nieprawidłowości w swoim miejscu zatrudnienia i działającymi w interesie publicznym. Ich decyzje przyczyniły się do rozpoczęcia szerokiej dyskusji na temat prawdziwych kosztów obalania dyktatur oraz negatywnego wpływu algorytmów na jednostki oraz całe społeczeństwa.

Sygnaliści w Polsce

Sprawy sygnalistów to również historie bliższe naszej codzienności. Krzysztof Dobosz przez lata pracował jako asystent i wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Studenci uczelni zaczęli zgłaszać mu, że jeden z profesorów na wydziale praktykuje wobec nich nieregulaminowe „dopytki”, które najczęściej kończą się oblaniem, mimo wcześniejszego pozytywnego wyniku egzaminu pisemnego. Dodatkowo pojawiły się również wątpliwości co do oprogramowania wykorzystywanego przez profesora przy przeprowadzaniu egzaminów zdalnych. Miało ono inwigilować komputery zdających osób.

W porozumieniu ze studentami Dobosz zgłaszał te nieprawidłowości, najpierw wewnątrz uczelni, a gdy to nie przyniosło skutków, opublikował apel w sprawie na swoim facebookowym profilu. Także wtedy władze uczelni nie podjęły żadnych działań, by zaradzić zgłaszanej sytuacji, natomiast wykładowca po kilku miesiącach otrzymał wypowiedzenie. Władze uczelni uzasadniły ten krok „naruszeniem (…) zasad współżycia społecznego w miejscu pracy wskutek powtarzającego się postępowania stwarzającego napięcia, konflikty i zagrożenia spokoju”.

Sprawa zwolnienia Dobosza trafiła do sądu, który jednak nie miał łatwego zadania. Wydając wyrok w lipcu 2024 r., jako sąd I instancji nie mógł jeszcze oprzeć się na nowej ustawie o ochronie sygnalistów. Została ona uchwalona w połowie czerwca, ale weszła w życie po upływie trzech miesięcy, czyli 25 września 2024 r. Sędzia orzekający w sprawie, na podstawie ogólnych reguł Kodeksu pracy oraz unijnej dyrektywy, będącej podstawą wdrożenia polskich przepisów, orzekł, że zwolnienie było niezasadne, a działania Dobosza zasługiwały na ochronę m.in. z uwagi na fakt, że był sygnalistą.

Ustawa określa, kim jest sygnalista

Sygnaliści mogą ujawniać nieprawidłowości i naruszenia prawa w ogromnych międzynarodowych korporacjach, w instytucjach państwowych, ale też w niedużych lokalnych przedsiębiorstwach. Od września działania takich osób w Polsce wspiera wspomniana ustawa o ochronie sygnalistów, stanowiąca wdrożenie do polskiego porządku prawnego unijnej dyrektywy. Nowe prawo ułatwia zgłaszanie nieprawidłowości w miejscu pracy, a także chroni osoby, które robią to w dobrej wierze i na rzecz dobra wspólnego. Celem przepisów jest skorygowanie nieprawidłowości w danej organizacji na jak najwcześniejszym etapie, najlepiej wewnątrz niej samej, bez konieczności angażowania prokuratury, sanepidu czy Państwowej Inspekcji Pracy.

Ustawa rozwiązuje podstawowy problem, jakim był brak prawnej definicji sygnalisty w polskim prawie – mówi Grzegorz Makowski, profesor Szkoły Głównej Handlowej i ekspert Fundacji im. Stefana Batorego, który od lat zajmuje się tematem sygnalistów oraz przeciwdziałania korupcji. – Wieloletnie doświadczenia programu pomocy prawnej dla sygnalistów prowadzonego przez Fundację pokazywały, że brak definicji był barierą dla ich ochrony. W obliczu braku koncepcji prawnej sygnalisty sądy niechętnie wykorzystywały dostępne instrumenty, jak np. prawo pracy, by dbać o bezpieczeństwo takich osób.

