Kto zgasi światło w redakcji

Przejęcie Polska Press przez Orlen to podobno koniec mediów regionalnych. W rzeczywistości gazety wydawane z dala od Warszawy słabną już od lat.

28.12.2020

Czyta się kilka minut

Przejęcie grupy Polska Press, a wcześniej sieci Ruch to być może nie ostatni krok Orlenu  na rynku prasy. Nieoficjalnie wiadomo,  że koncern paliwowy sondował możliwość zakupu dziennika „Rzeczpospolita”. / PIOTR SKÓRNICKI / AGENCJA GAZETA
Przejęcie grupy Polska Press, a wcześniej sieci Ruch to być może nie ostatni krok Orlenu na rynku prasy. Nieoficjalnie wiadomo, że koncern paliwowy sondował możliwość zakupu dziennika „Rzeczpospolita”. / PIOTR SKÓRNICKI / AGENCJA GAZETA

Jak w amerykańskich filmach: wielka redakcja, otwarta przestrzeń, przy biurkach dziennikarze z telefonami przyklejonymi do ucha. Jeden wydzwania do policjantów jak do dobrych znajomych, drugi zagaduje polityków w regionie jak kumpli od kieliszka.

Jest rok 2012. Z powiatowej gazety w Pabianicach trafiam właśnie do „Gazety Wrocławskiej”. Uczę się budować kontakty i zgłaszać tematy na porannym kolegium. Redaktorzy mnie strofują: jeśli nie opowiesz tematu w dwóch zdaniach, to znaczy, że nie wyjaśnisz go czytelnikowi wcale. Pisz konkrety. Szczegół najważniejszy.

Wierzę, że wkraczam do świątyni dziennikarstwa. Nie wiem tylko, że zaproszono mnie na stypę.

Gazetojad

Rok 1990. Sejm właśnie rozwiązuje Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą „Prasa-Książka-Ruch”. 105 gazet zostaje sprzedanych w ramach przetargów, 71 trafia w ręce spółdzielni dziennikarskich. Likwidatorzy dobierają dziennikarzom partnerów rynkowych.

– Mieli niepisane preferencje. Priorytetem było „odkomuszenie” redakcji. Partner rynkowy musiał być jak najdalej od lewicy. Ważne, żeby miał pieniądze i choć trochę znał się na tym, co robi – opowiada dr Adam Szynol z Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspert ds. mediów lokalnych.

W komisji likwidacyjnej RSW zasiada m.in. Krzysztof Czabański. Trzydzieści lat później w PiS-owskiej Radzie Mediów Narodowych będzie zwolennikiem repolonizacji mediów. Ale u progu lat 90. zagraniczny kapitał mu nie przeszkadza. Sejmowi też nie – posłowie nie wprowadzają żadnych ograniczeń dla inwestorów przy zakupie prasy. A sami dziennikarze niechętnie wchodzą w buty przedsiębiorców. Gdy tylko do ich drzwi pukają Francuzi, Norwegowie lub Szwajcarzy z walizką pieniędzy, wyprzedają udziały w gazetowych spółkach.

Robert Hersant, właściciel „Le Figaro”, zwany „gazetojadem”, w ciągu trzech lat skupuje osiem regionalnych dzienników oraz 49 proc. udziałów w „Rzeczpospolitej”. Za parę lat większość tych aktywów odsprzeda bawarskiemu Passauerowi za 80 mln marek, kilkanaście razy więcej, niż zapłacił za nie dziennikarskim spółdzielniom. Na rynek wkracza też norweska Orkla. Do Wrocławia zaprasza ich Władysław Frasyniuk. Znają się, bo Norwegowie pomagali Solidarności w PRL-u.

Adam Szynol: – Orkla sprzedawała już ryby, panele słoneczne i ropę naftową. Media to dla nich kolejny biznes, jeden z wielu. Rzadko przyjeżdżali do Polski. Obchodził ich tylko bilans finansowy.

Bawarski koncern Passauer Neue Presse dominację w Polsce zaczyna od podstępu. Poprzez szwajcarską firmę Interpublication przejmuje połowę udziałów we wrocławskiej „Gazecie Robotniczej”. – Niemcy kupujący gazetę we Wrocławiu, na ziemiach odzyskanych? Passauer nie chciał testować tolerancji Polaków. Dlatego kupował przez podstawioną spółkę – opowiada Szynol.