Kto może zostać sygnalistą w świetle nowych regulacji? Tak naprawdę – każdy. Sprawa musi mieć jednak związek z miejscem pracy. W pierwszej kolejności będzie to więc pracownik danej firmy, urzędu czy innej instytucji, ale nie tylko. Naruszenie może zgłosić również członek rady nadzorczej, stażysta, wolontariusz czy nawet kandydat do pracy. Nie liczy się miejsce w służbowej hierarchii; ważne jest, czy ktoś wie o zachodzących nieprawidłowościach w danej firmie lub instytucji.

Co może być tematem zgłoszenia sygnalisty? Ustawa wymienia 17 obszarów. Może to być korupcja lub zamówienia publiczne, np. wtedy, gdy pracując w urzędzie gminy, dowiemy się, iż przetarg na budowę nowej drogi został za odpowiednią gratyfikacją skrojony pod jedną z lokalnych firm. Innym obszarem naruszeń może być ochrona środowiska, choćby wówczas, gdy jako kontrahenci zakładu produkcyjnego uzyskamy wiedzę o tym, że fabryczne zanieczyszczenia są wylewane bezpośrednio do rzeki.

Ustawa o ochronie sygnalistów: jak nie złamać prawa

Jak można ujawnić naruszenie prawa? Pierwszą opcją jest zgłoszenie go w jasno określonej procedurze wewnętrznej. Obowiązek jej wprowadzenia ma każdy podmiot, który zatrudnia przynajmniej 50 osób. Firma musi zapewnić poufność zgłoszenia, zarejestrować je, a na koniec zawiadomić sygnalistę, jakie działania podjęto.

– Aby wyjaśnić rolę sygnalistów i zerwać ze szkodliwymi dla tych przepisów skojarzeniami z poprzednim ustrojem oraz słusznie potępianą praktyką „donoszenia” Służbie Bezpieczeństwa, obecną sytuację można przyrównać do jednej z ewangelicznych zasad. Jeżeli masz do kogoś jakieś zastrzeżenia, to idź i powiedz mu, żeby mógł zmienić swoje postępowanie – tłumaczy dr Karol Kulig, radca prawny specjalizujący się w prawie pracy i tematyce sygnalistów. – Gdy widzę w swoim środowisku pracy, że coś nie działa tak jak powinno, jest niezgodne z przepisami, to ustawa o ochronie sygnalistów daje mi dzisiaj możliwość zwrócenia uwagi na ten fakt. Jest też szansą dla organizacji, by dokonała wewnętrznie i dobrowolnie skorygowania swojego sposobu funkcjonowania, bez konieczności angażowania organów kontroli.

Jeżeli zgłoszenie dokonane wewnętrznymi kanałami nie przyniesie efektu, lub sygnalista nie ma do nich zaufania, będzie mógł dokonać zgłoszenia zewnętrznego – ale jeszcze nie dziś. Ustawa co prawda już obowiązuje, jednak zewnętrzne raportowanie nieprawidłowości będzie możliwe od 25 grudnia.

Głównym organem obsługującym takie sprawy stanie się Rzecznik Praw Obywatelskich. Alternatywnie zgłoszenia zewnętrznego będzie można dokonać do innego organu publicznego uprawnionego do podjęcia odpowiednich działań następczych, np. prezydenta miasta czy wójta w gminie. Organy publiczne mają za zadanie zweryfikować podane informacje i jeżeli uznają je za uzasadnione, podjąć właściwe działania lub przekazać sprawę w odpowiednie miejsce, np. do prokuratury czy sanepidu.

Jeżeli ani zgłoszenie wewnętrzne, ani zewnętrzne nie przyniesie żadnych skutków, sygnalista będzie mógł dokonać ujawnienia publicznego. Również w takiej sytuacji zostanie objęty prawną ochroną, przy spełnieniu odpowiednich warunków. To m.in. przypadek Krzysztofa Dobosza. Gdyby ustawa weszła w życie wcześniej, sąd nie musiałby w jego przypadku szukać wykładni w ogólnych regułach Kodeksu pracy.