Niemcy powtórzą podobny manewr w Łodzi i Krakowie. Podobnie działa Hersant, który do zakupów zakłada firmy o swojsko brzmiących nazwach: Euromarket czy Książnica.

Gazety regionalne otrzymywały nowy sprzęt i nowoczesne makiety. Moi starsi koledzy po fachu wspominali lata 90. jako złoty okres. Nikt im nie liczył, ile tekstów oddawali w tygodniu. Mieli czas na kawę z prokuratorem, spotkanie z komisarzem, niezobowiązujące rozmowy z dyrektorem departamentu. Budowali kontakty, co w tamtych latach wystawiało na ciężkie próby ich wątroby. Każdy dziennikarz wie, że najważniejsze tematy wychodzą przy najmniej zobowiązujących rozmowach.

Grzech pierworodny

Pod koniec lat 90. regionalne dzienniki są już podzielone między dwóch graczy, którzy razem kontrolują 80 proc. rynku. Norweska Orkla jest obecna na wschodzie i południu, Niemcy instalują się na ścianie zachodniej. Pojawiają się głosy, że Polska stała się „niemiecką kolonią prasową”. Ale Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów protestuje rzadko, a jeśli już, to nieskutecznie. Tak jak w 2003 r., kiedy Orkla sprzedaje „Słowo Polskie” i „Wieczór Wrocławia” niemieckiej konkurencji, w międzyczasie przemianowanej na Polskapresse. Rusza postępowanie antymonopolowe, które potrwa ponad cztery lata. Niemcy tę sądową batalię wygrają. Po drodze zdążą połączyć trzy gazety w jedną, według biznesowego modelu, któremu będą wierni przez lata. Jest dość prosty i polega na zwalnianiu doświadczonych dziennikarzy i zastępowaniu ich tanimi dla firmy praktykantami.

Były redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej” Tomasz Lachowicz pamięta, jak w 2012 r. Polskapresse kupiła „Dziennik Polski”, czyli jedyną konkurencję dla swojego tytułu w Krakowie: – Zbudowaliśmy wspólne działy foto i sportowy – mówi. – Zwolnienia bolały wszystkich, ale realia były proste. Bez sensu było na ten sam mecz wysyłać dwóch dziennikarzy i dwóch fotoreporterów. Mieliśmy ambitny plan, żeby utrzymać przy życiu dwie gazety. Chcieliśmy, żeby delikatnie różniły się formą, miały trochę inne zdjęcia. To była desperacka próba, wariant „ratuj się, kto może”. Goniliśmy rynek, który nam uciekał.

Bo już od końca lat 90. gazety przegrywają wyścig na newsy z prywatnymi radiostacjami, by za chwilę skapitulować przed wrogiem śmiertelnym – internetem.

– Ja to nazywam naszym grzechem pierworodnym – opowiada Lachowicz. – Zanim trafiłem do „Krakowskiej”, szefowałem „Super Expressowi”. Jako jedni z pierwszych mieliśmy stronę internetową. Pamiętam te niekończące się dyskusje: no i co my mamy wrzucać do tego internetu? Szwedzi, którzy właśnie kupili gazetę, przekonywali, że treści w internecie będą promować wydania papierowe. We mnie to budziło obawę. Jak to, naszą pracę mamy oddawać za darmo? I to nas zgubiło.

Na obronę polskich redaktorów dodajmy, że ten grzech popełniły wszystkie gazety, jak świat długi i szeroki. Media płacą za niego do dziś.

Desant na powiaty

W 2006 r. Orkla sprzedaje swoje polskie tytuły angielskiemu Mecomowi. Norwegowie najwyraźniej czują, że papierowe gazety to nie jest biznes przyszłości. Tymczasem Polskapresse rusza z ogólnokrajowym projektem „Polska”: ujednolica wygląd gazet, dorzuca newsy z kraju i ze świata kosztem wiadomości z regionów. Próba budowy ogólnopolskiego dziennika okaże się biznesowym niewypałem. Tomasz Lachowicz wspomina jednak projekt z sentymentem.

– W „Krakowskiej” przejąłem zespół dziennikarzy starszej daty. Taki trochę klimat krakowskiej inteligencji, podejście: „czytelnik i tak przeczyta, co mu napiszemy”. Każdy pisał teksty tak długie, jak mu pasowało. Projekt gazety „Polska” dał nam impuls do rozwoju. Nowa szata graficzna, nowe oprogramowanie. Dziennikarze musieli zmieścić się w limicie, bo więcej po prostu nie przewidywał szablon na stronie – wspomina Lachowicz.

Passauer kupuje jednocześnie tygodniki gminno-powiatowe, których w poprzedniej dekadzie powstało prawie trzy tysiące. – Niemcy potrafili być bardzo ekspansywni. Tworzyli własne tytuły, ­konkurowali kolorem i ceną, dorzucali przegląd telewizyjny. „Życzliwie” sugerowali konkurencji, żeby się odsprzedała – opowiada Adam Szynol.

Do dziś przetrwało około 650 prywatnych lokalnych tytułów, z czego blisko 120 należy do Polska Press (to obecna nazwa dawnej Grupy Wydawniczej Polskapresse). Pozostałe wciąż są własnością drobnych spółek i regionalnych przedsiębiorstw. Niektóre, jak „Tygodnik Podhalański” czy „Gazeta Radomszczańska”, radzą sobie całkiem dobrze. Czytelnik w Polsce powiatowej, statystycznie starszy niż wielkomiejski, wciąż trzyma się wydań papierowych i newsów lokalnych. Ale takie tygodniki mierzą się z atakami burmistrzów i radnych, którzy zakładają własne propagandowe gazetki. Lokalni dziennikarze od lat bezskutecznie apelują do posłów, by zakazali samorządowcom wydawania prasy.

Więcej klików

W 2013 r. Polskapresse wykupuje tytuły należące do brytyjskiego Mecomu. Duopol zmienia się w monopol, a internetowa rewolucja nabiera rozpędu.

Po dwóch latach pracy we „Wrocławskiej” dopada mnie walka na kliki. Zamiast tematów „wychodzonych” na mieście musiałem robić galerię zdjęć z wypadku samochodowego. Budowanie dziennikarskich kontaktów? Tym mogłem się zajmować w wolnej chwili. Ważniejsza była pogoń za Trynkiewiczem rzekomo transportowanym do więzienia we Wrocławiu. Co prawda nie ma żadnych dowodów, że w ogóle do miasta przyjechał, ale za to temat klika się jak szalony.

Na dziennikarskich dyżurach produkujemy po dwie depesze na godzinę. Efektem są absurdalne newsy w stylu: „Policjanci dostali zgłoszenie, że na skwerku w jednym z wrocławskich parków grupka mężczyzn pije alkohol. Gdy funkcjonariusze przyjechali na miejsce, okazało się, że nikogo tam nie ma”. Dziennikarz miał obowiązek codziennie zgłaszać dwa-trzy tematy. Pogłębione teksty pisaliśmy po godzinach. Albo nie pisaliśmy wcale. Jeśli temat był zbyt skomplikowany, to go po prostu odpuszczałeś, bo nie było na niego czasu. Nigdy się nie dowiemy, ile lokalnych afer nie ujrzało światła dziennego, bo dziennikarze musieli pisać newsy zdobyte przez telefon.

Politycy PiS często zarzucali wydawcy sprzyjanie niemieckiej racji stanu, ale ani ja, ani żaden z moich kolegów i koleżanek nie przypominamy sobie żadnej politycznej presji. Niemiecki właściciel, który przyjeżdżał czasami na wizytację do gazety, miał tylko jedną prośbę: więcej klików. Ten biznesowy model utrzymał się w Polska Press do dzisiaj.

– Poranne kolegium. Wszyscy zgłaszają, nad czym dziś będą pracować – opowiada doświadczony dziennikarz, który prosi o anonimowość. – Koleżanka mówi, że przygotuje galerię zdjęć, słodkich kotów. „Brawo, koty się klikają, leć do roboty!”, chwali ją naczelny. Student zgłasza galerię zdjęć z głupimi nazwami wsi. Też aplauz. Ja zgłaszam temat o politycznym śledztwie w prokuraturze. I zapada głucha cisza.