Sygnalista to nie kapuś

Uchwalone przepisy to jedno, ale kluczową kwestią jest to, jak będzie wyglądała praktyka ich stosowania przez firmy, instytucje państwowe i samych sygnalistów.

– Powiedzenie komuś, że robi coś źle, niezależnie czy mówimy o relacji interpersonalnej, czy zawodowej, wymaga dojrzałości, kultury, ale też odwagi. Zazwyczaj któregoś z tych elementów brakuje, najczęściej kultury. Zarówno po stronie organizacji, ale często też po stronie samych sygnalistów – zwraca uwagę mecenas Kulig. Prawo, nawet najlepsze (choć nasz ustawodawca raczej nie jest w tej materii prymusem), nie nauczy nas automatycznie, jak umiejętnie przekazywać szefom informację zwrotną w obliczu dostrzeganych nieprawidłowości.

Kolejnym problemem jest to, że ujawnianie nieprawidłowości we własnym środowisku nie spotyka się w naszej kulturze ze zrozumieniem. Sygnaliści nazywani są często donosicielami i kapusiami. W zmianie tego wizerunku nie pomagają polskie doświadczenia historyczne: przesiąknięta ingerencją tajnych służb codzienność PRL, okupacyjne doświadczenia II wojny światowej czy długie lata życia pod zaborami, bez własnej państwowości.

Przedsiębiorcy z kolei widzą w nowych regulacjach biurokratyczny wymysł, a wielu pracowników, znając niską skuteczność działania chociażby inspekcji pracy, sceptycznie podchodzi do zapewnień, iż faktycznie będą mogli liczyć na skuteczną ochronę, gdy zdecydują się na zgłoszenie nieprawidłowości.

– Brak wiedzy o tym, jaki jest cel i sens tych przepisów sprawia, że pojawia się duży opór przed ich wdrożeniem. Uwaga skupia się na obowiązkach i sankcjach wynikających z ustawy, a nie na tym, do czego mają doprowadzić przepisy, czyli na poprawie komunikacji, rozwoju kultury organizacyjnej i eliminacji negatywnych zjawisk – zauważa mecenas Kulig.

Bez dobrego społecznego zrozumienia, kim są sygnaliści, oraz przekonania, że podejmują oni działania w imię interesu publicznego, przez co zasługują na wsparcie i ochronę, trudno zakładać, że nowe regulacje wydadzą dobre owoce.

Cele ustawy o ochronie sygnalistów

Ustawa o ochronie sygnalistów jest milowym krokiem ku zrozumieniu, co możemy zyskać, wspierając ich działania. – Ustawa ma też wymiar edukacyjny. Już zmienia się sposób mówienia o tych, którzy zgłaszają nadużycia w miejscu pracy. I choć dalej pojawiają się obawy przed ostracyzmem czy negatywne skojarzenia z przeszłości, to wprowadzenie tych regulacji już wpływa na postawy społeczne i kulturę pracy – zauważa prof. Makowski.

Czym zatem kierować się przy stosowaniu nowych przepisów, aby faktycznie mogły one przynieść efekty? 

– Po pierwsze: nie bać się sygnalistów. Po drugie: tworzyć dobre procedury ochronne i nie poprzestawać na ustawowym wymogu konsultacji, ale faktycznie zaangażować pracowników w ten proces. To szansa na wyższą świadomość, lepsze zrozumienie procedur oraz większą chęć ich stosowania – wylicza prof. Makowski. – Nie należy bać się zalewu zgłoszeń w pierwszym okresie obowiązywania ustawy. Zawsze będzie tak, że nie wszystkie sprawy będą wartościowe, ale nawet pojedyncze zgłoszenie może uratować dany zakład przed poważnymi konsekwencjami naruszenia prawa lub ryzykiem przestępstwa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2024

W druku ukazał się pod tytułem: W imię dobra wspólnego