– Piszemy już tylko do internetu. Wydawcy papierowi mają zakaz zlecania nam tekstów. Muszą sobie coś wybrać z internetu i włożyć do papieru – mówi kolejny dziennikarz. – Rozumiem moich szefów. Wydawanie papierowej gazety to jest palenie pieniędzy. A szefowie jakoś muszą zarobić na moją pensję.

Adam Szynol: – Polskapresse poszła drogą na skróty. Zarabianie na dużej liczbie odsłon jest najłatwiejszym modelem biznesowym. Ale też prasa regionalna wszędzie na świecie szuka swojego modelu. Paywall, czyli opłata za dostęp do treści, to rozwiązanie dla mediów o ugruntowanej, szanowanej marce. Nie wierzę, że sprawdzi się w mediach regionalnych.

Dziś regionalne dzienniki są cieniami samych siebie sprzed lat.

– Moje zarobki systematycznie spadają od sześciu lat. Z redakcji, która kilkanaście lat temu liczyła 30 osób, zostało pięciu-sześciu dziennikarzy. Większość zwolniono z powodu cięcia kosztów – opowiada doświadczony dziennikarz.

– Gdy przychodziłem do „Gazety Krakowskiej”, zatrudnialiśmy sto osób. Konkurencyjny „Dziennik Polski” zatrudniał drugie tyle. Gdy odchodziłem w 2015 r., połączone redakcje miały raptem 60 pracowników – mówi Tomasz Lachowicz. – Polska Press przedłużyła żywot gazet lokalnych i regionalnych, dając im technologię, strategię, wizję. Ale prawa rynku były nieubłagane. Ludzie nie chcieli już czytać gazet, reklamodawcy uciekali.

Nie wszyscy podzielają tę opinię. Adam Szynol i inni medioznawcy wyobrażają sobie bardziej spluralizowany rynek, gdzie więcej tytułów rywalizowałoby jakością o czytelnika. W wielu miastach mogły przetrwać po dwa dzienniki. Na przykład we Wrocławiu „Gazeta Robotnicza” i „Słowo Polskie” adresowane były do różnych czytelników, z różnych grup społecznych. Sukcesy lokalnych tytułów również pokazują, że istnieje życie poza zachodnimi korporacjami medialnymi. Bez obecności na rynku jednego właściciela (takiego jak Polska Press) regionalne dzienniki by nie umarły. Byłyby po prostu inne.

Tomasz Lachowicz porzucił media w 2015 r. i założył pensjonat w górach. Ja pożegnałem Polska Press w tym samym roku. Zostałem „wolnym strzelcem”. Wszystkie zasady, których nauczyłem się w „Gazecie Wrocławskiej”, stosuję do dzisiaj.

Test prawdomówności

W grudniu 2020 r. kontrolowany przez skarb państwa Orlen kupuje wszystkie aktywa Polska Press od bawarskiej spółki. Media i politycy z liberalnej strony podnoszą alarm. Komentarze są jednoznaczne: orbanizacja mediów, będzie jak w Rosji.

Dziennikarze Polska Press pocieszają się, że „dokręcanie śruby” może być łagodne, czyli takie, jak w regionalnych rozgłośniach i telewizjach publicznych, gdzie propaganda nie sięga jeszcze wyżyn TVP Info.

– Lokalni politycy czy dziennikarze z konkurencji zarzucają nam, że już podlizujemy się nowemu właścicielowi. To wszystko w parę dni po wiadomej transakcji. Orlen jeszcze nic nie zrobił, a cały kraj krzyczy, że to zamach na wolne media. Mnie się oczywiście ta transakcja nie podoba, bo nie powinno być tak, że politycy nawet pośrednio mają wpływ na media. Mimo to dajmy im chociaż szansę zrobić coś złego, zanim zaczniemy ich potępiać. Tego wymaga elementarna rzetelność – mówi doświadczony dziennikarz z Polska Press.

I dodaje: – Na razie przyszedł list od nowego właściciela i zapewnienia, że zostawi nas w spokoju. Ale nawet jeśli Daniel Obajtek ma szczytne intencje, to jutro minister skarbu może mianować kogoś innego na prezesa Orlenu. Naczelny na kolegium tłumaczył nam, że nic jeszcze nie wiadomo, mamy dalej robić swoje. Ja się rozglądam za nową pracą. Nie chcę chyba testować prawdomówności prezesa. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2021